Który Bóg lepszy

Wtorek, 24 sierpnia

Czy Obama jest chrześcijaninem, czy w skrytości muzułmaninem? — taka mniej więcej dyskusja rozpętała się wśród Amerykanów (i trwa), kiedy jakiś sondaż ujawnił, że zbyt wielu badanych ma w tej kwestii wątpliwości. Trochę to śmieszne, a trochę żenujące. Tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie w praktyce. Przecież decyzje, jakie podejmuje Obama (dla jednych musi podejmować, dla innych — nie musi), z pewnością nawet z grubsza nie mieszczą się w postulowanej etyce obydwu tych religii. W końcu zarówno chrześcijanina, jak i muzułmanina powinna cechować swoista bojaźń Boża, nie pozwalająca na przykład na wydawanie wyroków śmierci, wykonywanych za pomocą zdalnie sterowanych rakiet. A jednak wielu Amerykanów (a pewnie i Polaków) wolałoby, żeby Obama zabijał „wrogów wolności” z pozycji „chrześcijańskich”, a nie „muzułmańskich”. Byle nie z „bezbożnych”.

Ale jeszcze zabawniejsze jest — jeśli spojrzymy na polskie podwórko — że nawet gdy wybrany na prezydenta zaklina się na wszystko, że jest katolikiem, manifestuje to i pewnie naprawdę wierzy w Maryję Wiecznie Dziewicę i świętych obcowanie, to i tak dla znacznej części naszego społeczeństwa (tej przekonanej, że nie ma moralności poza moralnością religijną) nie jest katolikiem dość katolickim. A więc na przywódcę Narodu (zawsze dużą literą) się nie nadaje i już.

A gdyby tak wybierać człowieka, a nie człowieka wierzącego? Pewnie nieprędko. Co by Kościół powiedział?