Nie maszeruję

Krakowski Marsz Świeckości nie zgromadził tłumów i zupełnie mnie to nie dziwi. Nie wybrałbym się na takie wydarzenie nawet, gdyby startowało blisko mojego domu. Zupełnie nie pociąga mnie zbiorowe wyrażanie opinii sprowadzonych do haseł, które dają się łatwo wykrzyczeć czy krótko napisać na transparencie. Hasła nieuchronnie upraszczają, a ich wspólne skandowanie nie pozwala myśleć.

Osobiście w ogóle nie lubię maszerowania i skandowania, może to uraz z wojska, które odsłużyłem w połowie lat 80., a może wcześniejszych doświadczeń – szkolnych pochodów pierwszomajowych… Tak czy owak nie lubię zbiorowych uniesień, choć mogę zrozumieć ich potrzebę. Dla wielu ludzi jest to sposób, by poczuć się pewniej, znaleźć wsparcie w jakiejś wspólnocie, spotkać podobnie myślących. Tylko pojawia się od razu pytanie: czy rzeczywiście podobnie myślących? Czy tylko podobnie wykrzykujących?

Odpycha mnie także cechujący takie przemarsze negatywizm, bycie na nie. Gdyby te hasła były chociaż dowcipne (ktoś próbował: „Ateiści są boscy”), radosne, pozytywne, manifestowały dobre samopoczucie, pewność siebie ludzi wyzwolonych od strachu przed wyimaginowanymi karami. A tu czytamy prostackie: „Bóg to mit, religia zabija” (a samochody i papierosy nie zabijają?) albo bezsensowne: „No God, no problem”. Nie ma problemów, jeśli nie ma Boga? Z takim ateistą nie chce mi się nawet rozmawiać, a co dopiero maszerować.

A do tego jeszcze próbujący coś ugrać przedstawiciele partii SLD i Ruchu Palikota. Joanna Senyszyn wpadająca w kościółkowy styl, gdy siląc się na dowcip zwraca się do przybyłych: „Drogie siostry ateistki, drodzy bracia ateiści”, i niejaki Armand Ryfiński z Ruchu Palikota, który nieudolnie tłumaczył, dlaczego przymaszerowało tak mało uczestników: „Polacy uciemiężeni trudami życia codziennego, borykający się na co dzień z wieloma przeciwnościami losu, nie mają czasu i siły, żeby tu przyjść. A dlaczego nie mają siły? Bo klepiemy biedę! A dlaczego klepiemy biedę? Bo Kościół jest bogaty! Jeśli Kościół będzie bogaty, Polska zawsze będzie biedna”. Rozumiem, że p. Ryfiński zbyt zmęczył się maszerowaniem, żeby stać go było na głębszą refleksję.

Czy ja sam proponuję coś pozytywnego? Na pewno nie marsze. Próby powołania jakiejkolwiek „wspólnoty ateistów” są z góry skazane na niepowodzenie, ateizm nie jest (jak wielu chciałoby wierzyć) inną formą religii (choć niewątpliwie jest pewną formą „wiary” w znaczeniu przywiązania do przekonania, którego zasadności nie da się ostatecznie dowieść), nie obejmuje żadnego zbioru dogmatycznych przekonań (poza przekonaniem – u jednych mocniejszym, u drugich słabszym – o nieistnieniu bytów nadprzyrodzonych), nie ma struktur, hierarchii ani przywódców itd. Uzgodnienie jednego światopoglądu ateistycznego jest po prostu niemożliwe, jak dowodzą tego historie działających na świecie organizacje odwołujących się do racjonalizmu, ateizmu, humanizmu, materializmu itp.

Nie uważam, aby ateiści byli w Polsce prześladowani (tym bardziej nie są prześladowani katolicy, choć prawica wciąż usiłuje tego dowieść), chyba że za prześladowanie uznać społeczną presję, by ateiści się zbytnio nie wychylali i konformistycznie uczestniczyli w praktykach religijnych i okołoreligijnych, co zresztą czynią. Ale to już ich problem.

Ateiści, choć wolałbym powiedzieć „niewierzący w byty nadprzyrodzone”, powinni przede wszyskim mieć dość odwagi, by ujawniać swoje przekonania na co dzień. I własną postawą dowodzić, jak prymitywne jest upowszechnianie przekonania, że nie ma etyki poza etyką motywowaną religijnie.

Może to i banalne, ale wolę rozmawiać z myślącym katolikiem, niż maszerować z bezmyślnym ateistą.