Indoktrynacja ateistyczna cz. II

Czwartek, 5 stycznia

Dyskusja o indoktrynacji takiej czy owakiej żwawo się rozwija, choć co i rusz zahacza o wątki (zbyt) typowe dla rozmów o ateizmie i wierze. Postanowiłem więc podrzucić wątek odrobinę mniej standardowy:

w przeciwieństwie do przekonywania do racji materialistycznych, monistycznych czy ateistycznych — indoktrynacja religijna jest obecna w życiu każdego Polaka od jego narodzin (a nawet poczęcia — wszak już wtedy mówimy o stanie „błogosławionym”) poprzez — najkrócej mówiąc — wszechobecność religijnego i dualistycznego obrazu świata w języku, którym się posługujemy.

Jako polonista odnoszę się do naszego języka z wielką rewerencją, więc proszę od razu, by nie zarzucać mi chęci walki z bogactwem samego języka, który z istoty swej funkcji i sposobu istnienia jest zapisem historii tych, którzy się nim posługiwali i posługują, zatem także ich wierzeń. To, że bardzo lubię poezję na wskroś katolickiego Norwida, nie przeszkadza mi dostrzegać, że słownictwo i frazeologia języka polskiego niejako narzuca pewien „naturalnie” przesycony religijnością sposób mówienia o świecie. Bardzo trudno uniknąć w języku polskim wyrażeń, które konotują istnienie świata pozamaterialnego, duchowego itp.

Na najniższym (w sensie wagi) poziomie mamy do czynienia z wszelkiego rodzaju natręctwami językowymi — sam nie mogę już uwolnić się od westchnień typu „o rany!”, „o rany boskie!” (a źródłem jest tu przecież odwołanie się do ran Jezusa na krzyżu, czyli zdarzenia raczej mitycznego niż faktycznego) czy „o Jezu!” (co w moich ustach śmieszy mnie samego najbardziej). Na innych, ważniejszych poziomach opisu realiów, w których przyszło nam żyć (co samo w sobie można postrzegać jako niesamowicie szczęśliwy zbieg okoliczności, zważywszy, ile form życia nie zdołało przetrwać w historii Ziemi), ramy języka (nie tylko naszego) bywają naprawdę sztywne i ograniczające.

Przecież cały negatywny ładunek emocjonalny zawierający się w słowie „ateizm”, wynika z historii jego uzusu i samej konstrukcji zapisującej odniesienie do teizmu jako czegoś, czemu ateizm się przeciwstawia (czyli niby czegoś bardziej pierwotnego, uprawnionego, wręcz prawdziwego). Wątpię, by w naszych, polskich warunkach słowo „ateista” nabrało wkrótce choćby obojętnego zabarwienia emocjonalnego i, prawdę mówiąc, niespecjalnie się tym przejmuję. Gorzej, że słownictwo, jakim się na co dzień posługujemy, często dość istotnie fałszuje obraz świata, a także wpływa na nasze postawy i zachowania, co już nie jest mi obojętne.

Np. drażni mnie nadużywanie w mediach słowa „cud” w odniesieniu do każdego zdarzenia, które choć niezwykle mało prawdopodobne, jednak się wydarzyło. Więcej przykładów znajdą zapewne moi szanowni czytelnicy, jeśli tylko popatrzą na wszelkie wypowiedzi pod takim właśnie kątem. Podsunę jeszcze tylko jedno słówko (i jego pochodne): „grzech”. Akurat doktryna grzechu wydaje mi się szczególnie fałszywą (o ile fałsz da się stopniować) i szkodliwą (w sensie następstw) podstawą opisu ludzkiej etyki.