Wielkopiątkowe rozważania ateistyczne

Drogi P.! Wiedzą nie dorastam do pięt astrofizykowi prof. Markowi A. Abramowiczowi i nie będę z nim polemizował w kwestii matematyki czy fizyki. Niemniej gdy jako autorytet naukowy zabiera się do tzw. rozważań metafizycznych, jakoś mnie nie przekonuje i zachęca, by się do jego tez odnieść.

W dzisiejszej „GW”, tej na Wielki Piątek, jest rozmowa z panem profesorem, który przyznaje:

„Hipotezy istnienia (albo nieistnienia) Boga nie da się udowodnić ani na gruncie logiki, ani fizyki”.

i w następnym zdaniu poniekąd sobie zaprzecza, mówiąc

„Nauka nie tylko nie zaprzecza istnieniu Boga, lecz wprost przeciwnie”.

Czyli co? Nauka postuluje jego istnienie? Bardzo wątpliwe. (Zostawmy już na boku to, że nauka nie jest żadnym podmiotem, który może coś wyrażać, za czymś się opowiadać lub nie — takie rozważania zawiodłyby nas na manowce rozważań semantycznych). Zresztą w kolejnych zdaniach pan profesor mówi już tylko o konkretnych naukowcach, którzy dopuszczają jakieś pozamaterialistyczne byty (przypisuje takie stanowisko Einsteinowi, co nie ma oparcia w faktach — na ten temat też już wydano książki). A potem ostatecznie już odpływa w poezję (oczywiście, wolno mu, ale czego to ma dowodzić?), zadając pytania typu:

„Skąd piękno nieba gwiaździstego nade mną i prawa moralnego we mnie? Tego nikt nie wie”.

Albo i wie — bo akurat tego typu emocje daje się sensownie wyjaśniać bez odwoływania się do pojęcia Boga, podobnie jak i źródła moralności.

Dalej jeszcze gorzej:

„Ale twierdzenie, że nauka dowodzi poglądu materialistycznego, jest irytującym przesądem, na niczym nieopartym. Wszystkie przesądy zaś są groźne, gdyż mogą prowadzić do irracjonalnego nihilizmu poznawczego i moralnego. Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno”.

To zgrabnie brzmi, jest jednak pomieszaniem z poplątaniem. Nie wiem, kto twierdzi, że „nauka dowodzi poglądu materialistycznego”, nauka nie jest od tego — po prostu jak dotąd w funkcjonalnym opisie rzeczywistości, próbie jej rozumienia, naukowcy unikają odwoływania się do pozamaterialnych (cokolwiek by to miało znaczyć) bytów, wyłączywszy, rzecz jasna, system symboli matematycznych. Dbają o weryfikowalność lub falsyfikowalność swoich teorii (i niektóre z nich po wielu latach trwania nagle wywracają się jak domki z kart).  Jednak przeskok u pana profesora od materializmu do nihilizmu jest już chwytem skandalicznym. A kończąca wnioskowanie myśl zaczerpnięta z Dostojewskiego (który raczej stawiał na końcu znak zapytania) w istocie fałszywa. Gdy patrzymy na świat w całym jego koszmarze (ale i pięknie), widzimy siłę innej postawy: właśnie dlatego, że Boga/boga/bogów nie ma, nie wszystko wolno. Bo szukanie usprawiedliwień dla naszych zachowań i pokładanie nadziei w bytach, którym przypisujemy różne cechy w zależności od aktualnych potrzeb i wyobrażeń, wydaje mi się jednak formą ucieczki od realiów.

Wiadomo, że wśród nawet najwybitniejszych naukowców są osoby deklarujące wiarę w Boga lub przynajmniej jakieś Wyższe-Coś-Które-Stworzyło-To-Co-Jest (choć raczej są oni w skromnej mniejszości, jak wykazały to poświęcone temu zagadnieniu badania). W zasadzie nie widzę tu żadnego problemu — myślący człowiek po prostu musi w którymś momencie swego życia określić własną pozycję, żeby łatwiej mógł znieść egzystowanie na tym świecie. Nie mam wątpliwości, że kwestia „Jest bóg, czy go nie ma?” należy do kluczowych zagadnień, z którymi jakoś trzeba się uporać. Profesor Abramowicz uporał się na swój sposób, choć prawdę mówiąc, chciałbym wiedzieć, czy potrafiłby coś bardziej szczegółowego powiedzieć na temat Boga, w którego wierzy. Zapewne byłoby to mniej przekonujące niż to, co potrafi powiedzieć o roli turbulencji w procesie akrecji chmur gazowych w okolicach czarnych dziur.

I tyle tych rozważań ateisty na Wielki Piątek. W normalny piątek myślę podobnie.

Pozdrawiam

JK

PS Czy wszystko potrafię zracjonalizować? Na szczęście nie i dlatego tak podoba mi się ten obrazek: