Primum non nocere

To elementarna zasada etyczna, która w życiowej praktyce niesie ze sobą skomplikowane, czasem dramatyczne  wybory — na co słusznie zwrócili uwagę uczestnicy dyskusji przy okazji poprzedniej noty. Postawmy — podkreślam — niezłośliwe pytanie: czy inicjatywy Krucjaty Młodych komuś szkodzą?

Znów jest głośno o tym szczególnym gronie zaangażowanych katolików (o którym już pisałem blisko rok temu), bo organizuje ono protest przeciwko warszawskiemu koncertowi Madonny, zapowiedzianemu od dawna na 1 sierpnia. (Madonny jako artystki nie cenię, jej kabalistyczne inklinacje mnie śmieszą, ale to nie ma nic do rzeczy). Ich zdaniem Madonna kpi z Polaków, obraża, uraża, naraża itd., itp. — nie chce mi się tu przytaczać tego, co można przeczytać gdzie indziej.

Akurat ta akcja Krucjaty Młodych raczej nikomu nie szkodzi, może nawet wielu ludzi nakłonić do chwili refleksji, czy padające oskarżenia mają sens, czy to wpływa na ich własną chęć/niechęć uczestniczenia w koncercie, czy równolegle z obchodami rocznicy powstania mogą się odbywać jakiekolwiek inne publiczne przedsięwzięcia itd. Mają do protestu pełne prawo, tak jak mają prawo do takich wystąpień, jakie zorganizowali 1 czerwca w Warszawie, kiedy trzymając tablice z (cokolwiek dwuznacznie brzmiącym) napisem „Różaniec wynagradzający Bogu za sodomię”, modlili się publicznie, by wynagrodzić „Bogu i Matce Najświętszej ogromne zgorszenie, jakim była parada pederastów i innych zboczeńców, która następnego dnia odbyła się w stolicy” (czyli wynagradzali Bogu przed zdarzeniem, więc tenże, najwyraźniej udobruchany, nie zakłócił przebiegu marszu LGBT, a przecież mógł — ale nie wchodźmy na ścieżkę ironii).

Czy zatem Krucjata Młodych komuś szkodzi? Jej uczestnicy, aktywiści i akolici z pewnością uważają, że nie — wręcz przeciwnie, daje im silniejsze niż sama przynależność do Kościoła katolickiego poczucie wspólnoty, wierności wyznawanym wartościom, satysfakcję, że są dość odważni, by publicznie się o te wartości upominać (a niewątpliwie wymaga to pewnego hartu ducha). A gdy jeszcze po modlitwie zobaczą na niebie tęczę (jak to miało miejsce 1 czerwca), ich przekonanie o słuszności własnej postawy staje się wręcz niezachwiane.

A jednak uważam, że Krucjata Młodych szkodzi. I to najbardziej swoim uczestnikom. Zdają mi się uwięzieni w swoim światopoglądzie jak mucha w bursztynie, zamknięci na różnorodność, z definicji niechętni (albo i wrodzy) każdej postawie nie dość perfekcyjnie wypełniającej oczekiwania katolickiego systemu wartości, który — jak praktycznie każdy system — zawiera w sobie nieusuwalne sprzeczności (wobec których to sprzeczności samoświadomy człowiek musi umieć znaleźć pewną dozę pobłażliwości tak dla siebie, jak i dla innych). Celowo piszę o pobłażliwości (dystansie, niezajadłości), bo tolerancja jest relacją siły, a mnie nie o przewagi jednych nad drugimi chodzi, lecz o pewien rodzaj hojności dla drugiego człowieka, jakimkolwiek przyszło mu być z racji genetycznego wyposażenia, środowiska, czasu i całej masy zdarzeń przypadkowych. Krucjata to wyprawa na wojnę, zachęta do wojny. O ile trudniej żyć pokojowo.