Na temat się wypowiem

22 lutego

Bryzgnęło blogami w blogosferze! U nas doszło ich siedem (witamy!). Znacznie więcej naściągał ich Tomasz Lis na swój — właśnie dziś uruchomiony — nowy portal (oczywiście nie wszystkie są nowe, np. Janusz Palikot przeniósł się z Onetu).  Nie śmiem wyrokować, zwłaszcza po pierwszym dniu, kto kogo i do czego przekona. Jak wiadomo, konkurencja na ogół przynosi dobre efekty, przynajmniej z punktu widzenia klienta, czytaj: czytelnika. Ale…

Zawsze jest jakieś „ale”, prawda?

Moje „ale” wcale, ale to wcale nie dotyczy tzw. meritum, czyli wyglądu (bardzo, bardzo  prosty, ale za to bardzo czytelny), układu treści (ku sensacji i chwytliwości) czy zawartości (standardowo, nieodkrywczo). Uderza mnie  jedno: całkowita obojętność na pisownię.

Nie chodzi o jeden czy dwa błędy (to zdarza się każdemu i wszędzie), tu chodzi o to, że autorzy, zwłaszcza blogów, mają poprawność pisania po prostu gdzieś. Maturę mają już za sobą, niektórzy pewnie i magisterkę, a taki Tadeusz Bartoś to nawet jest profesorem, teologiem (czyli humanistą?). Być może ontologia Trójcy Świętej jest tajemnicą wiary, ale nie jest nią z pewnością pisownia „nie” ze stopniem najwyższym przymiotników (oddzielnie). Interpunkcja w języku polskim rzeczywiście nie jest łatwa, ale — stawiam tezę — kto rozumie konstrukcję zdania, które zapisuje, najczęściej poprawnie podzieli je znakami przestankowymi.

A jeśli ktoś jest dyslektykiem? — zapytacie. Albo dysgrafikiem? Albo jednym i drugim, i jeszcze leniem, któremu nie chce się drugi raz przeczytać tego, co napisał, choć chciałby, żeby to ktoś czytał? I na dodatek ma coś do powiedzenia (to się zdarza, choć nie aż tak często)? Na takie dictum moja rada jest prosta: niech sobie znajdzie kogoś, kto mu to sprawdzi.

Temat szacunku dla języka, którym wciąż jeszcze usiłujemy się porozumiewać, jest zresztą znacznie szerszy — bo jeśli w czymś wyraża się dla mnie patriotyzm, to właśnie w stosunku do własnego języka. W tym sensie znaczna część naszych politycznych tuzów nie ma prawa określać się mianem patrioty.

W ten oto sposób musnąłem przy okazji jeszcze dwa tematy: dobrej roboty (do tego jeszcze chyba wrócę) i dziennikarstwa internetowego, które jakoby ma wkrótce zastąpić dziennikarzy, redaktorów i korektorów, którym płaci się nie tylko za napisanie tekstu, ale także za jego przeczytanie przed publikacją.