Wielki językoznawca żyje

Niedziela, 25 lipca

Przypominam tym, którzy zapomnieli — Jarosław Kaczyński był także redaktorem naczelnym bardzo ważnego swego czasu pisma — „Tygodnika Solidarność” (dostał to stanowisko w 1989 roku w prezencie od Lecha Wałęsy, kiedy Tadeusz Mazowiecki został premierem pierwszego niekomunistycznego rządu Polski). Po co to przypominam? Żeby uzasadnić, że nie warto ważyć lekce rozważań prezesa PiS na temat słów. On jest nie tylko prawnikiem czy politykiem, on jest także fachowcem od języka. Wie, co i jak trzeba mówić, żeby dotarło do tych uszu (i umysłów), na których mu zależy. Lapsusy językowe, tak charakterystyczne dla wielu uczestników naszego życia publicznego, to nie jego specjalność (w każdym razie nie główna). Dlatego warte są uwagi jego rozważania o słowie „zbrodnia” w odniesieniu do smoleńskiej katastrofy:

To słowo ma znaczenie sensu stricte, czyli przestępstwo zagrożone jako najniższą karą trzema latami więzienia i w tym sensie bym tego nie nazwał, bo nie mam żadnych dowodów, że tego rodzaju przestępstwo miało miejsce. W szerszym znaczeniu tego słowa, w potocznym znaczeniu, o zbrodni mówi się, kiedy doszło do wydarzenia jakiegoś niezwykle nagannego, odrażającego. W tym znaczeniu to jest słowo adekwatne.

To miało uzasadnić, dlaczego tym słowem posłużył się Antoni Macierewicz. Brakuje jedynie sprecyzowania, czy najsłynniejszy tropiciel spisków w Polsce, używając słowa „zbrodnia” podczas oficjalnego wystąpienia na terenie Sejmu, mówił „potocznie”, ot tak, jak się mówi wśród znajomych, czy może jednak chciał odwołać się do znaczenia „sensu stricte”? Tego już wielki językoznawca nam nie wyjaśnił.

A tak naprawdę — Jarosław Kaczyński wie, co i kiedy powiedzieć, znakomicie potrafi udać, że coś wyjaśnia, do czegoś poważnie się odnosi. Podczas gdy w istocie szerokim łukiem omija sedno. Spryciarz, jakich mało.