Profesor Staniszkis mówi sercem, obciachu się nie lęka

Czwartek, 24 czerwca

Pani profesor Jadwiga Staniszkis, cokolwiek przestraszona umizgami Jarosława Kaczyńskiego do lewicy, zwanej przez niego dotąd postkomuną (najczęściej słusznie, dodajmy), zaproponowała, żeby sztab prezesa sięgnął po bliźniaczki, które śpiewały dla Napieralskiego: „Niech chwycą tą część młodzieży typu disco polo”. Oczywiście, nie śmiem domniemywać, że pani profesor szuka desperackich rozwiązań i gotowa jest przyznać, że „tonący brzydko się chwyta”.

Pani profesor po prostu bardzo-bardzo wierzy w mądrość pana prezesa i chce mu pomóc wygłaszając gdzie się da peany na jego cześć: „To jest Jarosław Kaczyński, który myśli tak szybko, że po prostu nie tłumaczy do końca swojej intencji. Takim przekombinowanym i złym pomysłem był sojusz z Samoobroną, którą zniszczył, zrobił coś pożytecznego dla Polski, ale wyborcy mu tego nie wybaczyli”. Odważnie doradza przez radio prezesowi: „[powinien] Powiedzieć właśnie: układ jest z Komorowskim, tak jak ja to mówię w tej chwili, interes nowoczesnej lewicy to są ludzie pracy, u nas też są ludzie pracy. Lewica nie ma dobrych rozwiązań. Brnie w parytety i w in vitro, a ja stawiam na program społeczny i chce, żeby wyborcy lewicy za mną poszli”.

Na końcu radiowego wywiadu (pełnego trudno zrozumiałych początków myśli, które niekoniecznie mają koniec), zapytana, kto wygra 4 lipca, odpowiada, że jednak Kaczyński: „Mogę zaryzykować, mówię sercem”. I to mnie najbardziej u pani profesor niepokoi. Szkoda tracić głowę z miłości.