Plastry wiary

Poobklejani kolorowymi plastrami sportowcy wyglądali na londyńskiej olimpiadzie jak dziesięć nieszczęść i herosi zarazem — cierpią, ale walczą do upadłego! Oczywiście to nie są byle jakie plastry i nie są one byle jak naklejone — za tym wszystkim stoi cała filozofia leczenia, zwana kinesiologią, opracowana przez japońskiego doktora Kenzo Kase w latach 70. i 80. Stoi też już za tym cały naturalny w takich przypadkach mechanizm kapitalizacji tego pomysłu: produkcja specjalnych plastrów (nie byle jakich — podróbki nie działają tak jak oryginały), reklama, marketing, sprzedaż bezpośrednia i internetowa, szkolenia i związane z tym — oczywiście — certyfikaty.

I wszystko byłoby pięknie i ku chwale oraz dla zdrowia nie tylko sportowców (plastry mają wiele zastosowań pozasportowych), gdyby nie to, że jak dotąd mimo badań pod różnymi kątami, stosunkowo niewiele udało się dowieść w zakresie realnej efektywności kinesiotapingu (KT). Wystarczy porównać artykuł w polskiej Wikipedii i w jej angielskiej wersji, by zauważyć, że ta polska brzmi cokolwiek bardziej marketingowo. Metaanaliza rozmaitych badań, które w ogóle nadawały się do analizowania, wykazała albo słabe efekty KT (i to tylko w niektórych zastosowaniach), albo żadne. Jej autorzy — jak to zwykle bywa w takich przypadkach — konkludują, że potrzebne są dalsze badania (to w końcu też pewna forma kapitalizacji tego szeroko już dziś funkcjonującego przedsięwzięcia). Przy czym nie brakuje naukowców kwestionujących fundamenty samej kinesiologii, tj. proponowane przez doktora Kase mechanizmy wyjaśniające jej działanie. Anegdotyczne przykłady (czyli ludzkie historie typu: mnie pomogło) nie przekładają się na nic więcej niż efekt placebo (co notabene w zmaganiach sportowców może owocować lepszym, zwycięskim wręcz wynikiem).

Piszę to wszystko tylko po to, by zamyślić się chwilę nad ludzkimi słabościami (które zarazem bywają źródłem niezwykłej siły): bez względu na to, ile razy dajemy się nabrać na jakiś cudowny wszystko leczący środek (by po pewnym czasie zorientować się, że to jednak nie działa), i tak nieuchronnie sięgniemy po coś kolejnego, co pojawiło się na horyzoncie w chwili, gdy potrzebujemy pomocy. Myślę, że każdy zna jakąś historię człowieka, który w sytuacji zagrożenia życia sięgał po zupełnie absurdalne rozwiązania, którym normalnie nie poświęciłby chwili uwagi. Więcej, pewnie każdy zna (choć już niekoniecznie z autopsji) przypadki, w których te jawnie absurdalne środki zaradcze rzeczywiście poskutkowały. Oto tajemnica wiary!

I nie mieszajmy do tego bogów.