Filozof o ateistach

Są filozofowie, którzy ani nie chcą opisywać świata, ani tym bardziej go zmieniać. Wolą się zająć wciskaniem kitu i autokompromitacją w wywiadach prasowych. Na przykład „filozof polityki” prof. Zbigniew Stawrowski pochylił się nad ateistami, o których sądzi, że są to ludzie „religijni inaczej” i w gruncie rzeczy podlegający odurzeniu, bo ateizm to po prostu „wiara w to, że Boga nie ma”.

Najpierw zatroskany o lud polski dziennikarz „Rzeczpospolitej” pyta: „Lubelska Fundacja Wolność od Religii rozpoczyna ogólnopolską akcję antykatolicką. Jak mamy rozumieć pojęcie wolność od religii?”.

Można by się spodziewać, że filozof i dyrektor Instytutu Myśli Józefa Tischnera dostrzeże zawarte w pytaniu manipulacyjne utożsamienie akcji propagowania laicyzmu z akcją antykatolicką (jakby katolicyzm był jedyną wartą uwagi religią), ale filozof woli od razu przejść do sedna:

„Niektórzy uważają, że można oderwać człowieczeństwo od religii jako takiej, że można być człowiekiem w ogóle niereligijnym. Nazywają to właśnie wolnością od religii, zakładając, że religia jest jakimś dodatkiem, poglądem na świat, który można dowolnie zmieniać, a także zupełnie się go wyzbyć. Są oni przekonani, że człowiek może z religii zrezygnować, ba, nawet powinien to dla własnego dobra uczynić. Jednak jest zgoła inaczej, bo człowiek jest istotą religijną ze swej natury”.

Oczywiście wiem, że jak człowieka o coś pytają, to musi jakoś odpowiedzieć, gdy już zgodził się rozmawiać. Jednak od filozofa oczekiwałbym przede wszystkim trochę więcej precyzji w posługiwaniu się pojęciami, chyba że woli tego nie robić, żeby móc swobodnie przechodzić z jednego pola znaczeniowego na inne. W tym konkretnym przypadku nie jest jasne, co filozof rozumie przez religię i religijność, a przede wszystkim naturę ludzką.

Filozof kwestionuje przekonanie owych „niektórych”, że można „oderwać człowieczeństwo od religii jako takiej”, odwołując się do tezy – najwyraźniej jego zdaniem niepodważalnej – że „człowiek jest istotą religijną ze swej natury”. Ponieważ jest filozofem wierzącym w Boga, który stworzył człowieka, siłą rzeczy jego filozoficzna wizja natury ludzkiej obejmuje „boskość”, a więc i „religijność” tego wytworu. Innymi słowy, filozof mówi po prostu: człowiek jest z natury człowiekiem. Takiej wersji jego tezy nie da się zaprzeczyć. Choć zbyt odkrywcza nie jest.

Wszystkie znane nam z historii społeczności ludzkie wytwarzały pewien zasób rytuałów i wierzeń wyjaśniających pochodzenie świata i człowieka, próbując zarazem sprokurować pewne technologie umożliwiające panowanie nad rzeczywistością (modlitwa, ofiary rytualne, magia itd.). Zaryzykuję twierdzenie, że nauka (jaką znamy dziś) jest najnowszą wersją takich ludzkich rytuałów, wierzeń i technologii, tyle że pierwszą obejmującą cały nasz (i nie tylko nasz) gatunek, pierwszą tak skuteczną i pierwszą zawierającą bezwzględny mechanizm autoweryfikacji – i dlatego nie można jej „narracji o świecie” zrównywać z narracjami religijnymi, choć dostępna nam logika prowadzi do przyznania, że najbardziej nawet naukowy ogląd świata nieuchronnie zawiera elementy przyjęte „na wiarę”. Trzeba jednak sporej ignoracji, by mieszać ten typ wiary z wiarą w byty nadprzyrodzone.

Podsumowując, religijność (w szerokim znaczeniu) cechowała i nadal cechuje ludzkie społeczności, ale nie wynika z tego wszyscy ludzie są i muszą być religijni (bo samo wierzenie w coś nie jest od razu religijnością, chyba że rozmyjemy całkowicie znaczenie słów).

Pan filozof przybliża swoją wizję religijności w kolejnej odpowiedzi: „Pewnie każdy z nas ma coś takiego, co jest dla niego najważniejsze, co najbardziej kocha – coś, za co wręcz byłby gotów oddać własne życie. A jeśli to jest dla nas absolutną wartością, czyli w pewnym sensie po prostu bogiem, to okazuje się, że każdy z nas jest w tym sensie człowiekiem religijnym”.

No tu, to już wymiękam. Po pierwsze, żaden uczciwy wobec siebie człowiek nie może sensownie odpowiedzieć na pytanie, za co oddałby życie – bo tego nie wie; może mu się zdawać, że wie, może być nawet głęboko o tym przeświadczony, ale nie może tego wiedzieć. To złudzenie, że potrafimy przewidzieć nasze zachowanie w każdej sytuacji, a zwłaszcza w sytuacji ekstremalnej.

Po drugie, czy gdybym gotów był oddać życie za moje dzieci, które kocham (choć miłość to kolejne bardzo nieostre pojęcie), to znaczy, że są one dla mnie absolutną wartością? Więcej, stają się dla mnie bogiem? Panie filozofie, litości!

Także nauka nie jest dla mnie ani Bogiem, ani bożkiem. Podpieranie się cytatem z Maksa Schellera, że „Każda ludzka istota wierzy w Boga albo w bożki” nic tu nie zmieni. Dlaczego przekonanie Schellera miałoby mieć siłę niepodważalnego stwierdzenia?

Kto ciekaw innych mądrości filozofa, niech zajrzy do „Rzeczpospolitej” z 17 września. Niemal każde zdanie pokazuje jednak, że tego filozofa nie warto było pytać o ateizm. To go przerasta.