Rezygnuję z was!

Teraz to już ostatecznie i nieodwołalnie przestaję czytać POLITYKĘ! Chociaż kupowałem ją od 150 lat, a może i dłużej, to po ostatnim waszym wybryku, rezygnuję! Straciliście czytelnika!

Tej mniej więcej (raczej mniej niż więcej) treści listy/maile/telefony raz na jakiś czas docierają do redakcji POLITYKI (i wielu innych redakcji), gdy pismo nagle naruszy czyjeś głębokie przekonanie czy przyzwyczajenie, urazi czyiś smak, zadrwi z gustu lub po prostu — to się zdarza — popełni gafę/karygodny błąd lub coś przeoczy, co — oczywiście! — czytelnikowi od razu rzuci się w oczy.

O ile jednak rozumiem oburzenie, doceniam spostrzegawczość, akceptuję, że coś, co mnie się wydaje dość obojętne, kogoś innego może maksymalnie wkurzyć, o tyle nie potrafię całkiem zrozumieć tej formy zemsty na piśmie, którego jeden z wielu elementów stał się źródłem całej reakcji. Rzecz jasna mogła to być tylko kropla przepełniająca czarę goryczy, mogło być tak, że w gruncie rzeczy ów czytelnik już od dawna nie akceptował pisma, choć wciąż je kupował (przyzwyczajenie drugą naturą człowieka). Ale tak naprawdę nie wiadomo, która ze stron tej transakcji bardziej się zmieniła i z jakich przyczyn, a w naturalny sposób jesteśmy skłonni sobie przypisywać stałość, zmienność zaś (zwłaszcza na gorsze) — innym.

Jeśli jednak „zerwanie stosunków” podyktowane jest jednym konkretnym elementem (okładka, jakiś tekst, tytuł, błąd merytoryczny, autor, którego „nie powinno być”), to takie zachowanie wydaje mi się cokolwiek dziecinne, a w każdym razie niedomyślane. Czy jeden niemądry tekst wpływa na zawartość innego, mądrzejszego tekstu? Czy obecność jednego („beznadziejnego”) autora, wyklucza możliwość docenienia warsztatu innego autora? Wiadomo, że w sklepach nie kładzie się obok siebie niektórych towarów (sprzedaż pieczywa leżącego obok papieru toaletowego spadłaby pewnie niemal do zera), ale jednak sklep oferuje i jedne, i drugie. Podobnie, poniekąd, jest z pismem.Ważne, by było wiadomo, da jakiego sklepu/pisma się wchodzi.

Dla redakcji tego typu enuncjacje czytelników zawsze są przykre (a i o aspekcie ekonomicznym nie da się zapomnieć), dlatego staramy się, gdy to tylko możliwe, przekonać ich do swych racji lub przeprosić, jeśli popełniliśmy błąd. I wielu daje się przekonać. Wydaje się, że nadrzędną wartością jest tu z jednej strony istnienie czytającej publiczności, z drugiej zaś medium dostarczającego intelektualnej (i emocjonalnej, o ile w ogóle daje się to rozdzielić) strawy. Nie łudźmy się, że fora internetowe zastąpią tworzenie i wymianę opinii przez ludzi, którzy w tym się specjalizują. Nie tak łatwo zrobić profesjonalne pismo opiniotwórcze, podobnie jak niełatwo nakręcić dobry film tylko dlatego, że ma się do dyspozycji kamerę.

Dyskusja, jaka rozgorzała na forum polityka.pl, pokazuje, że mamy bardzo krytycznych (także względem siebie nawzajem) odbiorców. I doskonale widać, że nie da się wszystkich zadowolić, już choćby z racji skrajnej oceny konkretnych autorów (jedni chcą ich więcej, inni nie chcą ich wcale). Spór będzie trwał, dopóki będzie istniała czytająca publiczność. A ta będzie istniała, dopóki będzie miała co czytać. Rezygnacja jest najgorszym z rozwiązań.