PolPrzeciek.org

Środa, 28 lipca

Portal WikiLeaks stał się dla jednych bohaterem, a dla wielu innych antybohaterem. Ujawnienie przeszło 90 tysięcy tajnych dokumentów dotyczących wojny w Afganistanie wywołało wielką sensację. Nie tylko zachodnie media będą miały o czym mówić i pisać w najbliższym czasie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, jaka technologia i ilu ludzi stoi za funkcjonowaniem tego przedsięwzięcia założonego przez byłego hakera (800 wolontariuszy i 70 tysięcy współpracowników wspierających, serwery w wielu miejscach świata, oprogramowanie chroniące przed włamaniami itd., itp.).

A — jak to się drzewiej mawiało — u nas? My w tej dziedzinie jesteśmy dużo bardziej zaawansowani! Nam nie potrzeba serwerów, firewalli i tysięcy wolontariuszy. U nas co prokuratura, to przeciek, co ważniejsze śledztwo — to wyciek, co jakaś tajniejsza narada — to wylew tajności wszelakiej. Jeden wielki wolontariat przeciekowy. Wciąż słyszymy, że dana sprawa ma obok siebie drugą sprawę: kto puścił farbę o tej pierwszej. Na ogół zresztą wszystko i tak kończy się umorzeniem.

Taki mamy dziwny kraj, takich mamy dziwnych urzędników z jakimś anarchizującym zacięciem (a może tylko z potrzebą poczucia się ważnym choćby przez chwilę). Z jednej strony obsesja tajności (charakterystyczna zwłaszcza dla niższych szczebli administracyjnych), z drugiej całkowita nonszalancja tam, gdzie odrobinę choć wstrzemięźliwości ułatwiłoby doprowadzenie różnych spraw do końca.

Niemal cały oficjalny, urzędowy obieg informacji związany ze smoleńską katastrofą, sam w sobie jest katastrofą — powodzią przecieków, które zalewają nas z każdej strony. Dla jasności — nie chodzi mi o wyeliminowanie pracy mediów i stworzenie jednego źródła informacji, lecz o opracowanie procedur, które w możliwie klarowny sposób określałyby, w jaki sposób urzędnicy państwowi są zobowiązani informować np. o śledztwach tej rangi co sprawa kwietniowej katastrofy.