Hitchens i kiczens

Środa, 18 stycznia

Można się nie zgadzać z Hitchensem, czasem nawet trzeba było się z nim nie zgadzać, ale najpierw jednak wypadałoby go poczytać, posłuchać, no i zrozumieć, co mówił i pisał. Pisałem już o Hitchensie, gdy okazało się, że ma raka i minimalne szanse na jego przezwyciężenie. Bez wątpienia stał się przykładem kogoś, kto mimo cierpienia do końca potrafi zachować godną postawę.

Sądząc po tym zaś, co pisze na jego temat na tym forum internauta Marcin, ma on o nim blade i całkiem fałszywe pojęcie — coś słyszał, coś gdzieś widział, ale zrozumieć ani chciał, ani potrafił.

Pan Marcin (konsekwentnie  nazywający samego siebie Katolikiem, co jest nawet zabawne w swej dziecinnej nieznajomości zasad ortografii polskiej) chce pokazać, że można dyskutować z postawami ateistycznymi, na ogół unika jawnych inwektyw, ale nie do końca mu się to udaje  — czuje się, jak w nim kipi. Czasem pokrywka jednak odskakuje całkiem i wtedy czytamy o zrusyfikowaniu współczesnego polskiego społeczeństwa oraz mikroanalizy społeczne oparte na komedii „Sami swoi” (co jest już żałosne).

Przyszło mi nawet w którymś momencie na myśl, że „Marcin” jest złośliwym wytworem jakiegoś równie złośliwego ateisty, który postanowił zabawić się w walczącego, ba, częściowo tolerancyjnego, otwartego katolika, chcącego nawrócić błądzących. Gdy jednak pojawiły się te nacjonalizujące insynuacje i zdania typu (pisownia oryginału):

Na Ziemie Zachodnie (miedzy innymi Wroclaw) Stalin wplantowal do Polski tzw. piata kolumne, czyli Rosjan (akcja Wisla), lud zupelnie pozbawiony jakiejkolwiek religii. Przed naszym kosciolem stoi trudny problem: jak Chrystianizowac tych biednych ludzi, ktorzy byli i nadal sa ofiarami stalinowskiego terroru.

wiedziałem już, że to nie jest zabawa, tylko mamy do czynienia z typowym przedstawicielem skrajnie prostackiej, całkowicie oderwanej od historycznych faktów i rzeczywistości, kiczowatej „polackości”, która powołując się na wszechmiłującego Boga, zieje nienawiścią, żywi się i żyje najgorszymi stereotypami, zasłania się cytatami z Biblii (przekręconymi; ach, ta powracająca „igła” w oku, gdy chodzi o „źdźbło”…) i nie ma zamiaru zacząć o czymkolwiek poważnie myśleć, bo na wszystkie pytania znalazł już odpowiedź. Zresztą, może i znalazł, tylko dlaczego te odpowiedzi są tak bezmiernie głupie?

Znam wielu katolików, którzy jednak znacznie lepiej potrafią bronić swoich przekonań i mają cokolwiek bardziej zniuansowany obraz świata, dlatego wiem, że p. Marcin nie jest szczególnie reprezentatywnym przedstawicielem Kościoła rzymskokatolickiego (choć zapewne trochę reprezentatywny jest). Ot, taki nasz rodzimy Marcin Kiczens.

PS Nie przewiduję dalszego wdawania się w dyskusję z p. Marcinem, nawet jeśli on uzna to za tchórzostwo z mojej strony. Szkoda mi po prostu czasu na wyjaśnianie rzeczy absolutnie podstawowych (i nie mam na myśli ortografii polskiej). Kto ma ochotę, niech walczy.