Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

18.06.2012
poniedziałek

Transgresje szpitalne

18 czerwca 2012, poniedziałek,

Drogi P.!

Muszę się zgodzić — pisanie o pisowcach i okolicach rzeczywiście jest nudnawe. Są tacy przewidywalni. Niemal tak przewidywalni, jak platformersi, palikotki, zioberki itd., itp. Jednak akcja w europarlamencie miała — że użyję języka komentatorów sportowych — świeżość w kroku. Dlatego zwróciła moją uwagę.

Znacznie więcej uwagi — jakież to ludzkie! — zwracam obecnie na siebie.  W ramach realizacji hasła „Bądź młodszy za rok” próbowałem bowiem ćwiczyć sprawność ciała. [Pisząc to, przesuwam, a może przekraczam granicę dzielącą blog od Facebooka, którego użytkownikiem świadomie nie jestem i nie będę].

 

Prawa fizyki okazały się silniejsze niż moje fizyczne umiejętności, co skończyło się operacją skomplikowanego złamania nogi wskutek nie dość sprawnej jazdy na rolkach (żegnajcie na zawsze!). Jak to mówią, przez sport do kalectwa. W ten sposób z luksusowego świata biur i komputerów trafiłem do nie-tak-luksusowego świata szpitalnego korytarza (co NB mnie cieszy, gdyż przebywanie w pokoju z ryczącym telewizorem/radiem jest torturą znacznie dla mnie gorszą, niż ciągły ruch i dostęp do odgłosów z rozmaitych sal wypełnionych podobnymi do mnie niepełnosprawnymi). W ten sposób w trymiga przekroczyłem kolejną granicę, czyli dokonałem transgresji, jak by powiedział prawdziwy intelektualista. I nie jest to ostatnia transgresja, bo szpital to naprawdę interesujący mikroświat.

Piszę o tym nie po to, by wzbudzać współczucie. Raczej po to, by zarejestrować tak brzemienne dla mnie w skutki zdarzenie. A wręcz zderzenie z realem. Praca. Zaplanowane wakacje. Samodzielne przemieszczanie się i parę innych przyjemności… Chwila nieuwagi, ułamki sekund i wszystko się zmienia niemal nie do poznania. I muszę wyznać — to całkowicie się mieści w moim sposobie myślenia o świecie. (Może nie byłbym taki tego pewien, gdyby złamanie bolało jeszcze bardziej albo znacznie bardziej naruszyło moje zdrowie, kto wie?).

 

A co z tymi transgresjami, skoro zachowuję tak bezczelną pewność siebie (bo tu do transgresji, np. uruchomienia myślenia typu „Bóg mnie pokarał za to, że w niego nie wierzę”, nie doszło)? Cóż, w życiu szpitalnym, w odróżnieniu od tego codziennego, przekraczania granic nie brakuje ani trochę. Można by wręcz powiedzieć, że przekraczanie granic idzie wszystkim z taką łatwością, jakby całe życie byli przemytnikami.

 

Czas. Po błyskawicznie dziejącym się wypadku, nagle trafiamy do świata znacznie spowolnionego (zostawmy na boku naprawdę poważne zdarzenia i natychmiastowe interwencje). Izba przyjęć — nie licz na pośpiech (choć ja przy pierwszym przyjęciu miałem sporo szczęścia, przy drugim — bo musiałem wrócić, gdy wdało się zakażenie — już tak szybko nie było, ale szczegółów oszczędzę). Bezradne czekanie, które niemal zawsze wydaje się słabo uzasadnione. Czas płynie boleśnie bezsensownie.

Operacja to już czysta magia — odpowiadamy na jakieś pytania, by po chwili obudzić się po drugiej stronie dziury czasowej, która już jest za nami. A potem przekraczamy kolejną granicę — wsiąkamy w rytm szpitalnego życia, wyznaczony przez kilka punktów, które z każdym dniem, mimo dzielących je godzin oczekiwania, wydają się coraz bliższe siebie: temperaturka, leki, obchód, śniadanie, opatrunek, obiad, temperaturka, kolacja, obchód, leki… Czas płynie wolno, ale mija błyskawicznie. (I na tym poprzestanę, bo opisał już to Tomasz Mann z większym talentem).

Przestrzeń. Nawet łóżko, któremu instynktownie staramy się przypisać cechy prywatnego terytorium, takim terytorium nie jest, bo w każdej chwili można zostać przeniesionym na jakieś inne, w innej części korytarza, do innego pokoju. Wszystko wspólne, niemal ogólnodostępne. Intymność ograniczona do minimum — do granic ciała. Choć i to nie zawsze — ktoś obcy ciągle cię dotyka i pozwalasz mu na dotyk o intymności, do jakiej nie dopuściłbyś poza granicami szpitala. Nagle współżyjemy z gromadą obcych ludzi jako szczególne plemię terytorialne: my z III piętra takiego a takiego oddziału.

Ty i ja, ale głównie ja. Oczywiście nie poznajemy wszystkich oddziałowych historii, ale i tak wysłuchujemy ich sporo, szybko dowiadujemy się podstawowych rzeczy o najbliższych współplemieńcach. Poznajemy ich opowieści, rewanżując się tym samym. Albo inaczej: pozwalamy im coś o sobie powiedzieć tylko po to, by jednak opowiedzieć o nas samych. Obowiązuje gra pod nazwą Moje Lepsze. Nikt tak nie cierpi jak ja! Opowiedzmy to jeszcze raz. To akurat nazwałbym transgresją do wnętrza samego siebie. Ekshibicjonizm jako następstwo całkowitego skupienia się na sobie.

Fizjologia. Tu przekraczanie na co dzień przestrzeganych granic jest chyba najbardziej widoczne. Jak tam kupka?  Salowo, basen! Siostro, kaczkę! Już pan narobił? O, jaki piękny stolec! Zasadniczo płeć jest bez znaczenia, ale jednak salowe to głównie kobiety, więc te niewdzięczne obowiązki spadają głównie na nie. Co ciekawe, zwykle daje się uniknąć wulgarności, choć żarty bywają grube. Większość pacjentów wchodzi na to terytorium bez nadzwyczajnego certolenia się, jakby rozumiejąc, że nie mają wyjścia. Ale dla niektórych, zwłaszcza mężczyzn, to publiczne załatwianie się i uzależnienie od obcej kobiety jest prawdziwym wyzwaniem. Taka godnościowa postawa prowadzi do absurdów: starszy pan ze złamanym biodrem i zaawansowanym parkinsonem zmusza rodzinę, by na rękach przeniosła go do toalety; albo młody człowiek, który leczy nogę rozharataną w bójce kibicowskiej, jeździ na wózku do ubikacji trzymając w ręku podłączoną kroplówkę, chociaż po znieczuleniu lędźwiowym nie powinien nawet podnosić głowy przez parę godzin. Bezgraniczna głupota w służbie granic męskości!

Pomoc. Nawet ci, którym kultura współżycia z niczym się nie kojarzy, bo są urodzonymi chamami, mogą jednak liczyć na życzliwość, z jaką poza szpitalem się by nie spotkali. Ludzie (licząc na wzajemność) pomagają im, choć ich „dziękuje” brzmi jak „wal się!”. To też rodzaj przekraczania barier.

Drogi P.!

Mam nadzieję, że wybaczysz banalność powyższych spostrzeżeń. Jakoś czułem, że powinienem je sformułować, choćby po to, by przybliżyć się do kolejnego śniadania. To nie wszystkie moje i cudze szpitalne transgresje, ale na dzisiaj starczy.

Pozdrawiam!

J.K.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Szanowny redaktorze Polityki

    Swiat widziany z lozka szpitalnego jest pelen bolu dlatego proponuje zaprzatnac mysli koncepcja obrazy uczuc religijnych. Wyrok sadowy na Dode zostal utrzymany. Zastanawiam sie nad tym czy mozna obrazic uczucia religijne? Czym uczucia religijne Polakow roznia sie od takich samych uczuc Dunczykow? Czy wyznanie religijne sedziego ma wplyw na obecnie wydany wyrok?

    Zycze szybkiego powrotu do zdrowia.

    Slawomirski

  2. Współczuję i zdrowia życzę.

  3. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  4. Z tego, co zrozumiałam, osoby pokrzywdzone w sprawie to święci prorocy (wg filozofii Dody „napruci winem i palący zioła „)

  5. W procesie zdrowienia ważny jest właściwy szpital i dobra fizjoterapia
    Rychłej poprawy życzę 🙂
    Poza tym, jeśli organizm postanowi wyzdrowieć, to wszelka medycyna jest bezradna 😎

  6. W świetle odkrycia dokonanego przez Dodę całkowity zakaz marihuany wydaje się zasadny.

  7. Świeżość w kroku – takie skojarzenia rodzą się tylko w szpitalu.

  8. Blondynka kliknęła w ” Listy do P.” i zdziwiona, że trafiła na tak dobry tekst, redagowany przecież przez JK, ale ton osobisty, bardzo dobry! Lepiej kliknąć późno niż wcale ( refleksja hereinafter blondynki 😉