Wszechwiedzący i inni

Środa, 11 stycznia

Tośmy sobie podyskutowali! A właściwie — toście, Państwo, sobie podyskutowali! Na szczęście u niektórych dyskutantów nie zabrakło humoru, ironii i odrobiny dystansu do własnego światopoglądu, który nieuchronnie u każdego krytycznego człowieka staje się samooglądem, a nawet samoosądem — a to czasem boli, ale potrafi też nas samych rozbawić.

Ta wymiana opinii bywa ciekawa, nawet jeśli wyraźnie widać, że nie prowadzi do jakiejkolwiek zmiany opinii. Z całą pewnością zaś te internetowe rozmówki są pouczające — przy pewnej dozie otwartości widzimy, jak nieoczywiste jest to, co osobiście wydaje nam się tak oczywiste. Dlatego co najmniej zdziwiłem się, czytając, że to ja występuję z pozycji osoby wszechwiedzącej, pozbawionej wątpliwości i do tego reprezentuję „tępawo materialistyczny dogmatyzm”. Hm, być może tylko tyle da się wyczytać z moich blogowych wystąpień — wina leży zatem po mojej stronie.

Pozwolę sobie jednak zauważyć, że sugestia, by wrócić do formuły „wiem, że nic nie wiem”, bagatelizuje dość istotne różnice między tym, o czym „wiedział, że nie wie” Sokrates, a tym, o czym „wie, że nie wie” współczesna nauka. Można polemizować, jak bardzo istotnie (i czy w ogóle) zmieniło się to, co nazywamy kondycją ludzką (nadal — i, moim zdaniem, na szczęście — jesteśmy śmiertelni), trudniej wszak polemizować w kwestii zasobów wiedzy, jaką zgromadzili ludzie przez ostatnie, powiedzmy 2,5 tys. lat.

Pokora? Jestem za, dopóki nie paraliżuje. Rzeczywistość pozostanie tajemnicą? Zgoda, ale czy mamy na tym niemym zachwycie poprzestać? I czy to w ogóle możliwe, by poprzestać, skoro nieusuwalnym elementem kondycji ludzkiej jest ciekawość? Zresztą obuchem tajemnicy zbyt chętnie posługują się religie i ich kapłani. Wielu ludziom to wystarcza, a wielu — nie.

Skąd wzięły się prawa matematyczne, które były niezbędne do teoretycznej „nadbudowy” wszechświata? — ależ prawa matematyczne to nie są żadne byty (chyba że jest się platonikiem) — to ludzkie konstrukty, sieci pojęć i symboli, którymi ludzie chcą złowić rzeczywistość (a ta zawsze im się będzie wymykała przez oczka tych sieci). Wszechświat doskonale dałby sobie radę bez ludzi, na odwrót to raczej niemożliwe, dopóki trzymamy się realiów.

Postulat, bym zdefiniował rzeczywistość, interesujący, ale traktuję go jako zabawną prowokację. Natomiast, skądinąd ciekawy, post o nominalizmie nieuchronnie kieruje całą tę blogową rozrywkę ku milczeniu, a przecież gdy pozwoliłem sobie na milczenie, grono zaglądających tu czytelników uznało to za zdradę!

Na koniec jeszcze o wszechwiedzącym i wszechwiedzących (do których siebie nie zaliczam):

otóż nie przestaje mnie zadziwiać pewność, z jaką odwołując się do tajemnicy Boga, wierzący weń równocześnie i bez wahań orzekają, jaki jest, czego chce oraz co i dlaczego robi/zrobił dla nas czy dla siebie. Argumentacja, którą czasem przywołują — że wszystko to jest w Biblii (żeby już poprzestać na tradycji judeochrześcijańskiej) — wydaje się dramatycznie słaba, jeśli w ogóle do obrony. Oto wielka tajemnica wiary!