Redakcja „Rzeczpospolitej” się nie boi

Piątek, 18 lutego

„Rzeczpospolita” reklamuje swój nowy tygodnik opinii (niebanalnie nazwany „Uważam Rze. Inaczej pisane”) hasłem:

„Redakcja »Rzeczpospolitej« nie boi się opinii Michała Karnowskiego [Wildsteina, Ziemkiewicza, Zaremby…]”.

I to mnie, zasadniczo, bardzo cieszy. Redakcja nie powinna się bać. Zwłaszcza zaś nie powinna się bać opinii. (Banie się czyjejś opinii wydaje mi się w ogóle dość dziwne). A już obawianie się opinii własnych autorów jest absurdem. Kto jak kto, ale redakcja „Rzeczpospolitej” to wie.

Z czego wynika, że jestem odbiorcą/czytelnikiem nie dość inteligentnym, by od razu dostrzec ironię, a może wręcz i aluzję, skrytą za tym hasłem. Odpowiednio inteligentny i pojętny czytelnik dostrzega finezję w lot: my [redakcja „Rz”] się nie boimy, ale inni [cały świat?] się boją [opinii naszych autorów], więc czytaj nas, nieustraszonych, a nie tamtych, strachliwych. Pięknie wydumane!

Wprawdzie nie boję się własnej opinii na temat nowego tygodnika, ale postanowiłem wstrzymać się z jej publicznym wyrażaniem, bo chyba nie zdołałbym odeprzeć zarzutu, że jestem w tej kwestii nieuchronnie stronniczy. Poprzestanę więc na tym, że powtarzane w reklamach zapewnienie redakcji „Rz” budzi jednak moje podejrzenie: redakcja nie boi się opinii owych autorów, bo po prostu już je wszystkie zna i nie spodziewa się niczego nowego. Po lekturze pierwszych wydań widać, że „inaczej pisane” jest tylko to „Rze” w tytule.