Nudny patriotyzm

Ku przerażeniu działaczy Solidarnej Polski, którzy zlecili badania opinii publicznej, okazało się, że ta partia z niczym konkretnym ludziom się nie kojarzy — w przeciwieństwie do PiS, które kojarzy się z patriotyzmem, i PO, która łączy się ludziom w głowach z nowoczesnością (co samo w sobie jest dość zabawne, zważywszy realne postawy i zachowania głównych polityków tej partii).  SP, czyli partia Zbigniewa Ziobry, nie zdołała jak dotąd zapaść ludziom w pamięć, mimo heroicznych czasem wysiłków jej prominentnych postaci, by jakoś się odróżnić od swych byłych kolegów z PiS. I bardzo dobrze — nie dałbym za tych ludzi nawet 5 groszy.

Ciekawsze jest to przypisanie „patriotyczności” do PiS. Wcale mnie nie dziwi, zważywszy jak często na ustach polityków tej partii pojawiają się słowa: patriota, ojczyzna, honor, naród, Polska  — odmieniane na wszelkie sposoby, z sensem i bez. Oczywiście to nie jest, nie może i nie powinno być nikomu zakazane. Moja wątpliwość nie dotyczy używania, czy nawet nadużywania słów. Po prostu mnie się taka forma manifestacji swego patriotyzmu wydaje zarówno łatwa (to jeszcze nic złego), jak i pusta (co widać przy okazji spraw istotnych — jak bieżący stosunek do instytucji własnego państwa — i w sytuacjach, mających groteskowy wymiar — jak wtedy, gdy prezes patriota myli słowa hymnu narodowego).

Uważam siebie za pragmatyka i może dlatego niełatwo ulegam urokowi słów (choć język polski uważam za bezcenne dobro i wciąż lubię czytać poezję, także romantyczną). Więcej — jestem wobec słów nieufny, zwłaszcza gdy wypowiadają je ludzie, którzy sami nie budzą zaufania albo, co gorsza, już je — czasem wielokrotnie — zdołali zawieść. (Tu mała dygresja: Donald Tusk jest niezwykle sprawnym mówcą i należy do nielicznego grona polskich polityków umiejętnie korzystających z języka. Niemniej nie da się zapomnieć, że czynami niejednokrotnie już zaprzeczał własnym słowom, co nie przysparza mu ani chwały, ani zaufania).

Mój główny kłopot z tą formą patriotyzmu, jaka najmocniej manifestuje się dziś w języku i działaniu PiS (i praktycznie całej tzw. prawicy), to właśnie powierzchowność, skupienie na obrzędowości, rocznicowości, grze symboli, wielkich słowach i niby-znaczących gestach (w czym ów patriotyzm niezwykle przypomina polski katolicyzm — co, znów, nie może nikogo dziwić). Tego w naszym życiu społecznym nigdy nie brakowało (nawet za czasów PRL patriotyczna obrzędowość miała się doskonale). Nadal natomiast brakuje czegoś, co nazwałbym nudnym patriotyzmem. Chodzi mi po prostu o patriotyzm na co dzień. Niewidoczny na pierwszy rzut oka, niespektakularny, ale w istocie decydujący o jakości życia społecznego.

Przykłady? Już wyższa kultura jazdy (nie tylko samo przestrzeganie na ogół nieprzestrzeganych przepisów) więcej by zmieniła w obrazie Polski i Polaków na zewnątrz i naszym życiu codziennym niż jakiekolwiek piękne i wzruszające obchody upamiętniające to i owo. Politycy, zamiast nasładzania się powtarzaniem słów i wzruszania własnymi gestami, powinni się skupić na pracy przy stanowieniu prawa, bo to jego jakość decyduje, czy społeczeństwo będzie mogło budować siłę państwa.

W gruncie rzeczy jestem przekonany, że ten postulowany tu minimalizm nudnego patriotyzmu powszedniego jest niezwykle trudną — a czasem w realu wręcz heroiczną — postawą. Bo kochać Naród i Ojczyznę jest stosunkowo łatwo, trudniej pokochać realnych Polaków, gdy jedzie się z nimi zatłoczonym tramwajem. Albo słyszy, jak zachowują się na cmentarzu podczas obchodów rocznicy powstania warszawskiego.

PS

Trochę na temat, a trochę nie, czyli traktat o niedobrej robocie jako przyczynek do rozważaniach o patriotyzmie na co dzień.