Czy można bluźnić grzecznie?

Od kilku lat 30 września środowiska ateistyczne obchodzą, zainicjowany przez amerykańską organizację Center for Inquiry, dzień prawa do bluźnierstwa. Data skojarzona jest z dniem ukazania się karykatur Mahometa w duńskiej gazecie „Jyllands-Posten” w 2005 r., co doprowadziło do zamieszek i śmierci blisko 140 osób w wielu krajach świata (teraz mamy coś w rodzaju powtórki zamieszek z podobnego powodu, też z ofiarami śmiertelnymi).

Postulowana przez tzw. środowiska świeckie wolność ekspresji i wskazywanie przez nie, że poglądy religijne powinny podlegać krytycznej ocenie tak jak poglądy np. polityczne, zderza się z obowiązującym w wielu krajach, w tym w Polsce, bardziej lub mniej (ale częściej bardziej) restrykcyjnym prawem, ograniczającym wolność wypowiedzi w odniesieniu do wiary, wierzących, przedmiotów i miejsc kultu itd., itp. Nie najbardziej skrajnym tego przykładem jest skazanie Indonezyjczyka Alexandra Aana na 2,5 roku więzienia i 10 tys. dol. grzywny za to, że napisał na Facebooku: „bóg nie istnieje” (petycję w jego obronie można podpisać TUTAJ).

Ten konkretny konflikt wartości to temat rzeka i rzekę atramentu już w tej kwestii wylano. Ograniczę się zatem do jednego wątku.

Co jest bluźnierstwem? Obawiam się, że klincz polega właśnie na tym, że bluźnierstwem jest taka wypowiedź, którą ktoś za bluźnierczą po prostu uznaje – i reaguje stosownie do własnych możliwości i stopnia, w jakim owo bluźnierstwo go obraża/uraża/dotyka. Co gorsza, samo pojęcie może sensownie funkcjonować tylko w przestrzeni językowej z góry uznającej istnienie jakichś form świętości – czyli, wiedząc, że dana osoba lub grupa społeczna deklaruje przekonanie o świętości czegoś, wiem zarazem, że mogę stać się bluźniercą, wypowiadając się na temat tego czegoś.

Jednak nie słyszałem o społecznościach (choć indywidua takie zapewne istnieją), które nie miałby jakiejś „sfery świętej”, niekoniecznie bazującej na religii czy odwołującej się do bytów nadprzyrodzonych (być może takie społeczności skazane by były na samozagładę, jako pozbawiane niezbędnej dozy społecznego „kleju”). Musimy się zatem zgodzić, że taka lub inna forma bluźnierstwa będzie nam zawsze towarzyszyć.

To, co dla mnie może być współczesną, sprawiedliwą oceną historycznych faktów (np. 53-letni Mahomet wziął sobie za żonę 6-latkę, a małżeństwo skonsumował, gdy miała lat 9; dzisiaj to ścigane przestępstwo, wówczas norma kulturowa), dla muzułmanina jest już bluźnierstwem wobec ukochanego proroka (ponieważ sfera święta jest ahistoryczna). To, co dla mnie jest oczywistym złem, a ściślej mówiąc złym, bo niosącym krzywdę, postępowaniem, dla innego może wciąż mieścić się w (z jego punktu widzenia/wierzenia) niekwestionowalnej normie.

Od razu jednak muszę dostrzec, że jeśli dla mnie czymś ważnym (a więc wartością, którą chcę chronić; świętością?) jest niepowiększanie sumy cierpienia na świecie, to nie mogę abstrahować również od tego rodzaju cierpienia, jakie sprawiam komuś, urażając go. Lepiej jest więc kontrolować własną wolność wypowiedzi, niż mówić cokolwiek nam ślina na język przyniesie. Tyle że taka panwrażliwość – gdyby w ogóle była możliwa – nieuchronnie prowadziłaby do paraliżu, do milczenia, przecież często i tak nie potrafimy przewidzieć reakcji na nasze słowa. Czy jest z tego jakieś wyjście?

Jest, choć słabe i łatwe do obśmiania: umiar, kontekst, proporcje. Bo jednak zwykle wiemy, kiedy, komu, czego i w jakiej formie nie mówić. Żarty śmieszne w jednym towarzystwie, przestają być śmieszne w innym. Mam prawo mówić, ale to nie znaczy, że zawsze muszę mówić. Chcąc nie chcąc mogę stać się ofiarą cudzej (nad)wrażliwości, zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Tylko czy jest jakaś szczególna wartość w samej chęci urażania cudzej wrażliwości?

Czyżbym zatem był zwolennikiem karania bluźnierców, jeśli „działali z zamiarem”, a niekarania, jeśli działali bez złych intencji? Tylko jak to ocenić i rozróżnić? Spróbuję wybrnąć z tego za pomocą powyżej sformułowanego zalecenia: umiar, kontekst, proporcje. Mogę sobie wyobrazić (choć nie będąc prawnikiem, nie umiem tego sformułować w języku kodeksu) prawo, które nie każe za same słowa (wolność wypowiedzi), lecz może skazywać (we właściwej proporcji kary do winy) za skutki słów (mowa nienawiści np.), zwłaszcza jeśli na podstawie dostępnego człowiekowi doświadczenia historycznego i osobistego można owe skutki w dużym stopniu przewidzieć. To trochę tak, jak karanie zatrzymanego pijanego kierowcy za to, że prowadzi po pijanemu, nawet jeśli nie zdołał jeszcze wywołać żadnego zagrożenia. Chcesz bluźnić? Bluźnij, ale licz się z konsekwencjami. Zarazem jednak czuj się przez prawo chronionym wtedy, gdy przedstawiasz swoje poglądy, bronisz własnych racji, polemizujesz z cudzymi przekonaniami.

Na razie nie tylko w prawie polskim nie wygląda to tak optymistycznie. Jest o co walczyć.