Wojna o krzyż — o rany, Lisicki ma rację

Poniedziałek, 12 lipca

Wrodzone lenistwo każe mi dziś wykonać unik. Zamiast wyjaśniać, dlaczego z mojego punktu widzenia spór o krzyż pod Pałacem Prezydenckim jest tyleż poważny, ile śmieszny, i dlaczego Beata Kempa jest żałosna, gdy mówi, że Bronisław Komorowski nie będzie „prawdziwym katolikiem”, jeśli przeniesie ów krzyż gdziekolwiek, postanowiłem zacytować fragment komentarza Pawła Lisickiego, szefa „Rzeczpospolitej”, z którym światopoglądowo różni mnie właściwie wszystko. Niemniej — ku mojemu zdumieniu — nie akceptując niemal całego jego wstępu, zgadzam się z nim co do głównego przesłania. Sytuacja wydaje mi się tak nietypowa, że postanowiłem zacytować redaktora:

„nie uważam, żeby pozostawienie krzyża w obecnym miejscu było dobrym pomysłem. Czas żałoby się skończył i krzyż, który tak dobrze ją wyrażał, powinien zostać przeniesiony. Zamiast niego można umieścić przed pałacem tablicę, która będzie upamiętniała wszystko to, co stało się w Polsce po 10 kwietnia. Propozycję tę zgłosili niektórzy politycy PO i wydaje się ona rozsądna. (…) Zwolennicy zachowania krzyża twierdzą, że upamiętnia on nie tylko tragiczną śmierć ofiar katastrofy, ale też niezwykły sposób jej uczczenia. Przypomina o solidarności tysięcy ludzi, którzy postanowili oddać Lechowi Kaczyńskiemu hołd. To prawda, tyle że niecała. Bo w tym samym stopniu, w jakim jest symbolem pamięci, jest też, a przynajmniej może się łatwo stać, symbolem politycznym. Znakiem rozpoznawczym dla ludzi, którzy są zwolennikami legendy Lecha Kaczyńskiego. Którzy porównują tragedię smoleńską z Katyniem i uważają, że ofiary katastrofy były poległymi.

Ale w jakiej bitwie poległ Lech Kaczyński? Czy naprawdę wolno jednym tchem wymieniać przypadkową tragedię – katastrofę pod Smoleńskiem – ze świadomą ofiarą z życia, co stało się udziałem oficerów zamordowanych w Katyniu? Nie wolno. To zatracenie miary rzeczy. Obrona krzyża miała sens wtedy, kiedy zagrożona była sama tożsamość narodowej wspólnoty. Nie ma powodu, żeby dziś w demokratycznej walce miał się on stać narzędziem jednej partii. Żeby był bardziej znakiem PiS niż PO. Obecny prezydent ma przeto – mniemam – prawo domagać się przeniesienia krzyża poza pałacowy dziedziniec”.

Beata Kempa i Zbigniew Ziobro (który chce teraz zaistnieć poprzez apel do prezydenta o pozostawienie krzyża) albo tego nie rozumieją, albo udają, że nie rozumieją. To drugie wydaje się dużo bardziej prawdopodobne. Niestety.