Wojna z Wojewódzkim

Oburzenie przekroczyło granice. W tym granice państw i zdrowego rozsądku. Miałem się o sprawie Wojewódzkiego/Figurskiego nie wypowiadać, bo po co, skoro wypowiadają się wszyscy? Sprowokowała mnie czytelniczka tego blogu, która wstawiła link do petycji skierowanej do red. Baczyńskiego, by wyciągnął „zdecydowane konsekwencje wobec Jakuba Wojewódzkiego”. (Samej sprawy nie opisuję, bo jeśli ktoś jeszcze o niej nie słyszał, to znaczy, że ma gdzieś media i blogosferę). Nie ma mnie w redakcji, nie wiem, co się tam o tym mówi i czy planuje jakąś reakcję, więc piszę, co sam uważam.

Ludzie! Czyście zwariowali?! Mówimy o audycji satyrycznej! O naśmiewaniu się z rzeczywistości i ludzkich postaw. Że żenujące? Że chamskie? Rzecz gustu i wrażliwości. Jeśli dowcipasy W/F są żałosne i niesmaczne (a zdecydowanie bywają, jak na moją wrażliwość), to co powiedzieć o wypowiedziach, które padają bez satyrycznego kontekstu (Niesiołowski, Palikot, Macierewicz, Brudziński i wielu, wielu innych [kolejność nazwisk nie ma tu nic do rzeczy]), albo takich, których pełne są „satyryczne” strony pism prawicowych i lewicowych, prawicujących i lewicujących?

Moim zdaniem MSZ Ukrainy wygłupiło się swoją interwencją w tej kwestii nie mniej niż Ryszard Nowak [przepraszam za błąd w imieniu w poprzednim wpisie] w sprawie obrazy uczuć religijnych i Dody, a może i bardziej. Polskie MSZ też słabo sobie z tym dało radę. Panowie i panie, zachowajcie proporcje!

To jest w ogóle jakieś względnie nowe zjawisko społeczno-polityczno-ideologiczne to obrażanie się o jakąkolwiek wypowiedź, bez względu na jej kontekst, pozycję wypowiadającego się i wagę samej sprawy. To dzieje się dopiero od kilku lat, może nasiliło się od słynnej sprawy karykatur Mahometa. Reakcja w świecie islamu zdumiała Zachód, ale zarazem jakby coś mu podpowiedziała — zaraz, zaraz, przecież my też możemy być tacy delikatni, przecież nas też ciągle obrażają — zdają się teraz mówić rozmaite społeczności i ugrupowania — my też możemy żądać przeprosin i wyciągania konsekwencji… Nagły atak powszechnej nadwrażliwości — wyraźny znak utraty pewności siebie i samosterowności, poczucia własnej wartości, a zwłaszcza siły własnych wartości. To także rozlewająca się niepohamowana potrzeba kontrolowania innych, przy coraz mniejszej skłonności do samokontroli (czymże innym są pełne nienawiści i bluzgów fora internetowe?). W tej sytuacji można by zapewnić pracę całemu pokoleniu prawników (co za wzrost PKB dla wielu gospodarek państwowych naraz!) — wystarczy wszak wziąć na warsztat literaturę dowolnego narodu i wytoczyć proces o publiczne zniesławienie/obrazę uczuć/naruszenie godności niemal dowolnej innej (a i własnej) nacji. (Świetny temat pracy magisterskiej albo i doktorskiej: obrażanie uczuć religijnych Polaków w twórczości [tu wstawić nazwisko, np. Dostojewski]).

Wróćmy do W/F i przypomnijmy — ci panowie żyją z uprawiania różnych form rozrywki, w tym satyry. I tylko w takim kontekście sensowne jest ocenianie tego, co mówią. Taki dialog, jaki wygłosili W/F w radiu, w wykonaniu (nawet) podsłuchanych polityków, byłby skandalem i kompromitował ich. Tyle że znamy wiele podobnych historii z politykami i wiemy, że jakoś rzadko tego typu kompromitacja usuwa ich z gry na zawsze (trzeba dopiero wpadki w stylu Dominique’a Strauss-Kahna, o którego ciągotkach przecież wielu ludzi wiedziało).

Gdy satyra bywa słaba (kiedyś Jan Pietrzak potrafił być dowcipny, teraz jest żenujący i nie tylko o polityczny wymiar jego postawy tu chodzi), traci odbiorców. Akurat to panom W/F wciąż nie grozi. Wygłupili się już nie raz i nie raz się jeszcze wygłupią, to ich ryzyko zawodowe. Wyciąganie konsekwencji należy do publiczności, a nie prawników. Znane są sytuacje, w których sceniczni komedianci (stand-uperzy) wypadali z łask, gdy za daleko posunęli się w swych dowcipach. Nie ma dla nich gorszej kary. Poza karą śmierci, rzecz jasna. Ale tę zostawmy dowcipnym imamom.