Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

28.09.2019
sobota

Jan Kobuszewski. Humor w genach

28 września 2019, sobota,

Zmarł Jan Kobuszewski. Miał 85 lat. Mało. Śmierć boli. Pan Jan, pan Janek, dostarczył mi ogromnej radości swoim aktorstwem i pojęcia o nieskończoności.

Na jego aktorskiej postaci – do spółki z grupą innych fenomenów aktorstwa podobnego rodzaju: Wojciechem Pokorą, Piotrem Fronczewskim („pan Piotruś”), „Siostrami Sisters”: Krystyną Sienkiewicz i Barbarą Wrzesińską; Wiesławem Gołasem (Wiesiu, Wiesiu, jak Wiesiu?!), Wiesławem Michnikowskim, Markiem Kondratem, Januszem Gajosem czy Stanisławem Tymem – dowiadywałem się, co to znaczy humor, absurd, poczucie abstraktu, czyste szczęście realizowanej fantazji; nienazywalnej poetyczności, lekkości i lotności. Więc wysokiej sztuki i dziecięco beztroskiej zabawy. Swoistego kodu, którym można się było porozumiewać w gronie rówieśników, licealnych fantastów, marzycieli, pięknych umysłów, twórców własnego życia i może współtwórców kilku innych.

W te aktorskie figle Jana Kobuszewskiego zaplątana była przez dekady Olga Lipińska, której swego czasu wyznałem na blogu miłość, podobnie jak Monice Płatek. Czynię to samo, może spóźniony, ale może nie – to rzecz wieczna – pod adresem pana Janka: kocham pana, panie Janku!

Mówiąc te słowa, zdaję sobie sprawę, że to dalece nie koniec mojej listy kochania. Do wymienionych dodam i „Dudka”, i Starszych Panów i więcej. I tam też jest Jan Kobuszewski. To wielka przestrzeń urody, piękna, sztuki i w sumie życia. Jasne twarze w niekoniecznie prostych czasach.

Nieraz słyszałem opinie, że Jan Kobuszewski nie był dość wykorzystany jako aktor. Ale podobne opinie są i o innych. A przecież występował intensywnie w teatrze, w telewizji, był w kinie i radiu. To racja – na takie postaci, na takie talenty to zawsze zbyt mało.

Zbyt się czuję poruszony, by więcej mówić o panu Janku, zresztą istota tego co tworzył jest nienazywalna. A może nazywalna tylko na wewnętrzny użytek. Może uda się to nazwać zbiorowym wysiłkiem.

Mam jasne poczucie, że jestem z pokolenia uprzywilejowanego: właśnie tacy aktorzy, właśnie tacy reżyserzy i inni twórcy w takim właśnie czasie stworzyli coś, co jest nie do powtórzenia. Była taka telewizja. Nazywała się Telewizja Polska. Miała jakąś misję. Na niej się chowałem i ogromną część tego dobrego w niej zobaczyłem. To była telewizja cywilizacyjna. Szansa dla milionów.

Nie ma już TVP. Nijak się do tego mają współczesne „kabarety” i inne produkcje. Stawiam też na to, że w związku z tym taką mamy za oknem rzeczywistość, a nie całkiem inną.

Panie Janku, kocham i dziękuję! In vino veritas! Albo gdzieś jeszcze. Pan Jan: wódka pita w miarę nie zaszkodzi nawet w największych ilościach.

Tanaka

„Humor w genach” to tytuł książki Hanny Zborowskiej z Kobuszewskich, siostry Jana Kobuszewskiego.
Zdjęcie: Wikipedia.

22.09.2019
niedziela

Mimozami jesień się zaczyna….

22 września 2019, niedziela,

Ilekroć robię zdjęcia pierwszych pojawiających się we wrześniu mimoz*, przypominają mi się mimowolnie słowa wiersza Wspomnienie, mego ulubionego poety Juliana Tuwima i melodia piosenki Czesława Niemena, który również zachwycił się tymi strofami.
Więc teraz, kiedy znów kwitną mimozy, pomyślałam, że warto chociaż na chwilę zatrzymać się przy pięknych jesiennych strofach, muzycznych dźwiękach i barwach jesieni – zanim zbliżające się niezmiernie ważne wydarzenia krajowe na dobre przyciągną naszą pełną uwagę. Niech chociaż na krótko zapanuje na blogu kolorowe piękno, na przekór czarno- szarym barwom polskiej rzeczywistości.

Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
Która do mnie na ulicę wychodziła.

Od twoich listów pachniało w sieni,
Gdym wracał zdyszany ze szkoły,
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły.

Mimozami zwiędłość przypomina
Nieśmiertelnik żółty – październik,
To ty, to ty, moja jedyna,
Przychodziłaś wieczorem do cukierni.

Z przemodlenia, z przeomdlenia, senny,
W parku płakałem szeptanymi słowy,
Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny,
Od mimozy złotej – majowy.

Ach, czułymi, przemiłymi snami
Zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką.

Wspomnienie – Czesław Niemen.

Równie piękne są wersy Tuwima o jesiennych porankach…

Tylko te chłodne, pogodne,
Przewiewne ranki jesienne,
(Liliowe astry jesienne),
Senne, łagodne,
Gdy w miłym, szarym niebie
Wzrok rozczulony tonie:
Te ranki, te są dla Ciebie.
Byś w miękko wysłanym pokoju
Z liściasto-ptasią tapetą,
Bladobłękitna,
W tym właśnie dzisiejszym stroju,
Przez okno patrzała spokojnie
Na miłe niebo jesienne,
A na stoliku w wazonie
Niech będą astry liliowe,
Liliowe astry jesienne.

O jesiennej zadumie nastrojowo napisał Jerzy Harasymowicz, a Elżbieta Adamiak skomponowała do tych wersów muzykę i wykonała razem z Magdą Umer.

Nic nie mam
Zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem
Nawet nie wiem
Jak tam sprawy z lasem,
Rano wstaję, poemat chwalę
Biorę się za słowa, jak za chleb
Rzeczywiście, tak jak księżyc
Ludzie znają mnie tylko z jednej
Jesiennej strony
Nic nie mam
Tylko z daszkiem nieba zamyślony kaszkiet
Nie zważam
Na mody byle jakie
Piszę wyłącznie, piszę wyłącznie
Uczuć starym drapakiem
Rzeczywiście tak jak księżyc
Ludzie znają mnie tylko z jednej
Jesiennej strony

Jesienna zaduma – Elżbiera Adamiak, Magda Umer

W podobnym klimacie Magda Umer śpiewała kiedyś Koncert jesienny – jedna z piosenek, której barwy nie spłowiały z upływem czasu.
To zasługa zarówno tekstu i muzyki, jak samego wykonania.

„….Pnie drzew pokryły się dawno mchem
Wiatr rozwiał jeszcze jeden dzień
A na ścierniskach pozapalały się ogniska
W oddali snuje się
Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
W ogrodzie zasnął pod gruszą chochoł
I śni o pięknej dziewczynie
A Strach na wróble przydrożne wierzby liczy
Tańcząc na miedzy w objęciach polnej myszy….”

Koncert jesienny – Magda Umer

Nie zestarzała się również urocza Jesienna dziewczyna Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego.Po wielu latach zaśpiewal ją Grzegorz Turnau i wniósł swoją interpretacją coś szczególnego, własnego, nie zatracając charakteru utworu Starszych Panów.

Z tej drogi, którą przeszło
za wiosną swoją lato —
już nie patrz na swą, przeszłość,
na przyszłość spojrzyj za to.
Ze wzrokiem na zakręcie,
za którym jest już jesień,
wciąż czekaj nieugięcie,
aż ona ci przyniesie…
Jesienną Dziewczynę,
odmienną niż inne —
dziewczynę z chryzantemami,
z chryzantemami.
Dziewczynę Jesienną
dziewczynę bezcenną
i nie zamienną już na nic,
już na nic.

Mężczyzna jesienny – Magda Umer

Jeśli już o jesieni – to nie może zabraknąć czarodziejki słowa i nastroju – Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej.Napisała na ten temat kilka wierszy, ale ja wybrałam jej niezwykłej urody tekst prozą Liście jesienne.

Liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy.
Wyglądają jak rozsypane róże wszelkich barw.
W stawie drżą złote plamy. Rząd drzew odbija się w nim różnie: wierzba – mgłą siwą, czerwona leszczyna – skrzydłem motyla, topole – ciemnymi kolumnami.
Skośne marmurowe schody, prowadzące ku wodzie, odbijają się w gląb i w przeciwną stronę niż prowadzą, tworząc klin.
Zadarte liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane.
Wysoko przelatujące samoloty suną przez głębinę jak czarne płotki, małą gromadą.
Woda żyje, drzewa budzą się dzisiaj.
Wieje bowiem wiatr, który różni się od innych jak chuchnięcie od dmuchnięcia.
Z głębi piersi natury płynie to serdeczne chuchanie: wiatr halny.
Kto jeszcze nie wypowiedział swojej miłości, zdradzi się z nią w taki dzień.
Oto jest niekalendarzowy powrót wiosny.
Wiosna – kaprys, wiosna – łaska.
Możemy się jej wszędzie i zawsze spodziewać, tej Wiosny Niezależnej,
zarówno w zimie, jak i w setnym choćby roku życia.

O malowniczej górskiej jesieni, która wszystkich czaruje wyjątkowymi barwami napisał piękny tekst piosenki Janusz Kondratowicz, muzykę Piotr Figiel a wykonuje ją z pełną uroku prostotą Jadwiga Strzelecka

„…A w górach już jesień,
Płomienny korowód.
A w górach już jesień,
I spokój na progu.
A w górach już jesień,
Pospieszne odloty.
Pożegnań czas…

A w górach już jesień,
Królestwo niczyje.
A w górach już jesień,
I kruche motyle.
A w górach już jesień,
Śpią w słońcu kałuże.
Świat żyje przez chwilę,
Nie krócej i nie dłużej….”

A w górach już jesień – Jadwiga Strzelecka

Moje jesienne reminiscencje koncentrowały się wokół polskiej poezji i piosenki.
Ale chciałabym sięgnąć również po niezmiernie znany utwór francuskiego kompozytora Josepha Kosmy Les Feuilles Mortes/Autumn Leaves/Zwiędłe liście.

Był wykonywany przez całą plejadę gwiad piosenki, był również tematem niezliczonych improwizacji jazzowych.Spośrod wielu wybrałam dwie interpretacje – Juliette Greco i Milesa Davisa.Łączyła ich w życiu nie tylko muzyka, ale wielka miłość, niestety bez happy endu.
Les Feuilles Mortes – Juliette Greco
Autumn Leaves – Miles Davis
(Przy okazji – na początku września odbyła się premiera długo oczekiwanego pełnometrażowego filmu dokumentalnego o Milesie Davisie. )

Na koniec znów powrócę do poetyckiej piosenki polskiej. Niech o jesieni zaśpiewa swoją piosenkę Dzień w kolorze śliwkowym Leszek Dlugosz – poeta, aktor, kompozytor. Znany i lubiany między innymi z kabretu „Piwnica pod Baranami”.

„Ach, ten dzień w kolorze śliwkowym!
– Berberysu i głogu ma smak…
Stawia drzewom pieczątki
– Żeby było w porządku
Że już pora
Że trzeba iść spać…
A my tak – po kieliszku, po troszeczku
Popijamy calutki ten dzień
– Próbujemy nalewki
Z dzikiej róży, z porzeczki
Żeby sprawdzić – czy zimą
To wypić się da?…
– To się w głowie nie mieści
Że tak szumi szeleści
Tak bliziutko, o krok, prawie tuż
Głębokimi rzekami, pachnącymi szuwarami
Idzie jesień
I prosto w nasz próg…
– Ale co tam! przecież taka jesień złota
Nie jest zła!
– Ale co tam! Przecież taka jesień złota
Niechaj trwa… „

Dzień w kolorze śliwkowym – Leszek Długosz

Ułożyłam na początek jesieni mały, kolorowy bukiet – ale jest jeszcze bardzo wiele jesiennych wierszy, piosenek, obrazów, zdjęć i po prostu wspomnień, więc chciałabym poprosić gości blogu LA , do podzielenia się nimi.
Niech to znów będzie na krótko czas, kiedy dźwięki, słowa i barwy krążą w powietrzu.

basia.n

——-

* Prawdziwa mimoza, to roślina egzotyczna i nie rośnie w Polsce. Mimoza to ludowa czy zwyczajowa nazwa popularnej rośliny, tj. nawłoci. Najczęściej spotykana jest nawłoć kanadyjska i pospolita – ta pierwsza jest bardziej okazała. Roślina ta występuje prawie wszędzie, znana jest pszczelarzom, dla których stanowi jeden z ostatnich w roku, o ile nie ostatni, pożytków pszczelich.

14.09.2019
sobota

Elegia

14 września 2019, sobota,


Epilog

Przynieśli nam go na poduszce i położyli na stole w małej izbie przyjęć. Leżał na boku z ogonem nietypowo podkulonym pod brzuch. Patrzył na nas szeroko otwartymi okrągłymi oczami pełnymi oszołomienia i zdziwienia tym co się z nim dzieje. Połamana tylna łapa owinięta była grubo bandażem z nie pasującymi do okoliczności śmieszkami. Na przedniej bandaż podtrzymywał igłę do kroplówki dożylnej. Weterynarka zostawiła nas samych, prosząc by zadzwonić, gdy będzie czas. Zaczęliśmy go głaskać tak jak lubiał i drapać za uszami. Trochę się ożywił i zaczął rozglądać po pokoju, jak zawsze u weterynarza. Próbował parę razy wstać, kulgając się tylko niezdarnie pod ciężarem opatrunku. Próbował nawet trochę mruczeć. Widząc jak się męczy, nacisnęliśmy przycisk. Lekarka przyszła po chwili. Obiecała, że koniec będzie bardzo szybki i bezbolesny i spytała czy zrobić zastrzyk. Głaszcząc po raz ostatni ciepłe i miękkie jak jedwab futerko, wybąkaliśmy, ze łzami w oczach, przez zaciśnięte gardła, że jesteśmy gotowi. Myśleliśmy, że zaśnie, ale tylko znieruchomiał z otwartymi, zachodzącymi mgłą, wciąż pełnymi zdziwienia i strachu oczami. „Już nie żyje” powiedziała ze współczuciem i wysłała nas z papierami do recepcji.

Prolog

Widywaliśmy go czasami, na płocie, na zbiorniku na deszczówkę, na podjeździe. Na nasz widok zawsze zrywał się do panicznej ucieczki. Cały czarny, bez jednego białego włoska, nieźle wyglądający choć chudy i bez obroży. Chyba to ostatnie właśnie skłoniło nas do kupienia pudełka taniej kociej suchej karmy i wystawienia jej w starym garnku na werandzie, obok garnka z wodą. Karma w nocy znikała, chcieliśmy się jednak upewnić czy nie zjadają jej szczury, które bywają czasami plagą w naszej okolicy. Poprószyliśmy wokół prowizorycznej miski odrobinę mąki, na której następnego ranka znaleźliśmy ślady kocich łapek.

Obłaskawienie

Po paru tygodniach podkarmiania nie uciekał już od nas tak od razu, ale wciąż nie pozwalał się do siebie zbliżyć, mimo wabienia i słodkich słówek. Transformacja dokonała się nagle. T., która jest o wiele bardziej cierpliwa ode mnie, usiadła pewnego dnia na werandowym krzesełku nad pełną miską, łagodnie coś do niego mówiąc i, o dziwo, nagle i niespodziewanie pozwolił się dotknąć i pogłaskać. Odtąd było już z górki, zaczął przychodzić do nas regularnie na śniadania i kolacje. Wciąż jednak nie byliśmy pewni, czy nie należy do kogoś, i czy powinniśmy wabić cudzego kota. Wbrew obowiązującym przepisom nie miał obroży i nie był wykastrowany. Jednak nie wszyscy przecież ludzie są na tyle praworządni by za to płacić.

Adopcja
Któregoś ranka zauważyliśmy, że że kuleje i że trzyma przednią łapę w powietrzu gdy siedzi. Obejrzeliśmy ją starannie, nie zauważyliśmy ani rany ani opuchlizny, ale musiała go boleć. Gdy nazajutrz nie było poprawy, zdecydowaliśmy zawieźć go do weterynarza i zaczęliśmy sprawdzać ogłoszenia sieciowe kocich transporterów z drugiej ręki. Kupiliśmy jeden, dosyć nieduży, taki w jakim woziliśmy poprzedniego kota, któremu w sam raz wystarczał, ale czarnulek walczył jak lew by się z niego wydostać, leżąc na dnie na grzbiecie i próbując wypchnąć łapami kratkowane wieko. Jeszcze jedno sprawdzenie ogłoszeń i kupiliśmy ogromny plastykowy samolotowy transporter na 72 cm długi i odpowiednio wysoki i szeroki. Zwabiliśmy kota chrupkami do środka i dawaj do pobliskiej przychodni dla zwierząt. Po drodze, na szczęście krótkiej, darł się wniebogłosy – „wypuście mnie stąd!!!!!” i posikał się biedny ze stresu. Weterynarka obejrzała łapkę i niczego nie znalazła, przepisała jednak antybiotyk, przy okazji zbadała go i sprawdziła, czy ma wymagany mikroczip. Nie miał, no więc wyszło, że jest jednak niczyim przybłędą. Na pewno był przy tym dobrze obłaskawiony i przyzwyczajony do ludzi. Oceniła go na 5 – 6 lat, był więc w kwiecie wieku. Wróciliśmy z nim do domu, po umówieniu się na następną ew. wizytę, jeśli problem nie ustąpi. Podawanie lekarstwa nie było łatwe – za nic nie pozwalał sobie otworzyć pyszczka, a o wsadzeniu w zębatą paszczę tabletki na palcu nie było mowy. Raczył ją jednak zjadać rozgniecioną na proszek i wymieszaną z porcją mokrej karmy dobrej jakości. Po kilku dniach kuracji ukryta pod futerkiem na palcu infekcja wyszła na wierzch, a on to sobie już sam wyczyścił. Był tak miły i zmyślny, że postanowiliśmy go zaadoptować i zalegalizować, czyli wykastrować, zaczipować i zarejestrować. Dostał też elegancką obróżkę, którą zaakceptował bez protestu, widać kiedyś już coś takiego nosił. Nazwaliśmy go „Kocurski”, choć dosyć szybko skróciło się to do „Kicia” i na to nauczył się reagować, choć to pierwsze pozostało oficjalnym imieniem.

Członek rodziny

Traktował nas z początku jako dostarczycieli pożywienia, ale stopniowo nabrał do nas pełnego zaufania, a wreszcie uznał za członków rodziny. Na werandzie zaczęło przybywać kocich akcesoriów – elegancka miska, szczotka do futerka, specjalny grzebień, pluszowy szczur do zabawy, styropianowa piłeczka.

Lubił swobodę. Wpuszczony do domu z początku sprawdzał i obwąchiwał wszystkie zakamarki i kąty, ale prędzej czy później szedł do drzwi i wracał na dwór. Potem już tylko zaglądał do pralni, gdzie szykowano mu jedzenie. Z czasem ustaliła się codzienna rutyna, mniej lub bardziej przestrzegana przez obie strony. O siódmej rano czekał na wycieraczce na śniadanie, a wpuszczony domu maszerował z zadartym ogonem do sypialni, by przywitać się z leżącą jeszcze w łóżku T. Gdy usłyszał znajomy szelest torby z karmą, przybiegał do pralni gdzie napełniałem jego miseczkę, potem biegł przedemną do drzwi pomiaukując i oglądając się co parę parę kroków, by upewnić się, że jedzenie na pewno jest w drodze. Znikał potem na jakiś czas, by po powrocie zwinąć się do spania w kłębek na kanapie na patio. Często, jeśli nie był bardzo śpiący, wyłaził ze swego legowiska gdy tylko ktoś kręcił się w pobliżu, by sprawdzać co się dzieje, wtykać wszędzie nos, i dopraszać się głaskania. W ciepłe dni, po południu siedział najczęściej przycupnięty w paśmie roślin przed oknem jadalni, schowany tak, że widać było tylko sterczące ponad zieleń uszy. Rozpoznawał jednak odgłos kół mojego roweru na żwirze podjazdu, czy nasze kroki i prawie zawsze wychodził naprzeciw. Gdy któreś z nas siadło na werandowym krzesełku natychmiast wskakiwał na kolana, kładł głowę na ramieniu i mrucząc masował po kociemu przednimi łapkami. Około trzeciej po południu zjawiał się na wycieraczce, gdzie czekał na swoją porcyjkę kwaśnego mleka. Wkrótce potem zapraszaliśmy go do domu, gdzie w pralni szykowano mu obiad. Znikał potem znowu. Wieczorem, ok. wpół do dziesiątej, wracał by towarzyszyć mi w spacerze do końca ulicy i z powrotem. Ja zawsze chodziłem na takie przechadzki, żeby dotlenić się przed spaniem. W pewnym momencie Kicia zaczął chadzać ze mną, prawie jak pies przy nodze lub przed, z wypadami w zakamarki, pod zaparkowane auta, z drapaniem drzew, z podpisywaniem się na jednych i drugich, z łaszeniem się i pokładaniem do podrapania brzuszka i szyi. Po powrocie dostawał zawsze jakiś przysmak na kolację, a potem szedł swoją drogą.

Był wyjątkowo zdrowym kotem, przez ten czas z nami nigdy nie zachorował. Poza początkową infekcją palca nigdy mu nic nie dolegało. Miał parę razy symptomy zakażenia nicieniami płucnymi, które jednak łatwo i szybko wyleczeliśmy preparatami przeciw pasożytom.

Był fantastycznym myszołapem, prawie co dzień łapał i zjadał myszy, mnożące się na strychu szopy sąsiada i wyżerające nam resztki z kompostownika. Zabijał też i zjadał szczury, czego większość domowych kotów nie potrafi, parę razy zostawił nam łeb i flaki na wycieraczce. Czaił się też na ptaki, ale bardzo rzadko jakiegoś złapał, najczęściej synogarlice, a nocą, gdy polował, ptaki śpią.

Nie był bardzo skłonny do zabaw, czasami walczył ze swym pluszowym szczurem, tarmosił wycieraczkę, czy wojował z nogami werandowego krzesła. Był jednak wyjątkowym pieszczochem, uwielbiał głaskanie, drapanie za uszami i po brzuszku. Czasami łapał nas przy tym lekko zębami za rękę.

Był bardzo zmyślny. Szybko nauczył się reagować na swoje imię, rozumiał co znaczy „nie” i „wyjdź”, bardzo dobrze wiedział o co chodzi, lecz słuchał niechętnie.

Bardzo go polubiliśmy. Stał się dla nas, dwojga starszawych już ludzi, bardzo bliskim i kochanym członkiem rodziny.

Katastrofa

W tą ostatnią niedzielę nie zjawił się na śniadanie. Nie byliśmy tym z początku zaniepokojeni, bo zdarzyło się wcześniej, że znikał na trochę dłużej. Mimo to co chwila za nim wyglądaliśmy i wołaliśmy, ale nie było go przez cały dzień, nie zjawił się nawet w porze obiadu. Podczas przerwy w oglądaniu wieczornego filmu T. wyjrzała na werandę – „Oooo! Kicia wrócił!!”. Otwarliśmy mu drzwi, ale od razu widać było, że jest z nim źle. Ledwo chodził, wykręcona i spuchnięta lewa tylna łapa wisiała w powietrzu – „Rany boskie, złamał łapę!!!”. Wyłączyliśmy telewizor, trzęsącymi się rękami wykreciłem znaleziony w sieci numer kociego pogotowia ratunkowego. Podano nam adres, na szczęście dosyć w pobliżu. Wepchnęliśmy biednego kocinę do znienawidzonego transportera, na pewno bardzo boleśnie go urażając, ale on zawsze przy tym walczył i nie było innego sposobu. Jechałem ostrożnie i powoli, by nie urazić go więcej, przy akompaniamencie żałosnego miauczenia. Na miejscu dopełniliśmy formalności, a kotem zajęła się weterynarka. Wyszła zaraz, by powiedzieć, że łapa jest złamana, że Kiciowi dano znieczulenie, że trzeba go wszechstronnie zbadać i prześwietlić, do czego potrzebna jest pełna anestezja, że nie wiadomo kiedy podczas nocnego dyżuru będzie można to zrobić, i że najlepiej będzie jeśli wrócimy do domu, a oni do nas zadzwonią gdy będą wyniki. Chcieliśmy go pogłaskać przed odjazdem. Pielęgniarka przyniosła go do recepcji na specjalnej poduszce, pogłaskaliśmy, podrapaliśmy za uszami i pod brodą i z ciężkim sercem wróciliśmy do domu. Przed jedenastą zadzwonili, że mają pilną operację i nie mogą jeszcze Kicia zbadać. Rano odebraliśmy telefon, że złamanie jest poważne, i że łapę trzeba albo amputować, albo zrekonstruować chirurgicznie, albo kota uśpić. Nie chcieliśmy rozmawiać o tym przez telefon, pojechaliśmy. Amputację odrzuciliśmy od razu. Mogliśmy wysłać go jeszcze na bardzo skomplikowaną chirurgię, gdzie by mu próbowali poskładać połamane kości i, choć to bardzo, bardzo kosztowne, poważnie braliśmy to pod uwagę. Ale rentgen był tragiczny – główna kość piszczelowa złamana i rozszczepiona spiralnie ze szpikiem na wierzchu, kość strzałkowa złamana w dwóch miejscach. Gdy to zobaczyłem, musiałem usiąść, bo myślałem, że zemdleję, chyba już wtedy podświadomie wiedziałem, że sprawa jest beznadziejna. Nawet gdyby chirurgia się udała, trzeba by 6 – 8 tyg rehabilitacji w klatce, by uniemożliwić skoki czy dalsze spacery, większość tego z abażurem na głowie, bez gwarancji, że kot odzyska sprawność. Poprosiliśmy o chwilę do namysłu. Z rozpaczą w sercu i ze łzami w oczach zdecydowaliśmy się na eutanazję, bo alternatywa wydawała się zbyt niepewna i męcząca dla biednego zwierzaka.

Musiało przytrafić się w nocy, bo w sobotę wieczór byłem z nim na naszym zwyczajowym spacerku, a w niedzielę nie mógł już widać dowlec się do domu przed wieczorem. Nie bardzo możemy pojąć jak doszło do tragedii. Weterynarka wykluczyła atak przez człowieka, czyli albo potrącił go samochód, albo gdzieś mu ta łapa uwięzła. Ale on był bardzo ostrożny wobec aut, gdy zobaczył jakieś z daleka, umykał na trawnik, albo chował się za drzewem. Nigdy już się nie dowiemy co mu się przytrafiło, powiedzieć nam nie mógł.

Koda
Gryźliśmy się długo, czy decyzja była słuszna. Po paru dniach, gdy już mogliśmy spojrzeć na to trochę chłodniej, doszliśmy do wniosku, że nie mieliśmy tak naprawdę innego wyjścia niż uśpienie. Tak czy owak, wciąż serca nam się krają, zrobiła się piękna wiosna, a on nie może już się nią cieszyć……

Mamy wyrzuty sumienia, że nie poszliśmy od razu w tą niedzielę rano szukać go po okolicy. Gdybyśmy go znaleźli, zaoszczędziło by mu to godzin cierpienia. Bo musiał bardzo i długo cierpieć zanim przywlókł się domu.
Był z nami niestety tylko półtora roku. Pociechą jest, że cieszył się przez ten czas pełnią kociego życia i korzystał z dobrodziejstw obu światów – z jednej strony miał swobodę, samodzielność, przyrodę, polowania, z drugiej opiekę, troskę, przyjaźń i czułość.

Wspaniały, kochany, przymilny i przyjazny kot. Zostawił po sobie boleśnie puste miejsce na werandzie, w ogrodzie, w domu, a przedewszystkim w naszych sercach.

Refleksja ateistyczna

Wedle wierzących, świat jest stworzony i zarządzany przez doskonałego, wszechmocnego i wszechwiedzącego boga, który jest rzekomo miłosierny i sprawiedliwy. Pogodzić tą doskonałość i miłosierdzie z bezmiarem cierpienia ludzi, kotów i całej reszty „stworzenia”, z oceanem niesprawiedliwości, złośliwości i głupoty mogą jedynie mózgi niezdolne do logiki, samodzielnego myślenia i zdrowego rozsądku. I czemu kotom i innym zwierzakom domowym można oszczędzić cierpień gdy nie ma już dla nich nadziei, a ludzie -„panowie stworzenia” musza umierać latami, bo nie wolno lekceważyć „boskiego daru życia”?


Herstoryk

23.08.2019
piątek

Jak Pan Bóg rozmawia z człowiekiem

23 sierpnia 2019, piątek,

Dobry Pan Bóg w swoim Objawieniu, czyli Słowie Bożym, a po naszemu w Biblii Tysiąclecia, bardzo elegancko dedykowanej przez Ojca Świętego Jana Pawła II młodzieży akademickiej, dużo rozmawia z człowiekiem. Najczęściej za pomocą tego, że ludzi morduje, albo zleca tę robotę Narodowi Wybranemu, wstrzymując przy tym bieg Słońca. Przy świetle skuteczniej się bowiem morduje. To się nazywa miłość człowieka.

***

Gdy w Paryżu spaliła się katedra Notre Dame, fachowi katolicy dobrze i zawodowo wręcz się znający na Panu Bogu, jak np. Terlikowski Tomasz oraz pozostali nadpapieże i nawet różni biskupi, orzekli, że Bóg przemówił do ludności. A nawet do ludzkości: ludzie, opamiętajta się! Bo ci ludzie to cywilizacja śmierci. Francuzi, czyli ateiści i inne pedały, czyli mówiąc fachowo: sodomici. I cała reszta róbta, co chceta. Oczywiście także z Jurkiem Owsiakiem, który też jest cywilizacją śmierci – wraz z całą Orkiestrą.

Teraz Dobry Pan Bóg przemówił do katolika, czyli Polaka. Strzelił piorunem w Giewont z wielkim krzyżem swojego imienia. Przemówił w środku lata, gdy najwięcej ludzi w Tatrach, czyli odpowiednie audytorium.

TOPR na tę chwilę potwierdza: mamy niestety 4 ofiary śmiertelne. To dwoje dzieci i dwoje dorosłych.

Jak się mówi do ludzi z tak wysoka, nie może się obyć bez kosztów, wie to każdy zwykły wyznawca, gdy jego parafię nawiedza biskup. A cóż dopiero mówić o kosztach, gdy przemawia sam Pan Bóg. Kosztem przemówienia są trupy, a zwłaszcza trupy dzieci. Dzieci są bowiem u wyznawców bardzo tanie, tańsze nawet niż kobiety. Co nie przeszkadza im ciągle gadać o szacunku do każdego życia od poczęcia oraz o mordowaniu dzieci poczętych przez cywilizację śmierci.

Doktor Terlikowski Tomasz, wraz z kompanią biskupów, też samych doktorów, a niejeden to profesor, wie już dokładnie, co powiedział Dobry Pan Bóg: dzień dobry, cześć i czołem! Mam w chmurach ładny domek i wyrażam wam, kochani rodacy, uznanie, że jesteście Totuus Tuus! No i cywilizacja miłości, czyli na mój obraz i podobieństwo. A te trupy dzieci i nawet dorosłych z mety zapraszam do mojego domku. Taka, wiecie, natychmiastowa nagroda, czyli instant karma.

W Sanktuarium Narodowym Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach odbędzie się nabożeństwo w intencji ofiar i o zdrowie dla poszkodowanych.

A więc sprawa jasna: jest to msza dziękczynna z to, że Pan Bóg osobiście do Polaka przemówił.
https://photos.app.goo.gl/xNEYGM8AABXVZhG58
Nie? A dlaczego nie?
Albo coś się dzieje z woli Dobrego Pana Boga, albo człowieka. Szatan nie ma uprawnień boskich, a człowiek piorunami nie rządzi. Tertium non datur.

Jednakowoż do rozmowy z Panem Bogiem wtrącił się też niepolski rozmówca:

Po zachodniej stronie Tatr zginął czeski turysta. Mężczyzna po uderzeniu pioruna został strącony z liczącej 2178 m n.p.m. Banówki. Spadł on kilkaset metrów jej południowym urwiskiem. Jego partnerka została przetransportowana do szpitala.

W rejonie Pachoła błyskawica poraziła słowackiego turystę, w wyniku czego ten stracił przytomność i był sparaliżowany.

Ta rozmowa skończyła się dla Czecha bardzo niemiło. Nie jest dobrze włazić między Polaków, gdy Pan Bóg z nimi rozmawia. No i ten Czech z partnerką to cywilizacja śmierci. Należało się podwójnie.

***

W 1920 r. nad polem bitwy unosiła się Maryja i przerażała sowieckich sołdatów. Dzięki temu Polak wygrał z Ruskim. Teraz Maryja nie unosiła się nad Giewontem, chyba dlatego, że pogoda była nieodpowiednia dla lotnictwa.

Tanaka
Cytaty: Wp.pl

15.08.2019
czwartek

Sodomo, Sodomo, cóżeś ty za pani

15 sierpnia 2019, czwartek,

Chłopcy malowani

Własny róż im nie przeszkadza, cudzy to zaraza.

Konkurs-zagadka, czyli pytanie fundamentalne: czy na sali jest niesodomita?

* * *

Frédéric Martel napisał książkę. Właściwie – księgę, pt. „Sodoma”. Książka-dokument. Hipokryzji, posuniętej do absolutnych granic; fałszywości fundamentalnej i przemocy strukturalnej. Watykan: Kuria, kardynałowie, nuncjusze, biskupi; współpracownicy, interesariusze, służący i przyjaciele. Cały szczyt, cały świat.

Ulubiony termin dwutysiącletniej „cywilizacji miłości”: sodomita. Pozostańmy w duchu tradycji. A więc – sodomici.

Zdecydowana większość należy do sodomickiej „familii”. W kulturze „cywilizacji śmierci”, jak ją nazywał Wojtyła, używa się dziś terminu „gej”. Ale gej to właściwie „gay” – osoba radosna, a takie słowo przecież ukrywa straszną rzeczywistość katolickiej Prawdy: sodomickiej deprawacji, za którą jest biblijna kara – śmierć. Orzeka bowiem Miłujący Pan Bóg, własnymi słowami, w Księdze Kapłańskiej: Będziecie strzec ustaw moich i wykonywać je. Ja jestem Pan, który was uświęca! I nakazuje: Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli.

W Sodomie więc, chcąc zapobiec zbrodni, ojciec dziewiczych córek oferuje je swawolnikom, zatem gejom właśnie, w zamian za oszczędzenie dwóch mężów-aniołów, z którymi ci chcieli poswawolić. Taka moralność Objawienia: mniej grzeszne jest zgwałcic dziewczynki, niż popełnić zbrodnię obcowania mężczyzn.
To działa i dziś: drobny to grzeszek, właściwie nic zgoła – gdy konsekrowany gwałci dzieci, straszna to obraza Boga, gdy sobą cieszy się dwóch dorosłych mężczyzn.

Książka Martela jest w istocie starannie zrobionym raportem na temat współczesnej sodomii w Kościele katolickim. Autor sięgnął zarówno głęboko jak i szeroko, badając tak sam Watykan jak i najważniejsze episkopaty oraz najważniejszych nuncjuszy na świecie. Autor, sam gej, rozszyfrowuje świetnie mu znane kody porozumienia między konsekrowanymi sodomitami. Wie kto jest kim. Kto należy do obfitej sodomickiej familii, a kto do bardzo nielicznej grupy czystych celibatariuszy.

Wnioski z badania Frederica Martela są zupełnie jasne: na szczytach hierarchii Kościoła nie być sodomitą to rzadka rzecz. Najważniejsi wokół Wojtyły – sami sodomici. Przez niego wyniesieni, przez niego popierani, przez niego chronieni.

Owszem, są tacy, którzy mając głęboko ukryte sodomickie skłonności nie pozwalają sobie na praktykowanie. Z największym wysiłkiem woli walczą ze swoją wrodzoną, przez Dobrego Pana Boga daną, naturą. Cierpią na wzór Maritaine’a, niegdyś nadzwyczaj znanego francuskiego filozofa, teologa, myśliciela i zakonnika; przyjaciela śmietanki biskupów i kardynałów Watykanu, mającego ogromny wpływ na teologię i myślenie całego Kościoła. Zarazem przyjaciela wielu znanych francuskich artystów, który latami walczył z własną sodomicką naturą i usiłował otaczać opieką innych, by nie stoczyli się w zbrodnię sodomii. Na próżno. Ponosił klęski jako opiekun i poniósł największą klęskę osobistą: wyparł się siebie, do końca.

Dziś myśli Maritaine’a są zupełnie zwietrzałe, a on zapomniany. Lecz jego wartość w książce Martela, oprócz poznania jak działa w wybitnym katoliku i niewątpliwie bardzo żywym umyśle zaparcie się siebie samego w imię religijnych rojeń, polega i na tym, że poprzez niego poznajemy całą śmietankę największych twórców kultury francuskiej i zarazem światowej. Tak wielu z nich to byli i są geje. Cóż by europejska i światowa kultura bez tych gejów poczęła, o ileż sami bylibyśmy duchowo i poznawczo ubożsi.

* * *

Profesor Baniak, który od kilkudziesięciu lat bada członków kleru, podaje, że standardowo jest wśród konsekrowanych 30-50% homoseksualistów. Badacz stosuje taki termin, jest on bowiem terminem medycznym i psychologicznym, lecz z punktu „cywilizacji miłości” pamiętamy: to sodomici.

Im wyżej w hierarchii, tym sodomitów większy procent. W Watykanie procent ten sięga zapewne 80-90, może nawet więcej. Wśród członków episkopatów procent może jest pośredni: 60-70 procent biskupów to sodomici. Da się wśród nich znaleźć takich, co mają w jakimś sensie pogodną naturę, choć u biskupa to rzadkość, kłóci się bowiem z fachem. Jeśli są tacy, będą to sodomiccy geje.

Naszpikowany sodomitami, Kościół katolicki z niewiarygodną wręcz zaciekłością i dwutysiącletnią konsekwencją z sodomitami walczy. Nic dziwnego, to święty obowiązek: realizuje nakaz Dobrego Boga.
Dziś jednak realizuje coraz bardziej niechlujnie, czym bluźni Bogu: zamiast zabijać, jak jeszcze niedawno, tylko opluwa, poniża, judzi innych do powszechnej przemocy – jak arcybiskup Jędraszewski wśród tłumu pozostałych biskupów z episkopatu i prawdziwych katolików.

Jeśli ma się pojęcie o psychologii, a zwłaszcza o psychologii głębi, w żadnym razie nie wywołuje to zdziwienia.
Najpierw jest wytworzona święta norma: sodomita to zbrodniarz którego się zabija. Następnie ci zbrodniarze kryją się pod latarnią Kościoła. Musi nastąpić fundamentalne zaparcie się siebie, zawzięta walka z własną żywą psyche i własnym ciałem, z ciepłem i naturalną potrzebą bliskości oraz miłości, jaką mają, z zasady, wszyscy po równo: i heteroseksualiści i homoseksualiści i wszyscy pozostali spod tęczowego znaku LGBT. Muszą prześladować tych, którzy nie skryli się wśród kleru, by siebie tym skuteczniej ukryć i rozgrzeszyć, a nastepnie wieść wygodne – z pozoru jednak, bo trupie – życie policjanta, prokuratora i sędziego-kata.

To istota chrześcijaństwa w ogóle, ale zwłaszcza dziś jeszcze – Kościoła katolickiego. Nic bardziej go nie roznamiętnia i nie wścieka niż naturalna ekspresja ludzkiej seksualności, ktora jest jako taka straszną obrzydliwością, a jej dopuszczalność możliwa tylko pod ścisłą kontrolą i na drakońskich warunkach.
Niszczenie siebie, by zadowolić fantazmat. Nienawiść do siebie rozszerzona do nienawiści do innych. Za to, że są sobą. Że żyją jak ich Bóg stworzył.
Horror i zbrodnia. Czyli Kościół kat.

* * *

W całej tej horrendalnej sprawie należy zwrócić uwagę na coś, co umyka, co nie jest przedmiotem powszechnej dyskusji. Przy tym zaś, to wszystko co powyżej, to nieledwie drobiazgi. Przyczynki do najważniejszego.

Oto jedni purpurowi sodomici wybierają drugich purpurowych sodomitów. Oto kompania sodomitów w Kaplicy Sykstyńskiej wybiera papieża. Oto – jak sami mówią – wyborem kieruje Duch Święty. Co Duch Święty sprawia, święte jest i sprawiedliwe.
Pojmujecie?

Oto konsekrowani sodomici ustalają doktrynę Kościoła katolickiego, oto sodomici wypełniają ją praktykami wiary. Oto sodomici przed ołtarzami i na ambonach odprawiają liturgię świętą dzieląc się „ciałem Chrystusa” z ludem i pijąc jego krew, a sodomici w konfesjonałach spowiadają z największych intymności.
Oto konsekrowani sodomici w wielkiej mierze decydują czym w ogóle jest religia katolicka, jak działa i dlaczego jest takim koszmarem pełnym przemocy.
Znajdźcie większą perwersję.

Pamiętajmy: gej, a konsekrowany sodomita to zupełnie różne postaci.

Tanaka

Foto: gazeta.pl