Wyrzuty po mordzie

Środa, 20 października

W zalewie wzajemnych oskarżeń, kto bardziej jest winny podgrzewaniu atmosfery nienawiści między stronnikami PiS i PO, powiela się schemat „my może trochę też, ale oni bardziej” — widać to także w wymianie ciosów między dyskutantami na niniejszym blogu (niejaki the mentor lubuje się w słowach takich, jak „motłoch” czy „solidarnościowy miot”, ale za chwilę pan Andrzej krytykując the mentora, nazywa go „gnojkiem” itd., itp.).

Kiedy o „przemyśle pogardy” piszą Bronisław Wildstein czy Rafał Ziemkiewicz (wspierani rysunkami Andrzeja Krauzego publikowanymi w „Rzepie” obok ich komentarzy), można by wybuchnąć śmiechem, gdyby nie to, że nie na piśmie, lecz w realu mamy do czynienia z morderstwem. To samo można odnieść do wystąpień senatora Niesiołowskiego, posła Palikota i — niewątpliwie — wielu tekstów w „Gazecie Wyborczej”. Dywagacje, kto pierwszy i jakimi słowami zaczął, nie mają teraz większego sensu, bo można tak się cofać niemal w nieskończoność. Warto zapytać, kto pierwszy zdoła skończyć? I czy zdoła?

Niestety (i tu — zważywszy że PO mnie często zniesmacza, ale PiS uważam za partię szkodliwą — nieuchronnie wpadam we wspomniany wyżej schemat), reakcje widzimy jak na dłoni: to jednak prezes Kaczyński od razu wydał wyrok, a premier Tusk zaapelował o powstrzymanie emocji. Redaktor Wildstein zaproponował czytelnikom, by wyobrazili sobie, jak wyglądałaby reakcje medialne i polityków, gdyby jakiś szaleniec zaatakował biuro PO z podobnym skutkiem. Redaktor sugeruje, że taki wyrok jak prezesa w stosunku do Tuska i jego partii natychmiast by się pojawił w stosunku do Kaczyńskiego (tyle że wzmocniony siłą antypisowskich mediów). Być może ma rację. W końcu, zachowując wszelkie proporcje, wystarczy sobie przypomnieć, kogo obwinialiśmy za zachowanie starszego pana, gdy ten narobił do słoika tylko po to, by rzucić tym słoikiem w tablicę poświęconą ludziom, którzy oddawali cześć poległym w katastrofie smoleńskiej (a więc — o paradoksie! — prawdopodobnie i temuż starszemu panu).

To była okrutna loteria. Jej ofiarą jako pierwszy padł akurat członek PiS, ale równie dobrze mogło (i wciąż może) się to zdarzyć komuś z PO. Czy prezesowi Kaczyńskiemu byłoby naprawdę wtedy lżej? Co by powiedział? Podejrzewam, że mniej więcej to samo. Czy nie dostrzega, że mówiąc to, co mówi, bierze na swoje sumienie spory bagaż?

Skądinąd ciekawi mnie, jak się czuje człowiek, który dowiedział się, że ktoś tak go znienawidził, że gotów byłby go zabić, gdyby tylko miał po temu okazję (a przynajmniej tak zadeklarował). Nasuwa mi się filozoficzne pytanie: czy odpowiadamy za to, że ktoś nas nienawidzi? W jakim stopniu? A jeśli tak, to co możemy z tym zrobić? Kaczyński deklaruje, że jest katolikiem. Czy jako katolik ma do powiedzenia tylko tyle, że to „oni” są winni? Jak mu idzie wypowiadanie mea culpa podczas coniedzielnej mszy? Skąd to przekonanie prezesa, że Ryszarda C. do takiego stanu umysłu doprowadziło postępowanie PO, premiera i mediów, a nie po prostu słowa, które on sam wypowiadał (za pośrednictwem mediów i bez, ale wypowiadał)? Czyżby to nie on współorganizował manifestację pod Belwederem z paleniem kukły Lecha Wałęsy — to wielkie założycielskie doświadczenie Porozumienia Centrum?

Czy Donaldowi Tuskowi przyszło już do głowy pytanie: za co mnie może ktoś aż tak nienawidzić? A pozostałym politykom? Strach jest kiepskim doradcą, ale jeśli tragiczna i bezsensowna śmierć pana Marka Rosiaka może nabrać sensu, to tylko wtedy, gdy uczestnicy życia politycznego choć trochę się przestraszą; choć zbliżą się do zrozumienia, że igrają nie tylko z cudzym, ale i własnym życiem. BOR i ABW tu nie pomogą.

PS Nie nawołuję do zastraszania polityków. Brzydzę się takimi metodami „dyskusji”. To chyba jasne.