Palikot zamawia sondaż, Kowalczyk dostaje łomot

Drogi P.!

Nie mam zamiaru Ci się skarżyć, ale prawda jest taka, że dostałem solidny łomot od gości mojego bloga za kawałek „Janusz Palikot zamawia sondaż” z cyklu Myś* na dziś. No cóż, skoro dostałem, to pewnie mi się należało. Kiedy wypowiadasz się nie dość precyzyjnie, musisz się liczyć z konsekwencjami; kiedy idziesz na skróty – możesz pobłądzić.

Ponieważ oskarżenia padły ciężkie, a moi goście poświęcili całkiem sporo czasu na polemikę (i to na ogół sensowną – zarówno ze mną, jak i z innymi komentatorami), pomyślałem, że głupio będzie tak schować głowę w piasek, wypinając się w oczekiwaniu na kolejne klapsy. Wracam więc do wątku, by spróbować trochę dokładniej wyjaśnić, o co mi chodziło. Ale musisz uzbroić się w cierpliwość, bo tego nie da się zrobić krótko.

Odkładam na bok zarzut, że napisałem o Palikocie głównie po to, żeby „zaistnieć”, nabić „oglądalność”. To jest oskarżenie o tyle bezzasadne, że po pierwsze, z założenia na blogu piszę o rzeczach, które z jakiegoś względu mnie interesują, ciekawią, poruszają, bulwersują, śmieszą, brzydzą, wprawiają w zdumienie itd.; a po drugie, po co miałbym pisać w Sieci dla samego siebie? Z istoty rzeczy piszę, zakładając, że ktoś to będzie czytał i się ze mną zgadzał lub nie (częściej – nie, bo nie; czasem – nie, bo się po prostu mylę).

W tym wypadku myliłem się pisząc, że z takiego sondażu niewiele wynika. Oczywiście, że wynika: dowiadujemy się, jak na zadane pytanie odpowiedzieli ankietowani telefonicznie ludzie, konkretnie 503 ludzi. Rozumiem, że TNS OBOP zadbał, żeby była to jakaś grupa reprezentatywna, ale z informacji podanych przez Janusza Palikota na jego stronie ani z tekstu o tym badaniu na portalu „Gazety Wyborczej”, do którego się krytycznie odniosłem, nie dowiadujemy się, jaka to była próba (reprezentatywna dla jakiej populacji) ani jaką techniką przeprowadzono to konkretne badanie. Nie wiemy też, czy było to badanie jednopytaniowe, czy fragment jakiegoś badania omnibusowego (różne pytania przy okazji jednego badania).

Przypominam, że nie jestem socjologiem i nie twierdziłem, że wiem, jak powinno być przeprowadzone badanie, z którego chcielibyśmy się dowiedzieć, jak „Polacy” odnoszą się do przyczyn katastrofy smoleńskiej. Zwracam natomiast uwagę, że nagłaśnianie tego badania w takiej formie, w jakiej to miało miejsce, jest co najmniej dalekie od rzeczowości.

Skoro już zabrałem się do dzielenia włosa na czworo, pociągnę to dalej. Pytanie, przypominam, brzmiało „Jakie są Pana(i) zdaniem najbardziej prawdopodobne przyczyny katastrofy TU 154 w Smoleńsku?”. Badani mieli do wyboru zestaw odpowiedzi (wielokrotnego wyboru) plus odpowiedź „inne”, a ponieważ w „innych” pojawiała się jeszcze jedna typowa odpowiedź, więc dodatkowo, w ostatecznym opisie, trafiła na listę podstawową.

Jest chyba dość oczywiste, że odpowiedź na to pytanie powiązana jest ze stosunkiem ankietowanego do rozkładu sił politycznych, ale nie wiemy, czy próba uwzględniała choćby ten rozkład, jaki ujawniły wybory prezydenckie. Czyli, rzeczywiście, z pokazanej nam tabeli, czegoś się dowiedzieliśmy (np. że stosunkowo niewielu badanych skłonnych było przypisywać winę uogólnionym „Rosjanom”, a znacznie częściej wskazywano na błędy ludzi), ale tak naprawdę nie dowiedzieliśmy się, czy ten rozkład odpowiedzi jest skolerowany z czymkolwiek (poglądy polityczne, wykształcenie, wiek, miejsce zamieszkania, płeć), poza tym, że tak odpowiedzieli ludzie, którzy w ogóle zgodzili się wziąć udział w telefonicznym wywiadzie.

Tu zresztą pojawia się kolejna moja wątpliwość – być może herezja z punktu widzenia badaczy opinii publicznej: jaką wartość mają takie wywiady? Czy miałeś kiedyś, drogi P., okazję być telefonicznie odpytywany? Czy naprawdę poważnie traktujesz taką rozmowę? Czy Twoja odpowiedź w żaden sposób nie zależy od tego, kto pyta, jak pyta, w jakim momencie ta rozmowa się odbywa, czy interesuje Cię temat ankiety itd., itp. Rozumiem, że od tego wszystkiego po prostu abstrahujemy, skupiając się na ostatecznej odpowiedzi, ale dla mnie świadomość tych wszystkich okoliczności znacznie obniża wartość uzyskanej tą drogą wiedzy.

Dlatego nadal uważam, że taki sposób zaprezentowania tego badania (co nazwałem „hucpą”, może niepotrzebnie „beznadziejną”) miał na celu wywołanie raczej efektu propagandowego (dla jednych „słusznego”, dla drugich „niesłusznego”, czego także dowodzą komentarze gości mojego bloga), niż poszerzenie naszej wiedzy o świecie (w tym wypadku o ludzkich mniemaniach w odniesieniu do trudnej do zracjonalizowania tragedii). A byłoby interesujące naprawdę się o tym czegoś dowiedzieć, bo obie strony sporu politycznego chętnie wygłaszają rozmaite twierdzenia na ten temat.

Co do samego Janusza Palikota. Do wielu jego akcji zniechęca mnie głównie to, że dysponując inteligencją, wiedzą, doświadczeniem, odwagą i last but not least pieniędzmi, mógłby robić to, co robi, dużo lepiej. Nie oszukujmy się, brakuje nam w świecie polityki takich ludzi. O ile niewiele spodziewam się po pani Elżbiecie Jakubiak, o tyle znacznie więcej oczekiwałbym od Palikota. A nawet Jacka Kurskiego, który używa swej niewątpliwej inteligencji w najgorszym stylu.

Ciekawe, drogi P., czy zdołałem Cię przekonać do swoich racji? Jeśli nie, to trudno. Nie zawsze się wygrywa. W RPA przekonali się o tym nie tylko Niemcy i Holendrzy :).

Pozdrawiam JK