Ćwierć myśli o śmierci

Niedziela, 15 stycznia

Zaniepokoił mnie post, w którym czytelnik prosi mnie o skomentowanie moich własnych słów: „moim zdaniem, na szczęście — jesteśmy śmiertelni”. Zaniepokoił, bo w uzasadnieniu prośby internauta pisze:

Jestem bardzo utwierdzony w swoim ateizmie, ale właśnie z tego powodu zacząłem postrzegać życie jako coś złego, podobnie jak Cioran bądź buddyści, a powodem wielu moich nieprzespanych nocy jest właśnie fakt śmierci.

Dostrzegam tu zalążek postawy, która może być w konsekwencji autodestrukcyjna. Wyjaśnijmy sobie zatem dwie, trzy podstawowe kwestie:

1. Nie jestem psychologiem ani psychoterapeutą, moich poglądów nie należy traktować jak wskazówek dla czyjegokolwiek życia.

2. Mając taką możliwość, prezentuję moje stanowisko w różnych sprawach — czasem dla celów autoterapeutycznych (jak człowiek się wygada, to mu lżej), czasem dla celów rozrywkowych, a czasem z różnych mieszanych pobudek.

3. Blog to słabe miejsce na rozważania o śmierci, chyba że komuś wystarczy ćwierć myśli zamiast całej.  I tę ćwiartkę przedstawiam poniżej.

Zapewne większość z nas uważa, że człowiek żyje za krótko (choć wiemy, że statystycznie żyjemy obecnie dużo dłużej niż ludzie przez całą historię ludzkości; tyle że nie jesteśmy zapisami statystyki, lecz konkretnymi ludźmi). Bez wątpienia zbyt wielu ludzi umiera za wcześnie (choroby, wypadki, morderstwa, wojny itd.), na pewno śmierć bliskiej osoby napawa nas smutkiem, prowadząc czasem do stanów depresyjnych.

Niemniej to jeszcze nie znaczy, że naprawdę chcielibyśmy żyć nieskończenie długo, bo gdy tylko to sobie zaczniemy wyobrażać, okazuje się to czymś nieznośnie nudnym i co najmniej przerażającym. Tylko spróbujcie na poważnie: 200 lat, 300 lat, 1000 lat? A to wciąż bardzo krótko w stosunku do tzw. wieczności (a ta, jak się zdaje, nie przysługuje nawet tej części wszechświata, do której możemy się w miarę sensownie odnosić).

Dodatkowo trzeba przyjąć sporo różnych założeń, choćby tak podstawowe, że nie chodziłoby przecież o jakiekolwiek życie (np. w stanie wegetatywnym), ale „dobre” życie, z zachowaniem zdrowia psychicznego i fizycznego. Z zachowaniem pamięci, bo ona przecież mnie konstytuuje. Czy może jednak w trakcie kolejnych eonów moja osobista pamięć częściowo by wygasała, dając miejsce nowej pamięci, a więc i nowej tożsamości? Ale wtedy w jakim sensie to ja dzisiejszy jestem nieśmiertelny, skoro co i rusz staję się kimś innym?

Pozostawiając na boku naiwne i bajkowe wyobrażenia raju czy piekła, możemy odnieść się także do tych religijnych poglądów, które sugerują, że to nowe życie po śmierci jest całkowicie niewyobrażalne, że będziemy innymi jestestwami — OK, tylko co to ma wspólnego ze mną takim, jakim jestem tu i teraz? Jeśli nie będę już sobą, to nie będzie  moja nieśmiertelność.

Czy życie jest złe? Nie, życia bywa złe. A najgorsze, że niektórzy mają przechlapane, jeszcze zanim mogą o tym w ogóle pomyśleć; bo zanim ich mózgi ruszą do boju z rzeczywistością, giną z powodu jakiejś wrodzonej wady,  koszmarnej choroby czy ludzkiej głupoty. I w tej sferze wszelkie teodycee wysiadają. W każdym razie mnie nie przekonują.

Nie przeszkadza mi to dostrzec, że ja i miliardy innych ludzi miało dość szczęścia, żeby pokosztować życia, włącznie z jego gorzkimi smakami, a nieskończenie (niemal nieskończenie) wielu tego szczęścia nie miało. Dlatego, jak powiedział to bodaj La Fontaine: z życia trzeba odchodzić jak z biesiady — podziękować i odejść.

Na pociechę dorzucę jeszcze maksymę Lukrecjusza (jeśli mnie pamięć, coraz słabsza, coraz słabsza, nie myli):

Dopóki żyjemy, śmierć nas nie dotyczy, gdy przychodzi śmierć, nas już nie ma.