Szatan zamienił się w pieska

Nie mam zamiaru wyśmiewać ludzi, którzy swe poważne problemy z psychiką interpretują jako opętanie przez złe moce. Tym bardziej nie będę wyśmiewał kościelnych egzorcystów, bo taki sposób myślenia muszą kultywować z racji własnej wiary. A psychomachie bywają straszliwe. I rzeczywiście zdarza się, że kontakt z księdzem daje lepsze (choć czasem jedynie doraźne) efekty niż formalne leczenie psychiatryczne czy psychoterapeutyczne.

Niestety, psychologia to wciąż bardzo młoda dziedzina nauki i jest polem, po którym hasa mnóstwo hochsztaplerów (ustawienia hellingerowskie to tylko jeden z przykładów), a i uczciwi naukowcy dają się zwodzić różnym „cudownym” terapiom. Na przykład kontrolowane badania oraz krytyczna analiza danych dotyczących realnej efektywności wszelkich terapii, w których czynnikiem leczącym miał być kontakt ze zwierzętami (hipoterapia i wiele innych), wykazały, że dość powszechne przekonanie o zbawiennym wpływie zwierząt na zdrowie psychiczne albo przeżywalność chorych na raka nie znajduje potwierdzenia w faktach; co gorsza, okazało się, że w niektórych sytuacjach posiadanie zwierzęcia raczej pogarsza rokowania.

Nie ma wątpliwości — praktycznie wszystkie obecnie akceptowane przez środowisko naukowe terapie są zawodne i sprawdzają się jedynie w jakimś większym lub mniejszym procencie przypadków. Dlatego sięga się po terapie mieszane lub zmienia postępowanie wobec konkretnego pacjenta, usiłując znaleźć najlepsze dla niego rozwiązanie. Nadal jednak są (i chyba zawsze będą) sytuacje, w których pozostaniemy bezsilni wobec skomplikowania ludzkiej psychomaszynerii. Również egzorcyści, jak sądzę, nie chwalą się zbytnio swoimi porażkami, woląc opowiadać niesamowite historie, jak „wygonili diabła”.

Oto najstarszy i najbardziej doświadczony egzorcysta Trójmiasta ks. Andrzej Kowalczyk (72-letni profesor biblistyki) z przekonaniem opowiada o tym, co słyszał na zjeździe egzorcystów w Niepokalanowie:

Ostatnio jeden z uczestników opowiadał, jak opętana kobieta zwymiotowała malutkiego pieska, który zaczął biegać po sali. A potem ten piesek zniknął czy gdzieś uciekł. (…) Opętani potrafią wymiotować nawet gwoździami, przy czy one nie wylatują z żołądka, lecz materializują się dopiero gdzieś przy ustach. Wiem, że w oczach niedowiarków narażam się na śmieszność, ale nie przejmuję się.

No świetnie, dobrze, że chociaż ks. prof. wie, że naraża się na śmieszność. Niemniej nawet nie ta dziwaczna wizja świata, w myśl której gwoździe mogą się materializować w ustach, zadziwia mnie najbardziej. Zadziwiający jest ów szatan/diabeł posiadający tak niesamowite moce i zarazem objawiający się w tak nieprawdopodobnie idiotyczny sposób i w tak nieprawdopodobnie nieistotnych realiach.

Za każdym razem, gdy słyszymy o ujawnieniu się Złego w jakiś sposób odwołujący się do naturalnych ludzkich zmysłów, jest to coś w sumie niesamowicie trywialnego. Jakby Zły nie tylko był zły, ale i bezgranicznie głupi (a to zdaję się kolidować z jego domniemanym sprytem). Podobnie jest zresztą z materializacjami pierwiastka boskiego — ech te wszystkie Matki Boskie i Jezusy na drzewach, oknach i grzankach (szczególnie zabawne, bo nieuchronnie powielające jakiś rodzaj artystyczno-ludowego wyobrażenia boskich osób, skoro żadne konterfekty z epoki się nie zachowały — może dlatego że ich nie było? — a sam Pan Bóg zakazał malowania swej postaci).

Próbuję sobie to wyobrazić: egzorcysta odprawia egzorcyzmy nad kobietą w jakiejś sali, w którymś momencie kobieta dostaje torsji i te zamieniają się w malutkiego pieska (jak malutkiego?), który zaczyna biegać po sali (zamkniętej?) i potem znika albo ucieka. I tylko tyle z tak niezwykłego zdarzenia przekazuje egzorcysta innym zasłuchanym egzorcystom — a oni nie pytają o żadne szczegóły. No przecież by ich nie okłamał — toż to grzech.