Towarzystwo oralistów

Czwartek, 20 stycznia

Wczorajsza sejmowa debata (a raczej, z nielicznymi wyjątkami, „debata”) pokazała, z jaką łatwością można zamienić moralność w oralność. Jak łatwo rozmienić wielkie słowa (które powinny coś znaczyć, jeśli chcemy zachować zdolność do wymiany opinii) na drobniaki popisów oralnych, bo przecież nie oratorskich.

Oponenci premiera Tuska mieli znakomitą okazję, by go na zimno wypunktować (a jest przecież za co), woleli jednak wygłaszać naprawdę marne tyrady (najbardziej wzruszające ich samych; Mariusz Kamiński pewnie do końca życia będzie dumny z tego, co wykrzyczał premierowi, choć zrobił z siebie zupełnego idiotę; o pani Kempie nawet tyle nie napiszę). Te popisy oralne kierowali głównie do swych przyszłych, ewentualnych wyborców i są tacy, do których niestety to trafi.

Chlubnym wyjątkiem był, po tej stronie spektrum politycznego, Ludwik Dorn (zupełnie oddzielną kwestią jest, czy tenże Dorn jako szef MSWiA podołałby zadaniu postawionemu przez kwietniowe wydarzenia, czy na przykład potrafiłby postawić weto samej idei lądowania w Smoleńsku).  Słuchając Dorna, odnosiło się jednak wrażenie, że gotów byłby do poważnej dyskusji, także z „tym premierem”, jak wybrnąć ze zwarcia z Rosją, która pokazała nam swoją znaną od dawna twarz. Kto wie, może i miałby tu jakiś dobry pomysł. W przeciwieństwie do reprezentantki „nowej opozycji”, pani Jakubiak z PJN, która zachowała swój stary styl rozwrzeszczanej przekupki z bazaru prowadzonego przez panią Sobecką (a tej przecież i tak nie przekrzyczy).

Premierowi uzbierało się już naprawdę dużo problemów, nagrabił sobie na własne życzenie, a i tak wciąż wypada jak mąż stanu na tle tego towarzystwa oralistów, którym miłość ojczyzny myli się z ofertą miłości francuskiej skierowanej do męża stanu wyjątkowego.