Senator Ludwiczuk nie wie, że przeklina

Czwartek, 2 grudnia

Prymitywny język, prymitywna wizja polityki, prymitywne zagrywki — wszystko to w wykonaniu senatora Platformy Obywatelskiej Romana Ludwiczuka, o którym pewnie nigdy byśmy nie usłyszeli, gdyby kolega polityk z Wałbrzycha go nie nagrał i na użytek jakiejś własnej gierki rozmowy nie upublicznił (bo przecież trudno wierzyć, że chodziło mu o wyższe pobudki czy tzw. wartości).

Przeprosiny pana senatora, który wyraził przy okazji zdziwienie, że potrafi „aż tak przeklinać”, wiele tu nie pomogą. Jego miejsce w Senacie już powinno być do obsadzenia. Choć takiej zdolności honorowej trudno się po nim spodziewać. Może powinien się skonsultować z żoną, skoro na swojej stronie pisze:

Rodzina jest dla większości Polaków, dla mnie również, najważniejsza, mam to szczęście, że trafiłem na odpowiednią partnerkę życiową, która jest dla mnie najbliższym Przyjacielem jak i uczciwym krytykiem wszystkich moich poczynań jako męża, ojca, biznesmena i polityka. Mirosława jest nauczycielką…

Ten facet powinien zniknąć ze sceny nie tylko dlatego, że nie w pełni kontroluje to, co mówi, i twierdzi, że nie wie, kiedy bluźni jak koleś spod budki z piwem (to jest, niestety, dość powszechne, znamy wszyscy także wielkie wpadki dziennikarskie w tej dziedzinie), ale również dlatego, że niczego nie zdołał się nauczyć w ciągu ostatnich paru lat uczestniczenia w tym, co nazywane jest życiem politycznym naszego kraju. Rozmawia jak mafioso (choć zarazem chwilami używa ezopowego języka, jakby wiedząc, że ktoś niepowołany może tę rozmowę usłyszeć), ujawnia swoją pogardę dla własnej pracy (choć na stronie internetowej pisze to słowo dużą literą), deprecjonuje zarówno swoich kolegów partyjnych, jak i tych, z którymi chce wygrać.

Najwyraźniej „dokształt” z socjologii nie pomógł, nawyki z technikum budowlanego okazały się silniejsze. Może zamiast piastować stanowisko wiceprzewodniczącego senackiej Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą, powinien wrócić na jakąś budowę? Bo powrót do zawodu nauczyciela WF (którym był w latach 80.) byłby niewskazany ze względu na dobro młodzieży.

Ciekawe, jak zachowa się w tej sprawie nasz drogi, jakże czasami pryncypialny, premier?