Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

4.04.2020
sobota

Ciernista droga grzechu!

4 kwietnia 2020, sobota,

(© Feldkurat Otto Katz i Jaroslav Hasek)

Albo: blaski i cienie życia ateisty.

Gdy z młodzieńczym entuzjazmem w wieku lat 14 – 15 deklarowałem “księdzu po kolędzie”, że przestałem wierzyć w boga, nie myślałem o konsekwencjach bezpośrednich i pośrednich tego kroku. Wkrótce jednak zacząłem je odczuwać. Bezpośrednie były takie, że wieść o mym odszczepieństwie szybko rozeszła się wśród złożonej z ok. 60 rodzin społeczności podmiejskiej uliczki, potwierdzając im oparte na moim niesłowiańskim wyglądzie podejrzenie, że jestem jakiś odmieniec, a więc pewnie żyd. Paru dorosłych/starszawych nazwało mnie parę razy “Ickiem”, dobrotliwie zresztą, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, bo nie bardzo wiedziałem wtedy co to oznacza. Kiedy się dowiedziałem, nie byłem tym zachwycony, ale nie ma tego złego, itp., bo po pierwsze zachęciło do zbadania tzw. korzeni, a po drugie wpoiło mi to na zawsze niechęć i obrzydzenie do rasizmu, do stereotypowania i do przyklejania ludziom etykietek. Na szczęście młodziakom, z którymi się przyjaźniłem (i dziewczynom) przylepienie mi naklejki jakoś nie zrobiło wielkiej różnicy. Byłem parokrotnie nachodzony przez księży i babcie parafialne, bezskutecznie próbujące zawrócić mnie z ciernistej drogi grzechu, argumentami które były dla mnie głupawe i całkowicie nieprzekonywujące. Odczuwałem przez jakiś czas pewne wykluczenie z silnie związanych z polskim życiem codziennym obchodów i imprez religijnych.

Te drobne przykrości były jednak ceną, którą warto było wtedy zapłacić za zrzucenie katolickiego gorsetu.

Przez wiele następnych lat nie analizowałem kwestii psychologicznych czy filozoficznych wiary i ateizmu, cieszyłem się za to uwolnieniem od śmiertelnej nudy i bełkotliwych kazań na niedzielnych mszach. Pozbyłem się gnębiącego mnie we wcześniejszym dzieciństwie dławiącego lęku przed śledzącym każdy mój krok srogim obserwatorem i sędzią w niebiosach oraz wynikającego z tego częstego poczucia winy za drobne i mniej drobne grzechy. Żyłem, uczyłem się i bawiłem, kochałem, poznawałem świat, urządzałem się, emigrowałem, urządzałem się raz jeszcze, podróżowałem, wszystko bez brzemienia wiary, ale i bez pełnego zrozumienia jakie inne brzemię nakłada na mnie ateizm.

Dopiero gdy naprawdę dorosłem i dojrzałem (lepiej późno niż wcale) do lepszego zrozumienia życia i psychologii własnej i społecznej uświadomiłem sobie jaka jest prawdziwa cena niewiary.

Prawdziwy ateista nie może zwalać winy na diabelskie podszepty, za swe błędy, głupoty, potknięcia, egoizm, wykroczenia przeciw moralności czy dobremu smakowi i wychowaniu. Nie może też pozbyć się poczucia winy i wyrzutów sumienia poprzez wyznanie ich księdzu, za co łaska i kilka zdrowasiek, musi z nimi dojść do ładu sam. Nie może liczyć w ciężkich chwilach na opiekę i pomoc wyimaginowanego wszechmocnego “tatusia” w niebiosach, którego, choć z definicji wszystkowiedzącego i absolutnie doskonałego, można jednak przekupić żarliwością modlitewną i chojnymi datkami materialnymi dla jego przedstawicieli na Ziemi. Nie może liczyć na komfort psychiczny i “ciepełko” stada, zapewnianych przez uczestnictwo w rytuałach i obrzędach wśród tłumu podobnie myślących wyznawców. Musi bezsilnie patrzeć na zasłaniane “świętością” draństwa i przekręty aparatu zorganizowanej religii oraz jej sprzeczne z podstawową logiką nonsensy, bez możliwości zbywania ich bezkrytycznym “to tajemnica”. Staje samotnie twarzą w twarz z okrucieństwem życia, z głupstwami i zbrodniami gatunku, bez możliwości pocieszania się, że “taka jest wola boska”, czy “niezbadane są wyroki boskie”, czy oksymoronem “bóg doświadcza, bo kocha”. Wreszcie, nie tylko nie może pocieszać się nadzieją na życie wieczne i nagrodę w niebiosach za trudy i przeciwności życia ziemskiego, ale musi zaakceptować, że prawdziwy dorobek życia – nie sprzęty czy pieniądze, ale wszystko czego się dowiedział i nauczył o świecie, przepadnie w chwili śmierci wraz z jego mózgiem.

Nic dziwnego, że ateiści mogą mieć skłonność do pesymizmu! Ciernista jest droga grzechu!

Po stronie pozytywów są dla mnie sceptycyzm i odruchowy przymus zaglądania pod podszewkę każdej informacji i każdej przelotnej mody. Zwiększona odporność na mity, na syndrom myślenia grupowego, na syndrom potwierdzenia, na mącenie w głowie jakimś “izmem”. Zaspakajanie wrodzonej ludziom potrzeby cudowności i magii literaturą fantastyczną i fantastyczno-naukową, która pozwala uciec od często nieprzyjemnej rzeczywistości “w krainę ułudy” bez traktowania ze śmiertelną powagą zawartych w niej bajek, zamiast uczestniczeniem w nonsensownych obrzędach wymagających płacenia frycowego “pośrednikom” cudowności. Brak strachu przed mękami piekielnymi, co jest drugą stroną medalu niewiary w życie pozagrobowe. A wreszcie, co najważniejsze, przymus opierania swych zachowań na moralności humanistycznej, a nie na relatywistycznej grupowej czy plemiennej.

Wszystko to nie jest łatwe, ale staram się być prawdziwym ateistą. Chętnie płacę cenę niewiary. Jestem pesymistą i mizantropem. Nie mam złudzeń.

Herstoryk

28.03.2020
sobota

Jarosław Kaczyński

Emerytowany sprawca

28 marca 2020, sobota,

Psy wyczuwają człowieka na odległość. Wiedzą, czy to dobry człowiek, czy zły człowiek. Nie bardzo wiemy, jak to robią, choć jakąś ogólną orientację mamy: obserwują język ciała człowieka, patrzą mu w oczy, a przede wszystkim odbierają jego ewaporację chemiczną: hormony stresu, lęku, agresji; emanacje generalne i partykularne. Odróżniają je doskonale od aromatu fiołków dobrego człowieka.

Czytaj całość »

22.03.2020
niedziela

Jarosław Kaczyński

Jaśnista Angela i nihilista Kaczyński

22 marca 2020, niedziela,

Angela Merkel wygłosiła 18 marca orędzie do Niemców i Europejczyków. Rzeczowe, poważne, mądre. Godne odpowiedzialnego przywódcy państwa i bardzo ważnego polityka Europy i świata. Merkel doskonale rozumie, jak poważna jest sytuacja i jak istotne jest, by obywatele mieli przekonanie, że najważniejsza osoba w kraju jest świadoma, solidarna, kompetentna i rzeczowa. Robi dokładnie to, co w danej sytuacji robić należy.

Czytaj całość »

16.03.2020
poniedziałek

Dzięki Bogu popęd śmierci w Kościele zwycięża

16 marca 2020, poniedziałek,

Od porządku, ludkowie moi, jest Pambuk. On pilnuje, żeby wszystko szło jak trzeba. I było jak na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków, amen. A diabeł chce zmieniać, ulepszać, słyszycie – ulepszać! Już jemu mało, że krowa się cieli, on chce żeby się źrebiła. O, do czego idzie. Krowy będo się źrebili, owieczki cielili, chłop z chłopem spać będzie, baba z babo! Wilki latać bedo. Słońce wzejdzie na zachodzie, a zajdzie na wschodzie!

A Pambuk? Co na to Pambuk?

Z tym bieda, że Pambuk coraz starejszy. *

*

Żeby można było jakoś przytomnie dyskutować, należy pozostawać w kontakcie z rzeczywistością. Służy temu uporządkowanie pojęć podstawowych, co dobry nauczyciel robi na początku szkoły podstawowej właśnie. Informuje adeptów myślenia, że nie dodaje się jabłek do gruszek, a temperatura wrzenia wody (na poziomie morza – co dodaje na pierwszej lekcji fizyki) wynosi 100 stopni Celsjusza. Niestety, myślenie to bolesna męka i są miliony katolików nad samą tylko Wisłą – a wśród nich co biskup to doktor i nawet habilitowany – które nie zgadzają się na to, że gruszka nie jest kiszonym ogórkiem.

A zatem, przypomina się katolikom, że obowiązuje ich w sposób absolutny, znajomość i wierność Słowu Bożemu. Katolik jest wyznawcą bolesnej męki, nie powinien więc uciekać przed bolesną męką poznania Słowa Bożego a jednak to z zawziętością robi. Jak wiadomo z licznych badań, standardowy katolik w Polsce nie umie przeczytać więcej niż pół stroniczki formatu A4, natomiast rozumienie czytanego tekstu kończy się zwykle po jakichś 5-6 zdaniach, o ile w ogóle zachodzi.

Nie jest to co prawda usprawiedliwienie, bo nim być nie może gdy ma się do czynienia ze Słowem Bożym czyli czymś najpoważniejszym ze wszystkiego, ale da się to zrozumieć. W celu ułatwienia katolikowi rozumienia tego i owego, zacznijmy od tychże pojęć podstawowych.

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”. Dalszą część opuszczamy, żeby oszczędzić katolikowi męki – przyda się na później – i przechodzimy do finału: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”. Co prawda niedobre są przecinki w tym zdaniu, ale nic to – tak mówi Słowo Boże. A wiadomo, że ani przecinka zmienić nie wolno, bo to zmiana Słowa Bożego, czyli bluźnierstwo i w skutku bolesna męka w piekle.

Pan Bóg stworzył koronawirusa. Wszystko co stworzył jest doskonałe i święte. Pan Bóg miłuje w sposób absolutny i doskonały człowieka. Ma dla każdego Wspaniały Plan. Dlatego stworzył tego wirusa, żeby zabijał człowieka. Człowiek przyjmuje ten Wspaniały Plan ze skromnością i godnością; w pokorze i z radością. Nie może się wszak doczekać, żeby znaleźć się w Niebie. W czym mu wirus łatwo dopomoże – jest Boskim Posłańcem.

Jak wiadomo jednak z doświadczenia, katolik z coraz większą niechęcią przyjmuje Wspaniały Plan Boga na swoje życie. Jeszcze jakoś tak do czasu końca II wojny światowej przyjmował entuzjastycznie. Później zaczęło się robić coraz gorzej. Katolik coraz chętniej mordował dzieci poczęte, zaczął używać wyrobów przemysłu gumowego na części niesforne **, katoliczki zaś wyrobów chemii gospodarczej na podobnie niesforne części.

Niekórzy zaczęli się zgadzać na komunistyczny wynalazek: prawa człowieka. Przyspieszyło dzieło zgody na to, że Ziemia nie jest płaska i nie tylko Kopernik miał rację ale nawet Darwin. Ostatecznie sam Karol co został papieżem figlarnie oświadczył, że „w ewolucji coś jest”, tylko nie dał rady wyjaśnić – co? Homoseksualiści już zaczęli awansować na ludzi, choć z wielkimi oporami ze strony miłującego katolika. Przecież Słowo Boże nakazuje ich potępiać i mordować. Żydzi może nie są aż tacy podli, choć przecież „zabili Chrystusa i nas prześladowali” – co dalej orzeka Słowo Boże. In vitro też już przestaje być dla wielu katolików zbrodnią, a nieustająco powtarzane twarde zakazy biskupów w sprawie seksu przedmałżeńskiego i pozamałżeńskiego są po kpiarsku traktowane przez większość katolików. Niektórzy nawet zaczęli uważać, że pies też człowiek i może nawet pójdzie do nieba. Zaś Ziemia, ta Ziemia na którą zstąpił Duch, nie może być eksploatowana jak nakazuje Bóg w Słowie, bo to szaleństwo i popęd śmierci.

I może najważniejsze: biskupi od tak zwanego zawsze tak mieli, że choć prześladowali wszelką myśl wolna i naukową, w tym brutalnie przeciwstawiali się medycynie, to z najwyższą ochotą korzystali z jej dobrodziejstw. Na naszych oczach otłuszczeni biskupi żądają by im robić bypassy, odsysać wiadra tłuszczu, naprawiać marskie wątroby, wstawiać sztuczne stawy, rozruszniki serca na baterie, wymieniać serca na cudze albo mechaniczne i bez pudła godzą się tu z nauką. Na codzienny użytek mają zaś wagony chemii. A wszystko to sprzeciwia się Bogu, bo „jest niezgodne z Naturą”. Bóg wzywa do siebie, do samego Nieba, a kler z resztą katolików krzyczy głośno: NEIN, NEIN, ZAJĘTE! * *

Jak wiemy od Karola Wojtyły, „Bóg umiłował Polaków na sposób szczególny”. Maryja też „umiłowała Polaków na sposób szczególny”. I Jezus także. Oraz wszystkie pozostałe postaci odpowiedniego rodzaju. Ma rację, bowiem Polak szczególnie gorliwie przestrzega Słowa Bożego.

Koronawirus szczególnie sprawdza teraz Polaka. O Niemca, Holendra a nawet Włocha mniej się tu martwimy. Wirus to taki „tajemniczy klient” który sprawdza jak działa system: kościół katolicki.

Każdego dnia, właściwie bodaj co kwadrans, Polacy którzy jakoś dorastają do powagi, pewnej wiedzy i jakiegoś poziomu moralnego, są konfrontowani z szaleństwem. Co biskup, to jakieś koszmarne oświadczenia, żądania, potępienia. Co biskup doktor habilitowany, to wręcz skrajnie bezrozumne, ślepe, samobójcze dla katolików tezy. Kłamstwo goni i dubluje kłamstwo. Bezczelność przechodzi w chamstwo i pogardę. Zaprzeczanie nie tylko naukowej wiedzy, ale i w miarę rozsądnemu rozumowi pokazuje swoje żelazobetonowe wnętrze. Cynizm, szaleństwo zasady, że choćby potop, ale musi być tak jak żądają słuszni wyznawcy i prawodawcy kościoła, od których katolik dowiaduje się „co jest dobre a co złe”. Kościół żąda i to dostaje, bo zawsze dostawał: być ponad prawem, ponad państwem, ponad człowiekiem, ponad i poza prawdą i faktami. Głośno krzyczy, że jest sługą, a objawia się jako pan i właściciel. Prześladowca krzyczy, że jest prześladowany! Tak robi od dwóch tysiącleci. I teraz, dzięki koronawirusowi, w tak skondensowany sposób to objawia.

Wirus go jednak sprawdza i już nie może jednak iść w zaparte we wszystkim. Okazuje się więc, że „niedzielna msza święta” – w której brak uczestnictwa jest śmiertelnym grzechem, można obejść i zostać w domu, słuchając radyjka albo i nie. Ale równocześnie msze dalej są obowiązkiem pod karą śmierci, więc są organizowane, a nawet biskupi wzywają, by ich robić jeszcze więcej. Jak więcej, to na danej mszy mniej katolików, a mniej katolików to mniejsze ryzyko zarażenia. Co jest sprzeciwianiem się Bogu i jego świętemu wysłannikowi – koronawirusowi, który ma przecież zabijać. Ilu zabije, tylu będzie. Bóg decyduje, a bezczelny katolik ma czelność uprawiać krętactwa: tak czyli nie, nie czyli tak.

U jednych biskupów może można nie chodzić do kościoła, ale u drugich jest to obowiązek, świętość i dawanie świadectwa. Niech będzie, że po pięćdziesięciu do środka. Ale najpierw ci co zapłacą za jakieś intencje, czy wypominki. Ci co mają znacznie poważniejszy powód by być w środku – „głęboką potrzebę duchową”, mogą zostać nie wpuszczeni, bo nie zapłacili. Mamona jest święta, choć Słowo Boże twierdzi, że jej uleganie jest śmiertelnym grzechem.

Prawidłowi katolicy mówią, że rezygnacja z mszy to przyznanie, że „Boga nie ma”. Dla ateisty to podstawowa oczywistość, dla katolika – coś absolutnie nie do przyjęcia.

Świętość wody święconej zaczyna się też okazywać nieświęta. Można się od niej zarazić. Dziś wirusem, a zawsze – bakteriami kałowymi. Kisiel z bakterii E. coli, który jest święty, przez każdego katolika jest przyjmowany na ręce, które to ręce „przekazują znak pokoju” innym katolikom. Rodzice, ciocie, babcie, rozmazują dzieciom na buziach kisiel z bakterii kałowych. Przez wielu zaś jest przyjmowany doustnie: katolicy ulewają wodę święconą i piją na choroby, smutki i na cokolwiek. Przez prawie dwa tysiące lat katolicy marli z tego powodu jak muchy, dziś mają bezbożną medycynę i chemię, którą się ratują. Ale nie uratuje ich sanepid, bo nie wolno mu kontrolować święconej wody i nakładać kar na proboszczów, biskupów i kościół katolicki. Kościół jest niezawisły, bo zawisły jest katolik, który idzie do ziemi. Mógłby żyć, ale nie jako wierny Bogu katolik. Jego obowiązuje wzajemne obmazywanie się płynnym świętym kałem. Zaś najważniejszą rzeczą w kościele jest „czystość”. Każda czystość, bo jest to święta obsesja katolików.

Hostia jest świętością nad świętościami. Wiemy to też dzięki Dudzie Andrzejowi, który rzutem bramkarskim ocalił Ciało Chrystusa przed upadkiem na posadzkę kościoła. Na posadzce jest godzący w godność Ciała Chrystusa kurz, ale na pewno nie ma bakterii. Kurz zmywają z posadzki wyłącznie kobiety, które usługują mężczyznom i nie działa zasada odwrotności, ani nawet równoważności: co drugi tydzień na kolanach szoruje posadzkę katolik, proboszcz oraz biskup. Żadna to ujma, prawda? Służą Bogu jedynemu, a każda służba Bogu jest równie dobra i godna. Biskupi zaś dają szczególny przykład nie szorują więc posadzek tylko skórzane fotele limuzyn biskupią szatą, ktorą szorują zakonnice.

Hostia jednak przestaje się okazywać świętościa nad świętościami, bo część biskupów zaczyna dochodzić do wniosku, że można ją dawać do ręki z powodu pobrudzenia wirusem. Dotąd też wsadzanie Ciała Chrystusa prosto do ust katolika, dla którego opłatek nie jest żadnym „symbolem Chrystusa”, ale „żywym i prawdziwym Ciałem Chrystusa” którego gryzł i połykał dowodząc nadzwyczajnie zakorzenionego w katolicyzmie kanibalistycznego popędu śmierci, czym potwierdzał, że Jezus umarł na krzyżu, ale wcale nie umarł, bo gryziony przez katolika unosi się do Nieba. To odróżniało katolików których wiara jest „jedyna prawdziwa” od wielu innych chrześcijan, których wiara jest ułomna, licha, po prostu byle jaka i zachodzi podejrzenie graniczące z pewnością, że są to trolle Putina. O dogmaty i drobiazgi, chrześcijanie mordowali się przez stulecia z nadzwyczajną zajadłością, by potem je porzucać. Wszystko, oczywiście, w ramach miłości bliźniego swego i dla większej chwały Bożej.

Gdy całkiem niedawno dzieciak wziął hostię do ręki i ponoć schował w kieszeni, proboszcz wezwał policję, która się natychmiast zjawiła i dziecko zostało poddane przesłuchaniu bez obecności rodziców, co jest złamaniem prawa. Teraz nie musi być wzywana policja, bo można. Można, ale nie można, bo ksiądz dając do ręki, przekazuje koronawirusa. Katolik odbierając opłatek, przekazuje księdzu swojego wirusa. Ksiądz oddechem sprzedaje – tym razem może bezpłatnie – wirusa parafianinowi. Jak kichnie, od razu przekaże dwudziestce. Jak przed wyjściem z zakrystii potarł nos ręką, uprawia znaną grę towarzyską „podaj dalej” – i wygrywa! Działa to we wszystkie strony.

Arcybiskup szczecińsko-kamieński orzeka, że „Chrystus nie roznosi zarazków”. Łódzka kuria mówi, że „nie ma co panikować”. Można więc gryźć w czystości, czyli łapać wirusów i bakterii ile tylko wlezie, ale przecież one nie istnieją, bo „Chrystus nie roznosi”. Posłowie Lewicy proszą papieża o interwencję: „Episkopat Polski nie zwraca uwagi na zalecenia lekarzy”. Czarzasty mówi do arcybiskupa Gądeckiego: „niech pan naprawdę stuknie się w czoło!”. Mówi z taką subtelnością, że gdyby stuknięcie w czoło się odbyło, dałoby się usłyszeć.

Papież w tym samym czasie porzuca pomysł, żeby zamykać kościoły. „Niech będą otwarte dla biednych”. Po to są biedni, żeby byli jeszcze biedniejsi, tłoczyli się w kościele i szybko wirus przeniósł ich do Nieba. To działa znakomicie od 2 tysięcy lat. Franciszek rozstrzyga: „Nie zawsze drastyczne środki są właściwe.” Co to znaczy „nie zawsze”, czy „właściwe” – nawet nie pytajmy, bo nie zdążymy dojść do siebie na takie dictum, a już kardynał Zuppi Franciszka popiera: „Franciszek ma rację: potrzebny jest zdrowy rozsądek”. Kościół katolicki i „zdrowy rozsądek”!

„O ile dwa dni wcześniej Franciszek i De Donatis zdecydowali o zamknięciu kościołów w Rzymie do 3 kwietnia, by uniknąć dalszych zakażeń koronawirusem, o tyle wczoraj zmienili dekret. I teraz pozostawiają w rękach księży i wiernych ostateczną odpowiedzialność za zapewnienie wstępu do świątyń bez narażania ludzi na ryzyko zakażenia.” Dopełniając miary szaleństwa, teraz ślepi, bo Bogu wierni katolicy niezgadzający się z wiedzą nauki ponoszą „ostateczną odpowiedzialność” i „mają nie narażać”. Papież i biskupi umywają ręce. Wina spada na zwykłych wyznawców. Jak zawsze.

Katolik, gdyby miał ten zdrowy rozsądek, wrzasnąłby: Boże, słyszysz i nie grzmisz?? Po czym wrzasnąłby znowu: Jezu! – jak to możliwe, że twoi najwyżsi następcy to jeden w drugiego takie tępe, zdeprawowane typy, choć po 30 lat się kształcili i odmówili po milionie koronek rożańca świętego? Dałby tym samym dowód całkowitego braku rozsądku, ale może jakiejś drobiny moralności, asekuracyjnej zresztą, czyli bez wartości. Ateista nie bardzo ma jak wrzasnąć, przecież nie wezwie nieistniejącego Boga, choć serie piorunów powinny być w robocie; może tylko użyć słów powszechnie używanych jako grzeszne w najwyższym stopniu, przed czym stara się jakoś powstrzymywać, choć to zaiste męka. Po wicemarszałku Czarzastym widać z jaką nieśmiałością się wyraża i jakie to daje skutki których nie daje.

*

Państwo nie działa, bo pozwala kościołowi być ponad sobą. Uznaje własną lenna pozycję i naraża ludzi na śmierć. Nieliczni przyzwoici ludzie, usiłujący wśród tego zabójczego szaleństwa kościoła katolickiego wzmocnionej żelazobetonem konkordatu Świętego Ojca Świętego Jana Pawła II i niewolnictwem katolików szukać jakiegoś rozwiązania, choćby częściowego, by zapobiegać jeszcze gorszemu rozwojowi wypadków, mówią, że należy skorzystać z obowiązujących przepisów prawa powszechnego. Prawo takie jest: „Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 18 grudnia 2002 r. w sprawie warunków sanitarnych i higienicznych w obrocie środkami spożywczymi sprzedawanymi luzem”.

Święte „Ciało Chrystusa” może być więc traktowane przez normalne bo świeckie państwo jako „środek spożywczy luzem”. Państwo może wymagać świadectw higienicznych od księży i ich przedsiębiorstwa, a środków ochronnych przy wydawaniu „Ciała Chrystusa”, które jako środek spożywczy luzem” może być „wyłączony z obrotu” ze względu na „szkodliwość dla zdrowia lub życia” .

*

Od każdego katolika, a szczególnie od biskupów, należy żądać wyjaśnień. Żądać dowodów, faktów, logiki. Żądać przyzwoitości, postawy etycznej i nadzwyczajnej powagi. Porzucenia, natychmiastowego, ostatecznego, języka przemocy i czynienia przemocy.

Przede wszystkim zaś należy żadać zdania bezwzględnej sprawy z tego, czym uzasadniają swoje uroszczenia: reprezentowania Boga i bezwzględnego przestrzegania Słowa Bożego. To rzecz najwyższa, dla życia doczesnego, wartości katolika jako człowieka i dla zbawienia wiecznego. Albo jest się wiernym Bogu a jego Słowo jest absolutną, jedyną, pełną i niezmienną Prawdą, albo jest całkowicie przeciwnie. Bóg i jego Słowo nie jest troszkę prawdziwe, a poza tym nieprawdziwe, czy częściowo pełne, a częściowo puste. Wtedy kościół katolicki ma obowiązek samolikwidacji i pełnego zadośćuczynienia człowiekowi za sumę zła, jaki mu wyrządził. Tak nakazuje mu jego własna moralność mniemana i święta reguła Sakramentu Pojednania i Pokuty.

Jak Bóg jest Absolutem, tak jest absolutnie pewne, że niczego takiego nie będzie. jest to niemożliwe z samej zasady istnienia kościoła. I tak jak nigdy nie było, tak i nie będzie żadnego zadośćuczynienia. Szczególny obowiązek moralny spoczywa więc na „katolikach otwartych”. Oni bowiem twierdzą o sobie, że wiedzą lepiej, więcej, są rozumniejsi i ponad większość „błędów kościoła”. Wiedzą „co naprawdę mowi nam ewangelia”. Zatem nic nie wiedzą, bo ewangelia nic nie mówi. Mówi wyłącznie całe Słowo Boże.

Katolik otwarty nie bylby jednak sobą, gdyby nie robił dokładnie tego samego co reszta katolików: wydłybywał tego co mu chwilowo pasuje w Slowie Bożym, a resztę wyrzucał. Więc i od katolika otwartego niczego sie nie doczekamy. Zresztą, należy od do „pokolenia Jana Pawła II”, który sprokurował taki episkopat i ten kościół boży jaki jest. Ponieważ z żadnej strony należnej wszystkim i każdemu z osobna odpowiedzi nie będzie, bo będzie to co jest od dwoch tysięcy lat, poważny człowiek ma obowiązek: wsadzać obłudnikom i oszustom palce w oczy. niech nigdy nie zaznają spokoju, dopóki nie przestaną być sobą i staną się tym, kim powinien być należyty człowiek.

*

Kościół katolicki rozłazi się. Szwy ukrywające straszne wnętrze, mocno trzymające, gdy kościół mógł bezpośrednio opluwać, skazywać na banicję, wykreślać z życia publicznego lub mordować, puszczają. Fastrygi też nie pomagają, bo nie mogą. Widać jak na dłoni, że wnętrze kościoła pełne jest siarki i ognia w jednym miejscu, a w drugim pełne trupiego zimna.

Kler i wyznawcy nie mają żadnego pojęcia o człowieku, nic z niego nie rozumieją. Psychologiczne rozumienie człowieka jest żadne. Mają swoją świętą sztancę na którą musi zostać człowiek nadziany jak Jezus na krzyż. Kościół zabija człowieka w czlowieku. Biskupi są do szpiku faszywi, zakłamani i cyniczni, ale też zupełnie pogubieni. Bo czują już, że Prawdy przestają być jako prawdy traktowane. Batogi wypadają im z rąk, świętości wietrzeją, sypią się resztki wiarygodności dla wyznawców i niczym już nie dysponują by to zmienić.

Słowo Boże jest słowem zazdrosnego, egotycznego Boga, tyrana który musi wypełnić swoj los: być ludobójcą. Antytezą siebie przedstawianego jako absolut miłości. Tego odkrycia człowieka boi sie najbardziej.

Msza święta nie musi być święta; „Ciało Chrystusa” musi się stać w państwie dla wszystkich „środkiem spożywczym luzem”, bo jego uroszczona świętość jest niebezpieczna dla życia; woda święta nie jest święta a jest zwykłym mazidłem kałowym. Katolik udaje się Domu Boga, by się zarazić i skonać, mniemając w fantazmatach, że oddaje sie celebracji życia i esencji dobra.

Wszystko jest tu względne i elastyczne, zależnie od okoliczności i chwilowego interesu, choć od zarania kościół katolicki uważa relatywizm za emanację szatana, a do Marksa za wynalazek komunistów. Wszystko jest odwrotnością siebie, ujawnianą z coraz większą siłą dowodu.

Jeśli można nie chodzić, można się nie święcić, po co się mazać kałowym bakteriami z wirusem; można do ręki, do kieszeni ten środek spożywczy luzem, to po co wracać do kościoła na obowiązkowe msze, do pożartego przez śmiertelną pustkę Domu Boga i kleru który nic innego nie ma, jak jeszcze więcej niczego w ustach i głowach, ale za to nic każe jeszcze więcej płacić?

Będzie tak, że wielu zwolnionych nie wróci. Zdecyduje o tym wygoda spoczynku oraz może nieczytelne jeszcze przeczucia moralne i poznanie szkicu faktów. A dla części ludzi, tych hipotetycznie najcenniejszych dla religii – zdecydują najmocniejsze powody: do zdemoralizowanego, zakłamanego, do potwornego się nie wraca. To racja poczucia własnej wartości i autentyzmu. To racja własnego życia.

Rozkład przyspieszy. Nie dość dobrze działali sami ludzie, słabi i gnuśni wobec molocha, więc pomaga im w tym Boży Posłaniec: koronawirus. Na tym polega Wspaniały Plan Boży dla każdego człowieka.

Tanaka

Cytaty: „Biblia Tysiąclecia” ze szczególną dedykajcą Świętego Ojca Świętego dla młodzieży akademickiej czyli niebieska książeczka; tokfm.pl, wyborcza.pl, oko.press.

* „Konopielka” wg Edwarda Redlińskiego, reż. Witold Leszczyński. 1982. Monolog „dziada-proroka” – Franciszka Pieczki

* * części niesforne – copyright Tomasz Beksiński – „Monty Python”

* * * NEIN, NEIN, ZAJĘTE! – Franek Dolas w „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Reż. Tadeusz Chmielewski. 1969.

12.03.2020
czwartek

Góral a jego koń

12 marca 2020, czwartek,

Piosenka Skaldów się za mną wlecze. Właściwie jedna jej zwrotka. To pewnie z powodu tej zimy.

Pędzą, pędzą sanie

Góralskie koniki

Hej, jadą w saniach panny

Przy nich janosiki.

Prawda, że pięknie i ckliwie? Ten łagodny klimat i koniki góralskie z taką miłością i uczuciem wymienione.

Siedziałem na nocnym dyżurze, jak zadzwonił kolega. Ja w Lublinie, on gdzieś w drodze między Ciechanowem a Warszawą. Nudził się i chciał pogadać, zdać relację z tego co w ciągu dnia zdziałał. Coś zaczął smędzić o polityce, ale kiepsko się gada jak rozmówca nie wykazuje w tym kierunku zainteresowania. W pewnej chwili tęsknota za górami mu się włączyła. Dość osobliwie. Bo zaczął o sytuacji biednych koni, tak eksploatowanych bezwzględnie przez górali na drodze do Morskiego Oka, że aż padają jak muchy.

Nie ulega wątpliwości, że od kilku lat latem w telewizorach relacjonuje się te bardzo spektakularne wydarzenia. Przyczyny takiego stanu rzeczy są rozpoznane i podobno coś się z tym próbuje robić. Ograniczenie czasu pracy koni, wspomaganie elektryczne wasiągów i inne takie. Z jakim skutkiem, to się zobaczy.

Ale wracając do rozważań kolegi. Zrobił mi porównanie, jak to ciężko pracują konie ciągnąc wóz załadowany 25 osobami, a jak lekko idzie im zimową porą, kiedy przyprzęgnięte są do sanek, jadących gładko po ubitym śniegu lub lodzie. Tak, praca koniem zimą jest znacznie znośniejsza niż latem.

-Zaraz, powoli, po jakim lodzie?

-No, po oblodzonej drodze, bo po lodzie to dopiero się sanki gładko ślizgają. Jak na łyżwach.

Ja. Wiesz. Nieszczególnie znam się na góralach, ale wyobrażam sobie, że gdybym był góralem, to raczej nie wyprowadzałbym zaprzęgu na oblodzoną drogę. Łyżwy na lodowisku to przyjemność. Nie wiem tylko czy dla konia to też taka frajda. Poza tym za duże ryzyko.

On. Przecież są podkute.

Ja. No są. Tylko co z tego? Zwłaszcza jak jedzie z górki. Po śniegu to co innego. Jak mówiłem, nie znam się na góralach. Ale mam wrażenie, że góral może zaryzykować, że koń mu padnie ciągnąc załadowany wóz po asfalcie. Ma stratę. Ale jak się pośliźnie na lodzie i złamie nogę, będzie musiał wezwać weta, żeby go uśpić. Nie, nie weta, konia. To już dodatkowy koszt, wcale niemały.

Tu z głupoty, albo chęci zaimponowania, wrzuciłem: łatwiej toczyć wóz na kołach niż ciągnąć sanie, bo opór przy toczeniu jest mniejszy niż ten wynikający z tarcia.

Po co mi to było?

On. Że nie, bo opony łyse, piasty nie nasmarowane i skrzypią. Droga pełna wybojów i tych 25 ludzi na wasiągu.

Ja. No przecież można iść pieszo, rower wypożyczyć albo hulajnogę.

On. Daleko, nudno, żadnych widoków. Gdzież tak iść i iść jak można pojechać?

Takie tam nocne rozmowy. Trochę podkpiwałem, ale na koniec tak mnie naszło. Ładna i miła ta troska o góralskie koniki. Ale czy któremuś z tych zatroskanych, w tym i jemu, przyszło kiedykolwiek do głowy, żeby może nie dosiadać się na 25, albo nawet na 20 czy 16? Zwrócić się do ludzi: ludzie, jebnijcie wy się w te durne łby i nie pakujcie się w dwudziestu pięciu na wóz. Przecież ten koń po kilku kursach się przewróci. Że góral nie pojedzie z piętnastoma? Pojedzie. Może z bólem serca, ale pojedzie. A jak nie pojedzie, to … z nim. Niech stoi.

Paradox57

4.03.2020
środa

Koronawirus

Już tu jest!

4 marca 2020, środa,

Cała Polska z niecierpliwością czekała na nadejście koronawirusa. Cała aparatura państwa z Nowogrodzkiej była najbardziej niecierpliwa: wstaliśmy z kolan, odzyskaliśmy suwerenność i rozkopujemy Mierzeję, ONI mają, a my nie? Całe państwo zwarte i gotowe. Jak w pamiętnym momencie. O nim jednak nie będziemy rozmawiać.

Czytaj całość »

28.02.2020
piątek

Wszystko (nie)jasne

28 lutego 2020, piątek,

Był raz sobie człowieczek, niewielki absolutnie,
Który wszystko wiedział. I wszystko bałamutnie.
Zawsze robił na odwrót, niźli jego rodacy:
Leżał w łóżku, gdy inni dawno byli już w pracy,
Gdy odważni walczyli, on się krył pod pierzyną
I zadawał się z kotem zamiast z jakąś dziewczyną.
No i wybrał się z bratem aż na księżyc z motyką,
By się zająć złodziejstwem. Zwanym dziś polityką.
Chyba mu się udało, choć używa drabiny,
By zza muru, zza kraty, zza żelaznej kurtyny
Narzucać narodowi zachcianki psychopaty,
Które ludzkość ma spełniać. Bez względu na straty.
Jego wizje nie znają żadnych niemożliwości,
Bo dowodem być mają niewątpliwej wielkości:
Wodza, króla, cesarza oraz zbawcy narodu,
Którym bardzo chce zostać. Niezależnie od smrodu,
Który ciągnie się za nim, przed nim i od góry,
Bo dziś już nie pomagają kraty, płoty i mury,
Bowiem kiedy się pławił w uwielbieniu narodu,
Świat na niego nie czekał i pobiegł do przodu.
Dzisiaj każdy komentarz, a nawet pierdnięcie
Jest natychmiast słyszane. Również na okręcie
Na środku oceanu, czy na stacji w kosmosie.
A mimo to, gra rodakom od dawna na nosie.
Zanim ktoś mnie tu wrogiem ojczyzny obwoła
Przyznam, że ogromna jest w tym rola kościoła,
Który twierdzi, że przez Boga jest nam przekazane,
Że prawo do prawa tylko zbawcy jest dane.
Ustaliwszy w ten sposób, że zawsze ma rację
Przeprowadza uparcie kraju dewastację,
Dobrą zmianą nazwawszy ją, jak zwykle, bałamutnie.
I nikt mu za to raczej niczego nie utnie.
I to nie dlatego, że jest wielki czy możny,
On do niedawna nie był nawet pobożny.
To gdzie leży stanu tego rzeczywista przyczyna,
Że facet, który w żaden sposób wodza nie przypomina,
Wodzi za nos trzydzieści osiem milionów z hakiem
I decyduje kto, gdzie i kiedy może być Polakiem?
Tu stwierdzam, choć ostatnie włosy na karku mi się jeżą,
Że to wszystko dlatego, iż Polacy nie wierzą.
A sprawiło to tysiącletnie o Bogu gadanie,
Że nikt już nigdy nikomu uwierzyć nie jest w stanie.
Z tej niewiary właśnie charakter Polaków wynika,
Że olewamy kościół, partie i każdego urzędnika
I patrzymy nie dalej niż własnego nosa.
Dlatego suwerenna Polska jest głodna i bosa
I ma się w miarę dobrze tylko pod zaborem.
Pod warunkiem, że zaborca nie jest przeorem.

Qba

22.02.2020
sobota

Problem niektórych (niepotrzebnych) kompetencji prezydenta

22 lutego 2020, sobota,

Galopujące zmiany prawa w różnych dziedzinach życia i ciągoty rządzących wcześniej lub później doprowadzą do zmian w konstytucji, tej biedaczki, chamsko gwałconej wielokrotnie. Proponowałbym przy takiej okazji zrewidować ustawę zasadniczą w temacie niektórych przywilejów i zadań prezydenta, w szczególności zlikwidować prawo łaski, ten idiotyczny, anachroniczny i najbardziej kryminogenny przywilej „Głowy Państwa” .

Jestem laikiem w dziedzinie prawa, ale miłośnikiem. Są według mnie bardzo poważne łamania litery i ducha prawa i to w wykonaniu najwyższych dostojników, a dokładnie m. in. wszystkich prezydentów, którym nierozumna hołota – hałastra, jak mówił Miecugow o parlamentarzystach, przyznała monarsze prawo łaski. Śledziłem dyskusje w mediach po ułaskawieniu M. Kamińskiego et consortes i skopiowałem ciekawsze informacje i wypowiedzi oraz zaopatrzyłem je swoimi uwagami, być może udostępnię je przy okazji. Podam też garść informacji ogólnych, dotyczących ułaskawienia przestępców, cytując odpowiednie artykuły z obowiązującego dawniej i dziś w Polsce Kodeksu Postępowania Karnego. Tłumaczenie bezprawnego ułaskawienia przestępców przez prezydenta jest żałosną i cyniczną niegodziwością w ustach człowieka, który teoretycznie liznął trochę nauk prawniczych. Ze wstydu powinien się spalić, gdyby miał tzw. „zdolność honorową”, albo przynajmniej odrobinę godności osobistej. Tylko kretyn uważałby to tłumaczenie „wyręczania” sądów za poważną wypowiedź doktora prawa. Nawet student pierwszego roku prawa nie powiedziałby takich głupot.

W Polsce obecnie prawem łaski dysponuje prezydent na podstawie art. 139 Konstytucji.

W 2017 Sąd Najwyższy orzekł, że prawo łaski jako uprawnienie Prezydenta może być stosowane wyłącznie wobec osób, których winę stwierdzono prawomocnym wyrokiem sądu, a jego zastosowanie przed datą prawomocności wyroku nie wywołuje skutków procesowych.

Jeśli o mnie chodzi, to Sąd Najwyższy nie musiał się trudzić tą sprawą, bo wystarczy przeczytać fragment KPK, dotyczący ułaskawienia skazanych prawomocnym orzeczeniem. Dawno temu uczono mnie czytać polskie teksty ze zrozumieniem, to wystarczyło. Analfabetom i ćwierćinteligentom w rządzie i jego otoczeniu Sąd Najwyższy chciał ułatwić zrozumienie bardzo prostego tekstu.. Prezydent go jednak nie zrozumiał, albo – co gorsze – zrozumiał, ale złamał prawo świadomie, bo czuje się tak wielki, że wystaje głową ponad prawo. Istnieje jednak możliwość ucięcia mu niżej osadzonych organów – o tym pewnie zapomniał!

Z literatury wiem, że monarchowie mieli prawo łaski. Na czym ono polegało? Jeśli obywatel złamał prawo i został skazany na śmierć, ale czyn miał znamiona szlachetności (np. chciał zabić tyrana) , to łaskawy monarcha mógł zmienić karę np. na wygnanie lub inną karę, bo śmierć jest zjawiskiem nieodwracalnym, a pozostałe kary na ogół nie, choć bywały wyjątki – np. ucięcie rąk za złodziejstwo.

Ludzie nieco wykształceni mogą znać fragmenty literatury światowej, np. urywki dzieł Schillera i Goethego – to jak w Polsce Słowacki i Mickiewicz.

Jedna ze sławnych ballad Schillera (Die Bürgschaft) opisuje sytuację, gdy szlachetny człowiek, patriota, chciał zabić ich „niby-prezesa” – tyrana, ale niestety mu się to nie udało, bo go przyłapano z nożem w kieszeni. Za przestępstwo usiłowania zabójstwa według prawa dyktatora słusznie należała mu się czapa.

Przejdę od razu do ułaskawienia, zainteresowani mogą śledzić sprawę u dr Gugla, tzn. sprawę zmiany poglądów tyrana. Dalsze postępowanie przestępcy dało tyranowi asumpt do ułaskawienia, a nawet do przyjaźni ze zbrodniarzem. Taki efekt widzę również teraz w stosunkach – ułaskawiony i „monarcha” (przyjaźń i to nie szorstka). Taka motywacja w oparciu o dalsze zachowanie po wyroku też jest w KPK w naszym kraju, niezbyt demokratycznym, i może dotyczyć pana K., może przeprosił prezesa za nieudaczne działanie przestępcze w interesie PiSu?

Nie mamy w Polsce monarchii, tylko pełzającą dyktaturę – tzw. „dobrą zmianę”, analogiczną sytuację jak w Niemczech w latach 30-tych, ale już wcześniej niepotrzebnie postanowiono wyposażyć – proszę się nie śmiać – „Głowę Państwa” – w to monarsze prawo.

Przypominam:

W Polsce prawem łaski dysponuje prezydent na podstawie art. 139 Konstytucji.

Jak ono bywa zastosowane w sytuacji, gdy nie ma już nieodwracalnej kary śmierci, a nawet rąk się już nie ucina złodziejom? Byłoby zresztą w Polsce za dużo osób niepełnosprawnych – bez rąk.

Taki przykład: Był sobie złodziej, który okradł fundusz dla osób niepełnosprawnych. Niestety nie ma już kary śmierci, więc więzienie. Zięć prezydenta potrzebował wspólnika do szemranych interesów, a ten złodziej znał fach, ale jako skazany przestępca był nieprzydatny potencjalnemu wspólnikowi, więc prezydent ułaskawił go dla zięcia – hańba!!!

Współdziałanie wspólników w musiało być owocne przy tak uczciwych przedsiębiorcach w stylu jednego z nich, bo zięć też wpadł w konflikt z prawem i aktualnie jest w areszcie wydobywczym. Honor prezydenta ratuje fakt, że zięć to nie rodzina, a poza tym już przestał być zięciem.

W normalnej sytuacji prerogatywa prezydenta podlegała jeszcze innym warunkom:

Warunkiem rozpatrzenia przez prezydenta prośby o ułaskawienie jest poparcie jej przez sąd lub prokuratora generalnego(chyba że za skazanym specjalnie wstawia się sam prezydent).

I tu jest pies pogrzebany, w tym słóweczku „lub”, które wszystko zmienia! Ustawodawca zakładał – pewnie słusznie, że prezydent i prokurator generalny są (taki mały żarcik!) ludźmi uczciwymi – wprost krystalicznymi i koleżków nie ułaskawią bez opinii sądu. Mogę w ciemno założyć, że obaj działali rączka w rączkę razem, bo prezes oczekiwał efektów, więc ekspres zadziałał.

Normalna procedura ułaskawienia wydaje się być sensowna. Jej etapy, to złożenie wniosku do Sądu I Instancji, który wydał wyrok. Jeśli uprawomocnienie nastąpiło brakiem apelacji, sąd opiniuje wniosek i dostarcza prokuratorowi generalnemu, ten aktami zawraca głowę „Głowie Państwa”, która albo zatwierdza, albo odrzuca wniosek. Zazwyczaj skazany jest niezadowolony z wyroku i składa apelację. Sąd Sądowi przekazuje akta z opinią. Jeśli ta jest negatywna, wniosek ląduje w koszu, jeśli pozytywna Sąd Apelacyjny też opiniuje i akta via prokurator generalny dochodzą do prezydenta. Jeśli obie opinie są negatywne, pęcznieje kosz w kancelarii prezydenta, jeśli jedna jest pozytywna „Głowa” myśli i decyduje. Obostrzenia przy rozpatrywaniu wniosku przez oba sądy są tak mocne, że korupcja jest praktycznie niemożliwa. Wstawienie do tej procedury możliwości unikania sądów rodzi szanse na przekręty różnego rodzaju, właśnie takie jak widzieliśmy – ułaskawienie umiłowanych przez obu panów zbrodniarzy.

KPK jest napisany dla sądownictwa w dowolnych warunkach systemowych i mogłoby się zdarzyć, że obaj wymienieni „słudzy narodu” są zwyczajnymi draniami, wtedy co się może dziać? Należy koniecznie uniemożliwić robienie takich kantów jak ułaskawienie w/w przestępców i podobnych, potrzebnych innym politykom.

Tu uwaga:

Ten artykuł KPK pozwala prezydentowi rozpatrzyć wniosek bez opinii sądów – przecież „głowa państwa” jest z założenia tak mądra, ze nie potrzebuje cudzych opinii, jej geniusz i niezawodna intuicja wystarczają. Pomijam tu ewentualne naciski zainteresowanych ułaskawieniem osób! Wygląda na to, że prezydent może działać bez łamania prawa, stosując ten wybieg z KPK dla wybranego przestępcy. Nie mógł tego jednak uczynić legalnie z Kamińskim z powodu braku uprawomocnienia wyroku, a tak długo prezydent nie chciał czekać, więc popełnił przestępstwo.

Mam pewną koncepcję przemianowania „reformy” sądownictwa na „zamach kiepsko wykształconych magistrów prawa”: Ziobro, KaKaO i jako wisienka na torcie Julia P., prawdopodobnie najgorszy sędzia z tych 10000 kolegów i koleżanek „Kasty”. Dlaczego tak sądzę? Przeczytałem o osiągnięciach zawodowych pani sędzi. Dwa wpisy do akt z naganą za brak profesjonalizmu w prowadzeniu rozpraw i bezprawne orzekania. Czy ma konkurenta w tak negatywnej ocenie może powiedzieć Justitia, ma pewnie dane. Uważam, że nawet kradzież części do wiertarki jest mniejszym złem, niż krzywdzenie ludzi nieodpowiednimi wyrokami. Wybór tej pani mgr mimo takiej opinii był celowy, będzie posłuszna. Na to jeszcze dołożyła umiejętności kulinarne zdaniem prezesa i sprawa załatwiona – działa tak jak w sądzie uprzednio, nieprofesjonalnie, ale zgodnie z linią partii. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek przeczytałem konstytucję, ale doszły mnie wieści, że tam lub w ustawie są określone wymagania wobec kandydatów na sędziów TK. Jestem przekonany, ze ich nie spełnia z takim dorobkiem (negatywnym) jak wynika z Wikipedii.

Zupełnie inaczej wygląda sprawa nowych sędziów TK – działanie prokuratorskie, nagrodzone przez komunę w stanie wojennym. jest rękojmią dobrego sądzenia w najważniejszych sprawach dla narodu, a bogate doświadczenie pani P. w sądzeniu także. Przecież odsądzała od czci i wiary systematycznie, wszystkich adwersarzy, wszędzie tam gdzie działała. Poza tym bardzo szanowała konstytucję, przerwała nawet na chwilę konsumpcję sałatki i płakała wtedy, gdy głosowała za ustawą, niezgodną z konstytucją. Może jednak naiwnie źle zrozumiałem przyczynę pojawienia się łez, może nie były to resztki sumienia a cebulka z sałatki?

Wracam do sprawy ulaskawień.

Mimo starań grupy „magistrów” ułatwienia prezydentowi Dudzie ułaskawienie przestępców poprzez kosmetyczne zmiany w KPK, złamał on prawo, bo ci nieudacznicy mini-kasty magistrów nie zauważyli innej przeszkody, której nie dało się zresztą rozsądnie ominąć, to maleńkie słowo „po”, które w chronologii procedur karnych odgrywa zasadniczą rolę – najpierw uprawomocnienie wyroku, potem inne możliwości. Znany doktor prawa też tego nie zrozumiał. Dziwnym trafem ci głupi profesorowie z dużym dorobkiem nie przegapili tego małego słówka (pewien znany mi laik też nie). Poza tym gonił czas – trzeba było wypróbowanych przestępców uczynić ważnymi urzędnikami państwowymi : „Also sprach Zaratustra…”!. Dla mnie to odpowiednik – „Roma locuta, causa finita”! Ostatnio się mówi – „i kropka”!

Poza tym mam pewne pytanie. Ułaskawienie polega na zmniejszeniu lub darowaniu kary, ale taki ułaskawiony nie jest dziewicą przed Bogiem, to nie zatarcie kary! Jeśli komuś daruję karę za występek, to jednak nie będzie moim przyjacielem i nie zapomnę mu tego świństwa, które popełnił. Nie powierzyłbym takiemu beneficjantowi łaski poważnego urzędu, nawet dojenia… i tu mam rozterkę, czy pisać „krów” czy „ojczyzny”? Co na to prawo? Od rozstrzygania takich wątpliwości są odpowiednie sądy, m. in. Najwyższy.

Czy prezydent mógł legalnie ułaskawić Kamińskiego? Nie miał prawa!!! Z czego to wnoszę?

Przeczytałem odpowiednie fragmenty KPK i je zrozumiałem, nie potrzebowałem do tak prostego tekstu interpretacji Sądu Najwyższego!

Nie wiem, czy pan prezydent chodził się opalać podczas zajęć z prawa na UJ , czy też był zbyt mało rozgarnięty, aby zrozumieć zawiłości Kodeksu Postępowania Karnego, ale miał przecież ludzi światłych w swej kancelarii, mógł ich zapytać przed łamaniem prawa. Widać nie umiał przeczytać i zrozumieć odpowiednich fragmentów KPK, dotyczących ułaskawienia. Ja jestem laikiem, ale zrozumiałem bez problemów, jak wygląda sprawa. Ta sprawa jest omawiana szczegółowo w Dziale XII KPK – zatytułowanym „Postępowaniepouprawomocnieniu orzeczenia”!!! Zwracam uwagę na wyraz „po”, bardzo ważny!

Układ artykułów w KPK jest logiczny i chronologiczny jeśli chodzi o procedury sądowe. Najpierw jest akt oskarżenia, potem rozprawa, którą wieńczy wyrok, potem albo uprawomocnienie lub apelacja i nowy wyrok, a dopiero po jego uprawomocnieniu możliwości dalsze, m. in. ułaskawienie, kasacja i w dalekiej przyszłości zatarcie kary. O takiej kolejności wiedzą na pewno nawet marni studenci prawa, ale doktorzy już tego nie rozumieją, a szkoda!

Dział XII Postępowanie po uprawomocnieniu się orzeczenia

Rozdział 59 – dotyczy „ułaskawienia” – w artykułach od 560 do 568.

Pan prezydent tak dokładnie zapomniał o najprostszych sprawach prawnych, że uznał wyrok I instancji za prawomocny. Nawet sam pan Kamiński na początku wyraził żal do prezydenta, że mu uniemożliwił oczyszczenie z zarzutów w sądzie II Instancji (czego był pewny i bardzo tego pragnął) – czyli przed uprawomocnieniem orzeczenia! Wyrok pierwszej instancji byłby prawomocny, gdyby pan K. nie złożył apelacji od wyroku, a on ją złożył! Był nieroztropny, mógł się nie odwoływać, a tak zmusił prezydenta do przestępstwa.

Moje uwagi i wniosek końcowy:

Wiem, że rządzenie tak dużym krajem z pozycji fotela prezydenta jest trudne i żmudne, wymaga od prezydenta wiele czasu, a musi jeszcze dodatkowo pilnować żyrandole w pałacu. Kiedy ten biedak może do tego jeszcze uważnie czytać uzasadnienia wniosków o ułaskawienie? Nie da rady przy w/w „przerobie” kilka tysięcy w czasie kadencji, więc ktoś usłużny podsuwa mu gotowce, które podpisuje – w tym ma wprawę! Brak rozsądnej kontroli tej procedury jest chyba najbardziej kryminogennym przepisem prawnym w tzw. wolnej Polsce. Jest rzeczą normalną, ludzką, że ułaskawiony przestępca pała nieodpartą chęcią odwdzięczenia się wybawcy, bezpośrednio lub przez pośredników, którym się głęboka wdzięczność też należy – choćby za podsuwanie właściwego aktu do podpisu. Taka sytuacja aż prosi o nadużycia i cudowny wzrost fortun przy blisko 10000 wdzięcznych osób, raczej nie biednych. Niewykluczone są też zachęty dla pośredników przed ułaskawieniem. Ewentualne dowody „wdzięczności” niezwykle trudno wykazać, szczególnie wtedy, gdy osoba odpowiedzialna za walkę z korupcją sama jest osobą ułaskawioną – kozioł ogrodnikiem?

Samo podejrzenie o normalne, ludzkie zachowania urzędników, poddanych presji możliwości popełnienia przestępstw powinno skutkować przerwaniem tej niezdrowej sytuacji – stosowanie prawa łaski przez osobę, która nie ma na pewno pojęcia, co podpisuje – oczywiście oprócz wniosków kilku osób jej dobrze znanych – np. „przyszły wspólnik” zięcia osoby, która stosuje to prawo, albo skarbnik partii, z której wywodzi się prezydent..

Taka drobna zmiana nie wyklucza starania się skazanych o łaskę. Prawo łaski mogłyby mieć sądy, a procedura jest już teraz taka przy rozpatrywaniu wniosków, że korupcja jest niemożliwa lub niezwykle utrudniona. Tak czy tak procedura ułaskawienia zaczyna się wnioskiem, złożonym wyłącznie do sądu pierwszej instancji i tam tez powinna być zakończona. Jest bowiem wymóg, aby sprawę wniosku rozpatrywał sąd w tym samym składzie jak wtedy, gdy wydał wyrok skazujący. Podobno należy nawet zatrudnić tych samych ławników, jeśli to możliwe. Nie wyobrażam sobie korupcji na taką skalę, trzeba być chyba multimiliarderem, a taki unika skazania swoimi sposobami i nie potrzebuje niczyjej łaski.

Natomiast podczas procedury laski u przepracowanego innymi sprawami prezydenta, podejrzenie o przekręt jest normą i nie do wykazania poza bardzo głębokim kopaniu w życiorysach pracowników kancelarii prezydenta. Kto mógłby to robić? Ułaskawiony przestępca innym przestępcom? Wolne żarty!

Można się przyjrzeć armii ułaskawionych przestępców przez kilku prezydentów (ponad 10000 wniosków do głębokiej analizy) i pomyśleć nieco! To są kpiny z sądownictwa i kompletny brak zaufania do organów sprawiedliwości. Z tych tysięcy przypadków ułaskawień znam tylko jeden usprawiedliwiony, gdy prezydent ułaskawił rodzinę, która zlikwidowała bandziora, z którym ani policja ani prokuratura sobie nie poradziły. Za to znam kilka przypadków wołających o pomstę do nieba (na prezydenta) za niesłuszne ułaskawienie oprychów.

Nie chcę przedłużać tekstu, więc nie przedstawiam danych, ale mogę je umieścić w komentarzu.

Antonius

15.02.2020
sobota

Biskupi

Biskup Szkodoń: wzorcowa mapa katolickiej przemocy

15 lutego 2020, sobota,

„Gazeta Wyborcza” donosi:

Kraków w szoku po publikacji „Dużego Formatu” w sprawie biskupa Szkodonia.

„GW” tak zażartowała sobie z tego szoku w Krakowie. Kraków sobie jeszcze mocniej zażartował. Nie po to jest Krakowem, nie po to więcej w nim kościołów niż mrówek i nie po to jest stolicą Świętego Ojca Świętego oraz Kaczyńskiego w wawelskiej krypcie, żeby się szokować. Jest jak zawsze z katolikiem: dobrze.

Czytaj całość »

7.02.2020
piątek

Omar Chajjam, uczony, matematyk, filozof, poeta

7 lutego 2020, piątek,

Abu Hafiz Hakim Ghias-ud-Din Abol Fat’h Omar ibn Ibrahim Al-Chajjami Niszapuri, powszechnie zwany Omar Chajjam, urodził się w mieście Niszapur, stolicy prowincji Chorasan, w roku 1048, spędził tam część życia i tam zmarł w 1131 r. Obie daty są dosyć niepewne. Poza ogólnikowymi wzmiankami w starych księgach, brak jest wiarygodnych szczegółów jego biografii czy informacji na temat jego charakteru, czy wyglądu.

Niszapur, jedno z najstarszych miast Iranu, został założony przez Aleksandra Macedońskiego w 330 roku PNE, potem przebudowany przez sasanidzkiego szacha Szapura I w 3 wieku NE. Dogodnie położony na szlaku handlowym ok. 600 km na wschód od dzisiejszego Teheranu, Niszapur był kwitnącym ośrodkiem handlu i nauki, rywalizującym z egipskim Kairem. Mógł się pochwalić 12 szkołami wyższymi, wyposażonymi w zasobne biblioteki, i był centrum perskiej kultury, literatury i nauki, w czasach gdy Europa pogrążona była w mrokach Średniowiecza. Przyciągnął licznych wybitnych uczonych – matematyków, historyków, geografów, filozofów, poetów i teologów.

Ta era świetności skończyła się gdy w połowie 12 wieku nastał czas konfliktów religijnych, zakończony inwazją Mongołów (Tatarów), która obróciła miasto w ruinę. Nigdy już nie odzyskało dawnej świetności. Chajjam miał jednak szczęście. Urodził się i żył w czasach, gdy schodzący w swe średniowiecze islam pozwalał jeszcze na swobodny rozwój nauki, filozofii i na dysputy światopoglądowe, a Persja pod rządami sułtanów seldżuckich cieszyła się względnym pokojem i dobrobytem.

Literackie nazwisko Omara – Chajjam (producent namiotów) wywodzi się od zawodu jego rodziny. Ojciec Omara, Ibrahim, był producentem namiotów i markiz używanych przez wojsko. Zapotrzebowanie na te płócienne pawilony było duże i Ibrahimowi bardzo dobrze się powodziło. Podobno Omar pomagał ojcu w prowadzeniu biznesu. Jeśli to prawda było to zapewne w dzieciństwie, zanim został uczonym.

Po ukończeniu nauki w podstawowej madrasie prowadzonej w Balkh (obecnie w Afgaistanie) przez sławnego nauczyciela Szejka Muhamada Mansuri, Chajjam wstąpił do Zgromadzenia Akademickiego(*) Imama Khwadżach‘a Mowaffaq-ud-Din’a Niszapuri, wybitnego sunnickiego doktora teologii i uczonego, gdzie studiował literaturę, retorykę, historię, geografię i medycynę. Idąc za swymi skłonnościami, poświęcił się jednak głównie matematyce, astronomii i filozofii, w których to dziedzinach celował.

Po ukończeniu studiów udał się do Samarkandy, gdzie został asystentem gubernatora i Najwyższego Sędziego, Abu Tahira. Poza pełnieniem swej oficjalnej funkcji prowadził też badania naukowe. To właśnie tam napisał swą wybitną „Rozprawę o Algebrze” (została przetłumaczona na francuski w 1851 r., była entuzjastycznie przyjęta przez matematyków Europy i używana do niedawna jako podręcznik na europejskich uniwersytetach).

Sława, którą przyniosła mu „Rozprawa” sprawiła, że władca Buchary, Szams-al-Malik stał się jego patronem. Później, wybitny Wielki Wezyr (Pierwszy Minister) rządzącego z Isfahanu seldżuckiego władcy Persji Malik Szacha, Nizam-al-Malik, zaproponował mu stanowisko ministra w swym rządzie, ale Chajjam odmówił, twierdząc, że chce tylko spokojnego kąta, gdzie mógłby kontynuować swe badania naukowe. Mimo tej niechęci do polityki Chajjam został jednak tytularnym doradcą Malik Szacha, który postawił go na czele zespołu pracującego nad badaniami astronomicznymi i reformą kalendarza. Po czterech latach pracy Chajjam wydał kompilację „Astronomiczne tabele Malik Szacha” i projekt kalendarza „Dżalali”, który zaczął obowiązywać w Iranie od 15-go Marca 1079, został zreformowany w 1925 r. i jest używany tam do dzisiaj (obok islamskiego i gregoriańskiego). Kalendarz, oparty na obliczeniach ekstrapolujących czas na 70 tys. lat do przodu, był dokładniejszy od gregoriańskiego, wprowadzonego w Europie 500 lat później. Po zamordowaniu protektora uczonego, wezyra Nizama al-Malik przez Assasinów i śmierci wkrótce potem samego sułtana, Chajjam wypadł z łask, wyschły finanse na obserwatorium astronomiczne gdzie pracował i na dalsze badania nad kalendarzem, znalazł się na celowniku islamskich ortodoksów, ale udało mu się zachować pozycję na dworze, dzięki demonstracyjnej pielgrzymce do Mekki. Pod koniec życia mieszkał przez jakiś czas w mieście Merv (dziś w Turkmenistanie) gdzie napisał kilka rozpraw o matematyce i geometrii.

Tradycja utrzymuje, iż Chajjam wiedział, że Wszechświat nie krąży wokół Ziemi, jak twierdził paradygmat ptolomejski, ale że to Ziemia krąży wokół Słońca, co potrafił podobno udowodnić przy użyciu map gwiezdnych, podświetlonych świecami na ścianach okrągłego pomieszczenia, i obrotowej platformy pośrodku, naśladując ruch konstelacji na nieboskłonie. Jeśli to prawda, to był prekursorem holoconetryzmu 400 lat przed Kopernikiem.

Chajjam zyskał też sławę wyśmienitego lekarza i humanisty. Charakteryzowała go nienasycona dociekliwość intelektu i zdolność pamiętania wszystkiego, co kiedykolwiek przeczytał. Dzięki temu zyskał sławę najwybitniejszego uczonego swej epoki.

Niewiele pism zachowało się z jego dorobku, może po prostu nie pisał wiele, a może jego dzieła nie przetrwały 800 lat burzliwej historii, ale to co zostało ma sporą wagę i w dziedzinie nauki i poezji. Najwybitniejsze prace, z dziedziny geometrii i algebry, były wielkim krokiem naprzód, dotarły, często we fragmentach, do Europy, gdzie przyczyniły się do rozwoju zachodniej matematyki.

Jest ironią losu, że ze wszystkiego co stworzył, najbardziej znane są jego Rubajjaty (Ruba’iyat – liczba mnoga od Ruba’i, czterowiersz), których nie traktował zbyt poważnie. Zawarł w nich swe poglądy na życie, religię, prawdę, cel stworzenia, los, śmierć, wolną wolę. Mimo, że urodził się w epoce zdominowanej przez ortodoksyjną religię, w społeczeństwie coraz mniej tolerancyjnym wobec odszczepieńców, Chajjam nie był zbyt religijny, w wielu czterowierszach krytykował dogmę i ortodoksję, ale na pewno nie był hedonistycznym ateistą, o co oskarżali go jego religijni krytycy. Wydawał się występować nie przeciw wierze, ale raczej przeciw zorganizowanej religii i jej sprzecznym z nauką dogmatom, odrzucał predestynację i zmartwychwstanie. Wierzył, jak się zdaje, w wyrozumiałego i dobrotliwego stwórcę, nie mieszającego się jednak do tego co się na Ziemi dzieje, choć równocześnie miał problemy z pogodzeniem tej dobrotliwości z teodycją – powszechnym w świecie złem i cierpieniem. Jak na 11/12 wiek były to bardzo oświecone poglądy.

Za ich głoszenie Chajjam popadł kilkakrotnie w kłopoty z autorytetami religijnymi i musiał się tłumaczyć, uniknął jednak losu gotowanego heretykom i niedowiarkom przez islam w późniejszych, mniej tolerancyjnych czasach. Jego Ruba’iaty, potępiane jako bluźniercze przez muzułmańskich teologów, zostały zepchnięte w niepamięć na 700 lat.

W 1856 roku rękopis zawierający 158 wierszy został przypadkowo znaleziony wśród orientalnych rękopisów w Bibliotece Bodleiańskiej w Oksfordzie. Ruba’iyaty dostały się w ręce Edwarda FitzGerald’a, poety, historyka i początkującego orientalisty, któremu tak się spodobały, że przetłumaczył je na na angielski. Od tego czasu cieszą się niezmienną popularnością, zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i są jedną z najbardziej popularnych publikacji po Biblii i sztukach Szekspira.

FitzGerald był niezłym poetą, ale o wiele gorszym orientalistą, miał duże kłopoty ze zrozumieniem perskiego oryginału i jego tłumaczenie często wypacza, lub przekręca wersety Chajjama. Nowsze tłumaczenia na j. angielski – np Ahmad’a Saidi, są o wiele wierniejsze, choć może mniej poetyckie. Tak czy inaczej, Ruba’iat to fascynująca poezja dla każdego zainteresowanego mądrościami Wschodu.

Chajjam stał się dzięki nim najbardziej znanym na Zachodzie i w świecie perskim poetą i uczonym. Ta popularność przywróciła jego sławę w Iranie, gdzie, po wiekach zapomnienia, dołączył do Ferdausiego i Hafiza w panteonie perskiej poezji. W Niszapur wystawiono mu w 1963 roku piękne symboliczne mauzoleum, które – jak groby innych perskich poetów – jest co roku, w marcu, celem pielgrzymek i miejscem obchodów perskiego Nowego Roku (Noo Ruz).

(*) Średniowieczne islamskie szkoły wyższe były często gronami uczniów/studentów skupionych wokół wybitnego i znanego uczonego, któremu płacili za lekcje/wykłady, itp.

The sphere upon which mortals come and go,

Has no end nor beginning that we know;

And none there is to tell us in plain truth;

Whence do we come and whither do we go.

In tmeple, church and mosque – whate’er the creed –

Are those of Hell in fear, of Heav’n in need;

But he who knows the mysteries divine,

Within his heart would never sow such seed.

Powyższe to Ruba’iyat 75 i 147 w angielskim tłumaczeniu Ahmad’a Saidi, https://www.bookdepository.com/Rubaiyat-Omar-Khayyam/9780895818980

Polskie przekłady to:

https://www.legimi.pl/ebook-rubajjaty-chajjama-w-przekladach-andrzeja-gawronskiego-andrzeja-sarwy-i-antoniego-lange-omar-chajjam,b121754.html

Herstoryk