Pismaki i przekaziory

Czwartek, 8 lipca

Zostałem zaliczony przez internautów do „bardziej kulturalnych funkcjonariuszy przekaziorów” — jak miło! Zostałem oskarżony o „uleganie nowej modzie wśród dziennikarzy”, czyli polowanie na każde zdanie wypowiadane przez Komorowskiego i „czepialstwo” — całkowicie słusznie! Całkowicie słusznie, jeśli, rzecz jasna, potraktować wpis „Prezydent bez serca” bardzo poważnie. Ale czy warto? To jednak był przede wszystkim żart pokazujący, jak łatwo można manipulować cudzą wypowiedzią (Komorowski powiedział przecież: „Zostawię chyba całe serce w moim środowisku politycznym, ale rozum i poczucie odpowiedzialności za państwo polskie wymaga tego, aby od dnia dzisiejszego myśleć i działać w kategoriach wykraczających poza granice wyznaczone przynależnością partyjną”).

Zarazem jednak jestem przekonany, że prezydent-elekt ma pewną skłonność do lapsusów językowych, którymi może sobie napytać biedy (sam mam taką skłonność, niestety). To zdanie nie był jakieś szczególnie bulwersujące. Ale co w istocie — poza szczerością uczuć — pokazuje ta, niewinna a zarazem ogólnie słuszna wypowiedź? Mimochodem ujawnia, że pozytywne emocje i zaangażowanie „sercem” były marszałek Sejmu kojarzy jednak ze światem partyjnych gier i kolegów (a przecież na tym stanowisku już dawno powinien „myśleć i działać w kategoriach wykraczających poza granice wyznaczone przynależnością partyjną”), teraz zaś pozostała mu tylko rozumna i odpowiedzialna, żmudna praca.

Skoro posunąłem się do wyjaśniania własnych żartów (co dowodzi ich słabości), dodam jeszcze jedno: tak naprawdę cytowane powyżej zdanie to przykład typowego nie tylko dla świata polityki paplania. Pełno takiej paplaniny również u „pismaków w przekaziorach”, jak to zgrabnie nazywają komentujący także tego bloga goście. Takich i podobnych zdań — w zamierzeniu górnolotnych, w realizacji zdecydowanie dolnolotnych — pada w naszym życiu publicznym o wiele za dużo. Kampania wyborcza to był jeden wielki koncert pustosłowia. Bronisław Komorowski wcale nie grał w nim pierwszych skrzypiec. Gdybym jednak miał coś powiedzieć w tak ważnym momencie, nie oddzielałbym serca od rozumu, bo tego nie da się zrobić. To całkowicie sztuczny, z ducha romantyczny (czyli bardzo polski) i nieprawdziwy podział. Człowiek tak nie działa.

Aha, i jeszcze jedno (jak by powiedział porucznik Columbo), nie jestem dziennikarzem, lecz jedynie redaktorem, a funkcjonariuszem czuję się co najwyżej w takim sensie, że pełnię jakąś konkretną funkcję. To tyle pro domo sua. Pozdrawiam wszystkich komentatorów, zachęcając do dalszego tropienia pismaka.