Obóz posłanki Kempy

Czy warto pisać o Beacie Kempie? Nie warto. Więc po co poświęcam jej uwagę? Żeby ci, którzy lubią odwoływać się do pojęcia wartości chrześcijańskich i często uważają, że niezłomnymi obrońcami tychże wartości są ludzie PiS, dostrzegli, jak wygląda to w praktyce.

Podczas debaty o reformie emerytalnej Beata Kempa, w charakterystycznym dla siebie stylu przekupy bazarowej, wykrzyczała:

Trzeba nie mieć Boga w sercu, żeby urządzać milionom Polek i Polaków obozy pracy!

O ile wiem, jedną z ważnych składowych wartości chrześcijańskich jest oddawanie czci zmarłym i odnoszenie się z szacunkiem do wszystkich tych, którzy ponieśli śmierć z rąk innych ludzi, zwłaszcza śmierć niezawinioną, tragiczną. Do tej kategorii z pewnością należą również ci, którzy przeszli (lub nie zdołali przejść) przez obozy pracy zafundowane przez różne systemy totalitarne i dyktatorskie swoim i nieswoim społeczeństwom, w Europie i poza nią.

Jak bardzo pusto trzeba mieć w głowie (i — metaforycznie — w sercu), by porównywać pracę gdziekolwiek (nawet za kiepskie pieniądze) z pobytem w obozie pracy? To, że posłanka Kempa nie przebiera w słowach, wiadomo, w końcu wzoruje się na swoim partyjnym szefie (o nim jednak pisać już nie będę). Zastanawia mnie tylko, czy ona kiedykolwiek poddaje to, co mówi, moralnej autorefleksji? Czy gdy idzie do spowiedzi, a zapewne to robi, wie, z czego powinna się spowiadać? Czy może w ogóle nie potrafi dostrzec, na czym polega etyczna niestosowność — nawet dla niewierzącego — zestawienia, jakiego dokonała w oratorskim popisie sejmowym?