Czy wierność może być modna?

Akcja „Wierność jest sexy”, czyli pomysł promowania wśród studentów (i ludzi dojrzałych) „mody na bycie wiernym” wygląda w sumie niewinnie i pozytywnie. Inicjator kampanii na rzecz wierności (chodzi, rzecz jasna, o wierność w związku dwóch osób) zainteresował swoim pomysłem parę osób o znanych (z telewizji) twarzach, co z definicji gwarantuje nagłośnienie akcji. Stąd w ogóle o niej wiem. Dodatek „Życie Warszawy” do dzisiejszej „Rzeczpospolitej” (25.04) zamieścił na ten temat tekst ze zdjęciem – najwyraźniej szczęśliwego – małżeństwa Danuty i Krzysztofa Ziemców.

Jeden z organizatorów akcji jest studentem czwartego roku prawa i działaczem Akademickiego Stowarzyszenia Katolickiego Soli Deo. Raczej nie ma więc wątpliwości, do jakiego systemu wartości się odwołuje i jaki ideał wierności mu przyświeca: ten streszczający się w formule „co Bóg złączył, niech człowiek nie waży się rozłączać”. Wolno mu, podobnie jak wolno przyłączać się do tej akcji każdemu, komu się ona podoba.

Dlaczego zatem ten pomysł zwrócił moją uwagę? Wiem, że to rodzaj społecznej zabawy, niemniej to zabawa, która ujawnia obcy mi sposób myślenia o ludziach i ich współżyciu. Można w nieskończoność dyskutować o kondycji człowieka (choć jestem zdeklarowanym przeciwnikiem mówienia o „człowieku w ogóle”, bo to co najwyżej
— czasem użyteczna, a czasem niebezpieczna w zastosowaniach — hipostaza), ale czy można nie brać pod uwagę realiów i ewolucyjnych uwarunkowań ludzkiego organizmu, co zdaje się robić wyidealizowana katolicka koncepcja małżeństwa?

Ludzi jako gatunek niewątpliwie charakteryzuje skłonność do dobierania się w monogamiczne pary (czyli zawiązywania „wiernych” związków), ale w praktyce ludzkich społeczeństw jest to zazwyczaj monogamia seryjna (czyli następujące po sobie w czasie związki, w ramach których partnerzy przez jakiś czas się nie zdradzają). W zależności od genetycznych predyspozycji i społecznych nacisków ten „jakiś czas” może być bardzo różny. Moim zdaniem pary (niekoniecznie dwupłciowe), które dobrały się tak, że ich „jakiś czas” zamienia się w „całe dorosłe życie”, to wyjątkowi szczęściarze. I że niekoniecznie mogą sobie to poczytywać za jakąś szczególną zasługę, bo nie wynika to tylko i wyłącznie z ich „chcenia”, by tak było. (Pozostawmy na boku cały wątek wolnej woli, bo to wciągnęłoby nas w otchłań rozważań). Stąd apelowanie: „bądźcie sobie wierni, bo to jest sexy” jest dla mnie pomysłem skrajnie naiwnym. (Jak zresztą wiele innych apeli płynących ze strony ludzi Kościoła. Ostatnio papież apelował o ograniczanie seks turystyki – bardzo to chwalebny apel, ale całkowicie daremny, skoro nie zawiera żadnych sugestii, jak to zrobić).

Ponadto, odwoływanie się do pojęcia mody (także poprzez angażowanie celebrytów) to właściwie sposób na autokompromitację idei. Skoro wierność jest wartością samą w sobie, musi być ponad modami (które z definicji mijają); a jeśli po prostu jest sexy, to czy to znaczy, że gdy przestaje być dla kogoś sexy, przestaje być wartością? Życie celebryckie na bieżąco relacjonowane w mediach dostarcza głównie dowodów na tę drugą interpretację. W ten sposób inicjatorzy kampanii sami się ośmieszają.

Prawdę mówiąc, dużo ciekawsze byłoby rozważenie, kiedy postawa wierności wobec drugiej osoby staje się antywartością, czymś szkodliwym raczej niż pozytywnym? Zauważmy, jak dwuznacznie brzmi, że ktoś jest „bezwzględnie wierny szefowi partii”. Wystarczy się rozejrzeć po naszej scenie politycznej, by dostrzec, że taka wierność jest bardzo niesexy.