Premier — ukąszony bokser

Środa, 5 stycznia

Zadziwiające jest dobre samopoczucie premiera Tuska — wygląda na to, że tak jak wielu poprzednich premierów dotarł do tego szczególnego miejsca, w którym sprawy kraju widzi tak, jakby na stałe miał przytwierdzoną do oczu odwróconą lornetkę. Wtedy, nawet gdy patrzysz pod swoje nogi, wydaje ci się, że jesteś niesamowicie wielki, a otoczenie takie tycie, tyciuteńkie…

To bystry gość, więc ma już niemal doskonale opanowaną technikę rozmowy z dziennikarzami, zarówno sprzyjającymi mu, jak i tymi bardziej krytycznie go oceniającymi. Ogólnie rzecz biorąc, słusznie prawi, sprytnie wymiguje się od odpowiedzi na co trudniejsze pytania. Raz zbywa coś żartem, innym razem oburzy się pokazowo. (Prawdę mówiąc, mało który wywiad z mało którym politykiem przebiega inaczej — na ogół to dosyć jałowe międlenie znanych pytań i niezaskakujących odpowiedzi; może dlatego, że prawdziwa rozmowa i sensowna wymiana zdań wymaga czasu, którym nie dysponują ani polityk, ani dziennikarz, i miejsca w gazecie lub na antenie, którego nikt na poważną, a więc i długą rozmowę nie poświęci).

Tak czy owak, lornetka na oczach nie ułatwia widzenia właściwych proporcji rzeczy. Tusk uwierzył, że świat wygląda właśnie tak, jak on go widzi, i podobnie jak jego poprzednicy na tym stanowisku jest już ofiarą „ukąszenia premierowskiego”: on już WIE i nikt go już od tego WGLĄDU w naturę rzeczy nie odwiedzie. Jak zaczadzony powtarza: takiego rządu chcą Polacy, jest nie najgorzej, a już niedługo będzie lepiej, jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy.

Jednak to, co w jego wykonaniu raczej irytuje, niż skłania ludzi do działania, w wykonaniu partyjnych dołów przybiera kształty wałbrzyskiej afery. Wciąż jeszcze Polacy ze strachu przed pisowską alternatywą wolą platformersów, ale premier łudzi się, że to mu wystarczy, by zostać u władzy. Trochę to dziwna sytuacja, gdy minister Boni ujawnia w publicznym liście, że jego koledzy z rządu nie tylko rozgrywają między sobą jakieś gierki, ale podkładają sobie spreparowane pod własne (?) interesy opracowania, na podstawie których mają być (i są) podejmowane fundamentalne decyzje dotyczące całego społeczeństwa (OFE). Jeszcze dziwniejsza staje się sytuacja, w której minister infrastruktury ma w premierze obrońcę, choć na obronę nie zasługuje i sam przychodzi z dymisją.

W takim kontekście pojęcie „odpowiedzialność polityczna” przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ale któż wie lepiej niż ukąszony premier, że w Polsce politycy praktycznie nie ponoszą odpowiedzialności — przecież on sam na początku swej kadencji zrobił sporo, by uchronić premiera Kaczyńskiego i jego otoczenie od jakiejkolwiek odpowiedzialności, licząc zapewne, że sam zostanie potraktowany podobnie, nawet gdyby noga mu się gdzieś powinęła. Inna rzecz, na czym taka odpowiedzialność miałaby polegać? Któż chciałby być premierem czy nawet mniejszej rangi politykiem, gdyby odpowiedzialność za własne czyny była choć w przybliżeniu taka jak w, powiedzmy, biznesie. Drobniejszym biznesie, dodajmy.

Nadal daleko mi do postrzegania Tuska tak, jak go widzą prawicowi komentatorzy (leniwy mistrz PR, prowadzący Polskę ku zagładzie), ale gdy czytam (Przekrój nr 1/2011) kolejny jego wywiad, w którym prezentuje siebie jako boksera mocno stojącego na obu nogach, bo go jeszcze nikt właściwie nie trafił, zaczynam się obawiać, że się łudzi: nie przewraca się jeszcze, bo choć dostał od prezesa wiele silnych ciosów, wciąż stoi z nim w klinczu. Wystarczy, żeby prezes odskoczył poza ring i Tusk runie jak długi pod ciężarem własnych złudzeń. Gdyby odkleił sobie od oczu te lornetkę, byłoby mu łatwiej zachować równowagę.