Korporacje i różne inne racje

Czwartek, 26 stycznia

Korporacje są złe — każdy to wie! Zwłaszcza ci, którzy w nich i dla nich pracują. Ale zaraz, zaraz, czy ci wszyscy zatrudnieni w korporacjach i przez korporacje nie zarabiają w ten sposób na życie swoje i swojej rodziny (czasem całkiem sporo)? Czyli pracują dla — można by powiedzieć — dzisiejszego wcielenia zła, może nawet Szatana. Co gorsza, jest mnóstwo ludzi, którzy zupełnie poważnie w takich właśnie religijno-moralnych kategoriach o tym mówią. Mnie to śmieszy.

Korporacje to ludzie je tworzący, i to oni potrafią robić te wszystkie złe (i dobre) rzeczy, które przynoszą im korzyść, choć korzyść ta bywa dość niesprawiedliwie dystrybuowana w ramach tejże korporacji. Banał? No jasne. Czasem jednak warto zadać samemu sobie pytanie, czy to, co robię, rzeczywiście jest pozbawione owego korporacyjnego zła tylko dlatego, że mam szczęście pracować poza korporacją. Nie oszukujmy się choć przez chwilę… Tyle mamy do powiedzenia o hipokryzji religianctwa, a przecież niewiele mniej dałoby się powiedzieć o hipokryzji tych powszechnych ataków na „chciwych kapitalistów”. W końcu ilu z nas wybrało życie pustelnika? Ilu z nas gotowych by było zrezygnować z dobrodziejstw cywilizacji (np. dentysty)? I ilu z nas uważa, że zarabia za dużo?

A co tam! Strzelę sobie jeszcze w drugie kolano:

śmieszą mnie też wykrzykiwane na ulicach hasła w obronie tzw. wolności Internetu i swobód internautów. Zapewne nie można ich sprowadzać (i nie chcę tego robić) do obrony swobody kradzieży (NB znacie kogoś, kto nigdy nie korzystał z lewego oprogramowania?), ale jednak coś tu nie gra. Wolność działania to jednak nie to samo, co działanie w dowolny sposób. Wyobraźmy sobie taką sytuację:

ogrodnik pielęgnuje sad, w którym produkuje jabłka na sprzedaż. Musi oczywiście zapłacić pomocnikom i wszystkim, którzy umożliwiają mu hodowlę (chemia, narzędzia, skrzynki…). Część sprzeda sam, ale większość odda pośrednikom i hurtowni i w ten sposób zarobi. Prawdopodobnie. Może się bowiem zdarzyć, że ktoś całkiem sporą część jabłek już przejął w ramach swobody dostępu do sadu (był nieogrodzony i niespecjalnie pilnowany) i teraz rozdaje owoce każdemu kto się zgłosi — czasem za darmo, a czasem nie. Oczywiście, ty do sadu nie wlazłeś, jabłek nie podbierałeś, ty tylko wziąłeś je od pośrednika, nie pytając, skąd je ma, i jeszcze podzieliłeś się kilkoma kęsami z przyjacielem…

Że dziurawa analogia, bo np. jabłek nie da się w nieskończoność kopiować? Analogia jak to analogia, można się czepiać, ale czy jest całkiem bezzasadna?