Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

9.12.2018
niedziela

Jak działa Maryja w mieście powiatowym

9 grudnia 2018, niedziela,

Radni pewnego miasta powiatowego, którego nazwy nie będziemy tu zdradzać, zawierzyli miasto Maryi. Nazwy miasta – Piotrków Trybunalski – nie będziemy zdradzać dlatego, bo chodzi o sytuację modelową: dowolne miasto powiatowe a nawet ponadpowiatowe i zwykłą gminę w krzakach, czyli to jak w takim miejscu działa Maryja.

Po pierwsze, Maryja nie działa. Miasto zostało jej już raz zawierzone, ale zawierzono je Maryi niższej rangi, bo Matce Bożej Piotrkowskiej. Przy zawierzeniu Maryi tak niskiej rangi okazało się, że sobie Maryja nie radzi, zawierzenie ją przerosło. Owszem, obiekty kościelne zadbane wybitnie i świecą pieniądzem z daleka, ale miasto pozakościelne to raptem trochę zadbanych uliczek na krzyż – i to współfinansownych przez Unię, a między nimi i poza – tak zwana mogiła. Krzyż i mogiła, czyli mamy klimat.

Po drugie: Maryja musi się wziąć w garść. Ponieważ Maryja Piotrkowska się nie sprawdziła, radni postanowili dokonać ponownego zawierzenia, tym razem Maryi odpowiednio wysokiej rangi, bo ogólnopolskiej, a ogólnopolska to wiadomo: Królowa Polski.

Ogólnie rzecz biorąc, Maryję ogłaszano Królową już ze dwieście razy, o czym miałem okazję pisać, ale od tej pory zawierzeń i ukoronowań przybyło i trudno już nadążyć z rachunkiem. Jezus też został ogłoszony Królem Polski co najmniej ze cztery razy, więc jasne jest, że poprzednie razy dwieście i trzy to były zawierzenia niefachowe, albo też Maryja z Jezusem sobie z obowiązkami nie radzili i dlatego takie liche skutki.
Chyba nie powinno się mieć nadmiernych pretensji o to, że sobie nie radzili, bo jak tak spojrzeć na Polskę, to ani święty ani nawet wariat sobie z takim wariackim krajem nie poradzi i lepiej wziąć zaliczkę, a zaraz potem – wziąć nogi za pas.

Zawierzając Piotrków Maryi po raz drugi, prezydent onego miasta ładnie ukląkł i tak przemówił:
Jako prezydent Piotrkowa Trybunalskiego, klękam przed Bogiem i przed Tobą, Maryjo (…), aby zawierzyć Twojemu Niepokalanemu Sercu miasto Piotrków Trybunalski – jego władze samorządowe, wszystkich przedstawicieli władzy byłej, obecnej i przyszłej, a przede wszystkim mieszkańców naszego grodu (…) (1)

Od tej chwili Piotrków już jest znowu zawierzony, czyli wszystko co się w mieście dzieje, jest pod kontrolą Maryi ogólnpolskiej.
Maryja kontroluje zatem miejski budżet i to, żeby na dzieci przedszkolne były przedszkola oraz na miejskich staruszków był katolicki cmentarz, bo już nie kontroluje tego, żeby im się znośnie żyło. Nie po to się żyje, żeby miło żyć, tylko by się do nieba przysposobić.
Dba też Maryja, żeby na bicie kobiet katolickich przez ich sakramentalnych katolickich mężów były odpowiednie środki: plastry na opuchliznę i tabletki miłości. Jak będzie coś nie tak – Maryja winna. Maryja jednak z pewnością dobrze sobie radzi z tym, żeby wszystkie dzieci piotrkowskie uczęszczały na katechizację w szkole.

Maryja ma pilnować żeby kler katolicki mniej gwałcił dzieci chrzczone, a nawet pozostałe. Nie wiadomo, czy fakt szczodrego gwałcenia do chwili niniejszego zawierzenia jest skutkiem zbyt niskiej rangi zawierzenia z przeszłości, czy może ogólnego przepracowania Maryi, bo z pewnością na niegwałceniu dzieci przez kler jej zależy. Faktem jest jednak bezspornie wykazanym, że gwałcenie odbywało się swobodnie i za zgodą Kościoła kat. Jak można łatwo zauważyć, w celu wykonywania skutecznej roboty przez Maryję konieczna będzie jakaś koordynacja na linii Matka Boska – Kościół kat. , której dotąd – dlaczegóż? – nie było.

Skuteczność zawierzenia Maryi oraz odniesione z tego tytułu oszczędności budżetowe i inne korzyści dla ludności są fizycznie mierzalne: spadek w najbliższym roku rozliczeniowym pijactwa, gwałtów, wypadków, mordowania dzieci poczętych i zabójstw zwykłych, tłuczenia żonami o klozety, o – powiedzmy – 20% będzie dowodem na dwudziestoprocentową skuteczność Maryi. Identyczna zasada przy wzroście odpowiednich elementów mierniczych też nam wyjaśni kompetencję i zaangażowanie Maryi, ale o takich sprawach w mieście powiatowym ani żadnym innym się nie rozmawia. Nie zostanie powołana komisja miejska w celu monitorowania skuteczności działania Maryi, ale, szczęśliwie i wbrew Opaczności, w dobie nauki można to mierzyć z zewnątrz, nie pytając radnych o zdanie.

Przewiduję poważne trudności tego zawierzenia. Ich źródło kryje się w tym, co w tak ślicznie klęczącej postawie wygłosił prezydent miasta z tak gorliwym zaangażowaniem. Wystarczy uważnie przeczytać: zawierzyć Twojemu Niepokalanemu Sercu miasto Piotrków Trybunalski (…) wszystkich przedstawicieli władzy byłej, obecnej i przyszłej, a przede wszystkim mieszkańców naszego grodu.
No, skoro Maryi zawierzono wszystko co przeszłe, co – swoją drogą – jest katolicko bezczelne ze strony zawierzycieli ale taki mamy standard, to znaczy że cała historia miasta pełna dziadostwa, nędzy i zbrodni oraz zapleśniałych budynków to robota niechlujnej Maryi. Z tak słabym CV powierzanie Maryi jeszcze trudniejszej roboty wyciągania miasta z tego, co sama w nim nabałaganiła, to przepis na klęskę.

* * *

Nie jest całkowicie pewne, czy to też wina Maryi, ale z pewnością kogoś z tzw. Trójcy Świętej. Oto bowiem w bardzo kiepskim stanie zdrowia znalazła się posłanka PiS Joanna Szczypińska. Wspieramy ją. Ma bardzo dobrą opiekę, ale modlitwa na pewno pomoże. (2) Takie oświadczenia składał arcykatolicki PiS, który, wraz z klerem, szczerze się za nią modlił.
Modlitwa nie pomogła, pani posłanka wzięła i przeprowadziła się do Domu Pana, czyli tam, gdzie przebywa nasz Święty Ojciec Święty. Miała pomóc na pewno, a na pewno nie pomogła.

* * *

W zasadzie, to można by współczuć Maryi takich wyznawców, ale byłoby to współczucie fałszywe i źle ulokowane. Ona, po pierwsze, z góry wszystko wiedziała i się na to zgodziła, co jest zapisane w odpowiedniej książeczce, po drugie nie ma żadnego innego Kościoła kat. Nie tylko nad Wisłą. Mogłaby sobie przecież odpowiednio wychować wyznawców, przecież jest od tego specjalistką najwyższej klasy, co osobiście poświadczył nasz ulubiony Święty. A jak nie, to nie ma co narzekać, tylko trzeba brać co jest i być zadowolonym, że chociaż tyle.

Tanaka

(1), (2) źródło: wp.pl
Fot. Tanaka

4.12.2018
wtorek

Konkurencja czyli grzech zasadniczy

4 grudnia 2018, wtorek,

Dominującym obecnie na świecie systemem ekonomicznym jest gospodarka rynkowa. Jego cechą jest naczelna i uniwersalna rola pieniądza, jako ekwiwalentu dóbr wszelakich. Oczywistym jest zatem, że posiadanie pieniędzy jest korzystne. Za pieniądze można bowiem nabyć nie tylko rzeczy materialne ale również zdrowie, bezpieczeństwo i władzę. Zdobywanie pieniędzy jest co prawda regulowane szeregiem praw, jednak praktycznie obowiązuje jedna zasada – nie daj się złapać. A poza tym, za pieniądze można kupić również prawo. Jak każdy bowiem system, tak i ten jest mało odporny na ludzi. Ponieważ – jak było do przewidzenia – pieniądz szybko stracił pokrycie w dobrach materialnych, wprowadzono pokrycie w niematerialnych, nazywanych ogólnie pracą. Tak pieniądz stał się abstraktem mogącym przyjmować dowolną wartość.

Ponieważ apetyty rządzących są zawsze większe, niż obywatele mogą czy chcą wypracować, wymyślono tzw. zadłużenie wewnętrzne i teraz państwa żyją na kredyt „przyznawany” przez obywateli. Utrzymanie takiego stanu rzeczy jest stosunkowo proste, bowiem od kołyski każdy wie, że może chcieć i nawet mieć. Z wiekiem dowiaduje się o istnieniu haczyka w postaci ceny, którą trzeba zapłacić. Czyli potrzebne są pieniądze. A jak jest popyt, to i cena się trzyma. Mamy więc sytuację nieograniczonego popytu i mocno ograniczonej podaży.

Zadowalającym stabilizatorem zaistniałej sytuacji dystrybucyjnej okazała się być ucywilizowana, czyli odpowiadająca aktualnemu stanowi cywilizacji, konkurencja. Obejmuje ona zarówno oferentów wszelkich produktów i usług, jak i ich potencjalnych nabywców. Istotne jest przy tym, że oferenci potrzebują nabywców, a nabywcy są równocześnie pracownikami oferentów. Ci pierwsi rywalizują głównie dowolnie intensywną reklamą. Ci drudzy usiłują być bardziej przydatni niż inni pracownicy. Tu konkurencja obejmuje wszelkie dyscypliny: kto szybciej, kto silniej, kto dalej, kto dłużej, kto więcej wie, kto więcej zje… W wielu dziedzinach gospodarki, nauki, kultury głównym celem pracy stała się konkurencja pomiędzy współpracownikami. A ponieważ praca ta jest wynagradzana, zadłużenie wewnętrzne rośnie coraz szybciej. Oczywiście tylko nieliczni są w stanie podołać konkurencji z najlepszymi. A co z resztą? Ależ to bardzo proste. Oni konkurują w dyscyplinie „mieć”, która jest w gospodarce rynkowej najważniejsza.

Mamy zatem sytuację, w której chlubimy się wyjątkowymi osiągnięciami w absolutnie abstrakcyjnych i nienaturalnych dziedzinach, nie mających nic wspólnego z podstawowymi działaniami związanymi z zapewnieniem ciągłości cywilizacyjnej. Chyba, że zaliczymy do nich umiejętność szczególnego odbicia piłki, posiadanie aktualnie najszybszego samochodu lub uzyskanie tytułu profesora, prezesa, rektora czy kardynała. Interesujące jest przy tym, że im bardziej abstrakcyjne działanie, tym lepsze wynagrodzenie i wyższa nagroda.

Konkurencja, jak wiele powszechnych działalności cywilizacyjnych, bazuje na mitach i kłamstwach. Tutaj podstawowym mitem jest „uczciwa walka”. A przecież „uczciwość” w walce wprowadzona została nie ze względu na walczących, a na widzów. Po prostu walka powinna trwać tak długo, by można było na niej zarobić.
Konkurencja prowadzi często do zamierzonego celu, jednak zawsze „po trupach” i bardzo kosztownie. I to bez względu na to, czy rywalizują szeregowi pracownicy, szefowie placówek, prezesi koncernów czy głowy państw. Konkurencja jest bowiem zaprzeczeniem współpracy: zabija inicjatywę, tłamsi radość tworzenia, niszczy wspólnoty, zadowala się bylejakością i nie toleruje lepszych rozwiązań. I najważniejsze – konkurencja jest matką wszelkich tyranii.

Podstawą konkurencji jest system ocen. Jedyny znany mi wynik egzaminu bez ocen, to prawo jazdy. Czyli albo umiesz prowadzić, albo nie. Ale już np. chirurg może być „trójkowy” albo „piątkowy”. Dlaczego? Nie wiem. Jednak znając system kształcenia nie zapytam operującego mnie lekarza o notę na egzaminie. Zauważmy przy tym, że kryteria oceniania ustalane są bez uwzględniania indywidualnych możliwości konkurujących. W ten sposób dyskryminacja zalegalizowana została jako obiektywność.

Z ocenami spotykamy się od najwcześniejszego dzieciństwa. Jest to indoktrynacja nierozłącznie związana z tym, co dziś nazywamy cywilizacją i postępem. Na szczęście człowiek – wbrew powszechnemu mniemaniu – nie jest z natury stworzeniem stadnym. Wręcz przeciwnie, wyposażony uniwersalnie nadaje się świetnie do samodzielnego bytu. I głównie dlatego daje sobie (jakoś) radę w coraz tłumniejszej cywilizacji, wykonując przez większą część życia czynności zwane potocznie „pracą”, których – w najlepszym razie – nie rozumie. I w większości przypadków – nie lubi.

Jeżeli nawet otoczenie dziecka nie wywiera bezpośredniego wpływu na wybór przez niego „zawodowej drogi życia”, to niezwykle rzadko zdarza się osobnik idący naprawdę własną drogą. Obwołujemy go geniuszem zapominając, że większość z nas mogłaby dokonać w życiu znacznie więcej, gdyby nie presja środowiska. Zauważcie, że osoby wykonujące swój zawód i zachowujące przy tym nieukrywaną radość życia, to właśnie szczęśliwcy, którym się udało. Spotkałem takich. Można im zazdrościć. Oraz wszystkim korzystającym z ich pracy. Jeżeli to jeszcze jest „praca”.

Upowszechniliśmy dostęp do szkół i prawie każdy może uzyskać jakiś dyplom. Zgodnie z „postępem” przestało to już wystarczać i należy mieć kilka dyplomów. Cóż one potwierdzają? Że uczyliśmy się teorii, które nawet teoretycznie nie zbliżają się do rzeczywistości. W praktyce liczą się koneksje, znajomości i bezczelność. Ta ostatnia ma się coraz lepiej, bowiem obsadzanie (beztrosko tworzonych) stanowisk kierowniczych przez całkowicie niekompetentne osoby stało się dziś powszechne.

Konkurencja wewnątrzgatunkowa przesłoniła nam (kurczący się coraz szybciej) świat. Wciąż wydaje się nam, że przyszłość ma przyszłość, bowiem o największym problemie naszej cywilizacji jeszcze nie mówimy głośno. Mianowicie, że jest nas już teraz dużo za dużo. Mamy co prawda co jeść, co na grzbiet włożyć i jakiś dach nad głową, jednak liczba konfliktów zbrojnych (na razie lokalnych) rośnie z roku na rok. Dewastacja środowiska osiągnęła poziom znacznie przekraczający możliwość samonaprawy w realnym czasie kilku naszych pokoleń. A przy tym żyjemy coraz dłużej, a eksperci gospodarczy domagają się wzrostu populacji, by zapewnić wypłatę naszych emerytur.

Na zmiany łagodne i stopniowe nie ma już czasu. Zresztą one nigdy w naszej cywilizacji nie trwały dostatecznie długo, by przynieść oczekiwany efekt. Zmiany gwałtowne i radykalne są zwykle niszczące i bardzo ryzykowne. Zwłaszcza w dobie broni nuklearnych. Co zatem możemy zrobić?
 

Qba

28.11.2018
środa

Pora na Świętego

28 listopada 2018, środa,

Episkopat nadwiślański właśnie oświadczył, że się bardzo przejął pedofilstwem i się za ofiary pomodli oraz nic nie będzie ukrywał. Wezwał też konsekrowanych pedofilów, żeby się ujawnili, oraz że to ich prywatna odpowiedzialność. Co by znaczyło, że jak się nie ujawnią, to dalej biskupi będą niezorientowani, nieodpowiedzialni i niewiele da się zrobić, choć wszystko robią i widać, że są spoceni.
No i niech płacą sami.

Na co ofiary gwałcenia przez członków kleru oświadczyły, że to są kolejne kpiny z nich i ich bólu. I tak się dalej dzieją katolickie dzieje.

* * *

Film „Kler” obejrzały już miliony. Bije rekordy frekwencyjne. Jeśli nie jest tylko wentylem, prostym odreagowaniem po którym zbiorowość wróci do stanu poprzedniej homeostazy w bezmyślności, to może osiągnąć coś innego: uruchomić lawinę, która rozwali katolicki system przemocy, odrażającej zbrodni pedofilskiej, nieskończonej obłudy i zdrady dzieci przez ich najbliższych, którzy odrzucają dziecko i jego cierpienie na rzecz oparów religijnej trucizny.

Tysiące ludzi płakało na seansie, wychodziło wstrząśniętych z kina, długo nie mogło dojść do siebie. Bo też w ogóle nie powinni dojść do poprzednich siebie. Pojawiło się mnóstwo wywiadów, relacji, artykułów, dyskusji. I co, w jakim punkcie jesteśmy?

Chyba wzrosło poczucie potrzeby i konieczności mówienia o zbrodniach, zbrodniarzach i ofiarach. Podniosła się śmiałość krytyki. Obniża się publiczna tolerancja dla krycia bandytów i zwiększa gotowość służb wymiaru sprawiedliwości do działania rzetelniejszego i nienaginającego lub omijającego prawa na korzyść zbrodniarzy i ich patronów. Nawet pomimo ich podporządkowania partii zespawanej z Kościołem.
Wszystko to mogło i powinno było dziać się już dawno, dawno temu. W Ameryce zaczęło, choć niedawno i nie samo z siebie. Ale nie, nie w Polsce. Nie z tymi ludźmi, nie z tymi ludźmi Kościoła. Było zaprzeczanie, niezliczone kłamstwa, zdrada ofiar. Trwała cisza.

Cisza się skończyła. Czyżby?
Zauważyliście, że trwa w najlepsze? Że nikt nie pyta o Najważniejszego? Najwłaściwszego i Najadekwatniejszego? Że nikt nie pyta o Świętego Ojca Świętego Jana Pawła Drugiego?

Dlaczego, ach dlaczego? Czy wiesz, kolego?

Skoro nikt nie pyta, to ja zapytam. Zanim jednak zapytam o partykularia, zadam pytanie o esencję: co z tą „Prawdą, która was wyzwoli”?

Pytam o rolę tego giganta, tego tytana moralności, myśli, wrażliwości i wiedzy o wszystkim, będącą ślepotą na to co wyprawiała jego własna organizacja, której przez dziesięciolecia był najwybitniejszym przedstawicielem, kierownikiem, wykładowcą, wreszcie nieustającym papieżem i za życia świętym.

Pytam o watykański nakaz milczenia ofiar, pod surową kościelną groźbą, wystawiony przez jego poprzednika na tronie papieża i konsekwentnie stosowany przez cały czas rządów Wojtyły jako biskupa i jako papieża.

Pytam o Jana Pawła II tak bardzo w zgrozie przejętego używaniem kondomów, a tak drastycznie nieprzejętego gwałceniem dzieci bożych przez tak masowo licznych członków jego – Świętego! – Kościoła katolickiego. Skoro o to pytam, to zapytam o jego wyparcie się siebie: realnego, osieroconego dziecka, na rzecz dziecka fantastycznego – synka Matki Bożej – i o jego, z tego wzięte (za)wołanie: Totus Tuus! Które to wyparcie zamknęło go na realne cierpienia innych dzieci bożych, zadawane systematycznie przez tabuny współbraci w kapłaństwie, a otworzyło na publicznie telewizyjne głaskanie tysięcy dzieciątek po główkach. By następnie zwrócić takie dzieci najbliższym i najzaufańszym, którzy dziecko zgwałcą i zdradzą.

Pytam o rolę papieża w takim zgarnianiu kandydatów na członków kleru, w takim ich formatowaniu w parafiach, seminariach, katolickich środowiskach i pod okiem biskupa, które krzywi, kryje i sprzyja masowej pedofilii. Pedofilii będącej endemiczną zbrodnią uprawianą w Kościele katolickim od jego zarania do dziś.

Pytam dlaczego wypierał się wiedzy: choć wiedział to ją odrzucał.

Pytam o tysiące spotkań z dziesiątkami tysięcy i milionami ludzi, wśród których tysiące i tysiące to były zgwałcone dzieci, zgwałceni dorośli, ich rodziny i ci co ich zdradzili – odrzucając prawdę wyznań dziecka na rzecz decyzji o stanięciu po stronie konsekrowanego potwora i jego współbrata w zbrodni – Kościoła. Pytam o tysiące konsekrowanych gwałcicieli, z którymi wymieniał serdeczności i ściskał się w braterstwie moralnym i kapłańskim.

Pytam o jego totalną odpowiedzialność jako totalnego przywódcy i posiadacza totalnej Prawdy. Tej co to wyzwala.

Pytam o jego uroszczenia do świętości Kościoła kat. i osobistego uroszczenia do przewagi moralnej nad innymi – co miał za powód do pouczania, oskarżania i rozliczania innych, gdy tysiące jego podwładnych, w tym najwyżej postawionych, systematycznie gwałciło dzieci.

Pytam o to, dlaczego jest współproducentem rzeczywistości którą pokazuje ”Kler”. O jego totalny wpływ na polski episkopat, na biskupów, których przez 27 lat mianował i który sformatował do tak odrażającej zawartości jaka się nieustannie z biskupow wydobywa.

Pytam o to, co pokazują tysiące zeznań i wyznań ofiar, setki relacji psychologów, lekarzy, bliskich; setki książek i może najważniejsze – badanie konstytucji psychologicznej członków kleru: skrzywień, wyparć, wewnętrznych zaprzeczeń, tkwienia w dewastującej sprzeczności, rozpaczy i zakłamaniu – jak się do tego ma, po kolei: Lolek, Wojtyła, subtelny poeta i natchniony moralnie aktor, proboszcz, spowiednik, szafarz sakramentów, wykładowca, nauczyciel, wychowawca i wzór dla młodzieży; biskup, papież, Ojciec Święty – na każdym etapie stykający się z poświęconymi pedofilami i na każdym etapie odpychający tą wiedzę od siebie?

Wzywam do odpowiedzi tych wygadanych na co dzień wyznawców – obrońców świętości wrzeszczących, że niekatolicy ich prześladują, tych „otwartych publicystów”, stawiaczy pomników, dziekanów papieskich wydziałów teologicznych na każdym państwowym uniwersytecie, tabuny teologów moralnych i kierowników Instytutu jego Myśli. Skąd ta cisza? Dlaczego milczycie?

Pytam wyznawców relikwii papieskich: tych co sobie schowali nitkę sznurowadła ze świętego buta i tych co gipsowy odlew śladu tego buta na błoniach traktują z drżącą czcią; tych co trzymają pod szkiełkiem w domowej kapliczce papierową chusteczkę której dotknął Święty. Pytam tych, co przechowują z nabożeństwem włos Świętego. Zadaję pytanie tym, co prowadzą rodziny i sąsiadów między skały i pokazują z dumą palcem: tu GO widziałem!
Pytam tych łowców kropli potu Świętego i szafarzy ampułek z jego krwią oraz jej konsumentów – dlaczego siedzicie cicho?

Ciszej nad tą trumną? Jak jest interes, to się innych Świętym poraża, Świętym się Polskę nadmuchuje, przed złymi biedaka broni, ale teraz się go chowa głęboko i nikt nic o nim nie słyszał, choć stoi się pod pomnikiem i mieszka w cieniu katedry jego imienia, dzieci zaś śle do szkoły pod wezwaniem Świętego?

Gdzieście się podziali ci, co się do niego frenetycznie przyznawaliście i nadal to robicie, gdy wam wygodnie? Będzie, jak zawsze z Bogiem: co złego, to nie ja? Czy też wreszcie zrobicie to, czego żądał codziennie ten dziś nieobecny: stańcie w Prawdzie, ona was wyzwoli?
To co dotąd robicie, to jest zaparcie się tego, którego mieliście za ojca, przewodnika, wzór i za Świętego. Ta cisza to świadectwo i znak katolika.

W koszmarze zła jest jednak pewien pozytyw. Właśnie ta cisza! Ta zawzięta cisza, jakiej strzegą katolicy jest ciszą znikania Świętego, znikania Wojtyły i Jana Pawła II.
Nie mam złudzeń, że nastąpi jakaś poważna dyskusja o roli Wojtyły w tej zbrodni katolickiej. Polak nie da rady, temat zbyt bolesny dla rachunku sumienia. Cicho siedzą ci otwarci katoliccy publicyści i dalej cicho będą siedzieć. Cicho siedzą sami biskupi i dalej tak będzie. Siedzi cicho Instytut Myśli Jana Pawła II i standardowy parafianin. Jan Paweł II rdzewieje, sypie się i zanika. Pomniki jeszcze postoją, coraz bardziej obsrywane przez ptaki, bo coraz bardziej nudne, męczące i puste – jak puste są w środku te pomniki i największy Jezus świata – jest ich szorowanie.

Będzie to kiepska droga, bo „stanąć w Prawdzie” to najważniejsza rzecz dla katolika zanim stanie przez obliczem Wszechmogącego, ale w danych warunkach – jedyna. Wyzwolenie z trucizny – nie tyle przyjdzie, ale się przywlecze. Nie będzie skutkiem namiętnej i głębokiej w odwadze dyskusji, ale zamilczenia. Kulawe to będzie, ale czy na cokolwiek niekulawego zdobył się Polak i do tego katolik? Będzie jeszcze używanie imienia Świętego do wojny, a poza tym już nic ze Świętym nie będzie.

To, że nic nie będzie, jednak będzie, już jest: wymownym świadectwem katolika o sobie i świadectwem o Świętym.

Tanaka

21.11.2018
środa

Historia pewnej tablicy pamiątkowej

21 listopada 2018, środa,

Z mądrości ludowej można się dowiedzieć, że wszystko w historii kołem się toczy (nic nowego pod Słońcem). Z jednej strony historycy powinni być zadowoleni – mniej nowych zdarzeń – mniej pracy przy interpretacji faktów. Mogą jednak wystąpić trudności przy dywersyfikacji zdarzeń. Do takiego przekonania doszedłem, gdy czytałem kiedyś o problemach przy tworzeniu miejsca pamięci dla Wypędzonych (Berlin – Erika Steinbach) albo tablic pamiątkowych na Śląsku i stosunku ogółu Polaków i władz do pomysłu stawiania takich tablic i miejsca pamięci o niewłaściwych zdarzeniach i ludziach (hasło – nie stawia się pomników winnym).

W SILESII jest artykuł, z którego przytoczę cytat na temat „Krzyża Żelaznego”, symbolu, występującego na każdej tablicy poświęconej ofiarom tamtej wojny.
„W popularnej umysłowości symbol Krzyża Żelaznego kojarzy się we współczesnej Polsce z III Rzeszą i narodowym socjalizmem. Argumentu o pono takim charakterze tego symbolu używa się, między innymi, po to aby nie dopuszczać do rekonstrukcji starych i budowania nowych niemieckich pomników ku czci poległych w obydwu wojnach światowych z górnośląskich wiosek i miasteczek.
Ale fakty są takie, że początkowo pruskie wojskowe odznaczenie Krzyża Żelaznego zostało ustanowione w roku 1813 w Breslau (Wrocławiu), skąd wyruszyła zwycięska ofensywa koalicji antynapoleońskiej. W historiografii niemieckiej ofensywę tą zwie się wojną wyzwoleńczą (Befreiungskriege). Tak jak i broń na potrzeby tej wojny, również pierwsze Krzyże Żelazne odlano w hucie w Gleiwitz (Gliwicach). Zarówno tę broń, jak i krzyże transportowano do Breslau (Wrocławia) wodami Klodnitzer-Kanal (Kanału Kłodnickiego), oddanego do użytku w roku 1812.
… Rzecz też wiadoma, że odznaczenia Krzyża Żelaznego używano również w okresie III Rzeszy, co doprowadziło do jego likwidacji po roku 1945. Lecz krzyż ten, jako ważny symbol niemiecki, od roku 1956 jest symbolem Bundeswhery. A fakt, że pojawia się on na statkach, samolotach czy czołgach armii niemieckiej jakoś nie powoduje, żeby polscy żołnierze odmawiali uczestniczenia we wspólnych manewrach z niemieckimi kolegami.”

Chciałbym opowiedzieć historię pewnej tablicy pamiątkowej, która w małej miejscowości – wmurowana w zewnętrzną ścianę kaplicy – miała przypomnieć o ofiarach pierwszej wojny światowej. Pomysł powstał prawdopodobnie podczas wieczoru przy kręglach – podstawowym sporcie pokolenia rodziców. Nasza drużyna uzyskała wysokie notowania w skali kraju (Prus). Wykonawcą był z urzędu mój ojciec, ówczesny wójt (Gemeindevorsteher – naczelnik gminy?) wioski. Nazwiska poległych było łatwo ustalić, przecież wszyscy się znali, walczyli tak jak ojciec pod Verdun i w Karpatach. Z napisem nie było problemów, poza tym ojciec miał kolegę o zdolnościach poetyckich, który wierszami upiększał wszystkie uroczystości rodzinne i społeczne i m. in. też uroczystość poświecenia tablicy. Pisał wiersze w stylu Wilhelma Buscha. Dla nie obeznanych z twórczością Buscha (np. Max und Moritz?) podałbym jako referencję Mariana Załuckiego.

Tablicę wykonano wiosną 1933 roku i w połowie czerwca miało być jej poświęcenie. Hitlerowcy już urośli bardzo w siłę i mieszali się do wszystkich spraw – zażądali od ojca aby umieścić na tablicy swastyki obok żelaznego krzyża. Ojciec się nie zgodził. Powiedział, że jego polegli koledzy nie znali tego symbolu i nie dla niego oddali życie. W dniu 25. maja, podczas spotkania w gospodzie, poświęconego tablicy, obcy członkowie SA pobili ojca, a gdy uciekł to strzelali za nim, ale nie trafili. Przyszli więc do naszego domu „sfinalizować” zamierzenia. Matka zamknęła ojca w izbie i mimo żądania oprawców nie wydała im klucza. Skutkowało to tym, że jeden z tych zbrodniarzy uderzył matkę pistoletem w brzuch, gdzie ja się pomału szykowałem do przyjścia na świat. Ten ewenement miał nastąpić prawie podczas planowanej uroczystości. Jako powód egzekucji podali, że ojciec podobno gdzieś powiedział, że „SA to gówno!” Według mego dzisiejszego rozeznania miałby rację i nie miałbym pretensji do ojca, ale on tego nawet nie powiedział i ja mu wierzyłem. Na szczęście przyszedł nasz posterunkowy, wezwany telefonicznie przez matkę i udaremnił mordercze plany oprawców. Mój ojciec złożył zawiadomienia o dokonanym przestępstwie w odpowiednich urzędach miasta Kandrzin i Cosel (powiat), ale nikt nie odważył się ukarać członków SA – takie czasy! Tablica pozostała jednak politycznie „czysta” i poświęcenie się odbyło.

Nie pamiętam, co odczuwałem w mym prenatalnym stanie, zazwyczaj zapomina się o wszystkim przy brutalnym akcie rodzenia, ale na pewno odczułem przerażający strach matki i w ogóle nie chciałem wyjść na taki świat. Straciłem więc okazję do oglądania uroczystości „live” z perspektywy wózka dziecięcego. Po dwóch tygodniach jednak zdecydowałem się z trudem przyjść na świat i jakże miałem rację z tymi obiekcjami! Hitlerowcy rządzili już w pełni i przerabiali świat na swoją modłę. Dodatkowo straciłem „obywatelstwo” Kuźniczki, gdyż 3 dni przed urodzinami wioskę włączono do miasta Kandrzin i ojciec stracił fuchę „Gemeindevorsteher’a”, jedna katastrofa za drugą. Na cześć moich urodzin przyjaciel ojca napisał hymn, który pokazuje związek miedzy poświęceniem tablicy i moją istotą. Tekst jest w niemieckiej wersji tego tekstu.

Tyle na temat pojawienia się tablicy pamiątkowej w kapliczce św. Antoniego i perturbacji początkowych, ale na tym historia tablicy jeszcze długo się nie kończy. W pełnej chwale tablica królowała w niszy kaplicy 12 lat. Przeżyła Hitlera, bombardowania przez aliantów i wkroczenie Armii Czerwonej. Potem nadszedł okres, gdy jej los wisiał na włosku. Nowi gospodarze ze wschodu zniszczyli wszystkie pomniki, tablice czy mogiły „niekoszernych” powstańców (Freischärlerów) – pozostały tylko zdjęcia w albumie. Tablicę też zdemontowano i pękła przy tym na dwie części. Przed kompletnym zniszczeniem tablicę uratowała w tajemnicy moja siostra, zakopując elementy u nas w podwórzu, gdzie przeleżały 60 lat. Od niedawna jest znów w kaplicy, ale nie w należnej jej niszy na zewnątrz tylko pod ołtarzem, gdzie czeka na renowację i lepsze czasy.

Chciałbym jednak dodać pewną tragikomiczną informację. Moim zdaniem problem tablicy pamiątkowej, poświęconej ofiarom pierwszej wojny światowej w Kuźniczce właściwie rozwiązał się już sam! Kuschnitzka w roku 1933 była małą miejscowością, gdzie żyło kilkaset osób z niemowlakami łącznie. Podczas plebiscytu uprawnionych do glosowania było 214 osób w tym 173 urodzonych i mieszkających w tej miejscowości, a 35 powracających z „daleka” tylko na plebiscyt (dane z Encyklopedii Powstań Śląskich, Wydawnictwo Instytutu Śląskiego w Opolu, 1982).
Po roku 1945-tym, Kuźniczka jako dzielnica Kędzierzyna, była ogromnym placem budowy domków jednorodzinnych i liczba mieszkańców przekroczyła 1000 (dokładnie 1088 w dniu 31.12.2008 – dane z Biura Ewidencji Ludności). Starzy Kuschnitzkanie albo nie żyją, albo są ze swoimi dziećmi i wnukami w Niemczech. Aktualnie liczba „rdzennych” mieszkańców, którzy mogli kiedyś widzieć tablicę w niszy na zewnątrz kaplicy wynosi już poniżej 5 i zmniejsza się gwałtownie. Poza tym nie ma wśród nich rodzin o nazwiskach, przypominających nazwiska poległych ozdabiających tablicę. Powoduje to, rzecz jasna, że zainteresowanie ponownym umieszczeniem tablicy na zewnątrz kaplicy jest znikome.

Moja stara siostra, która uratowała tablicę od zniszczenia oraz umiarkowanie także ja, gdyż moje urodziny i przeżycia prenatalne są z nią związane, wykazujemy pewien związek emocjonalny, pewnie też dlatego, że nasz ojciec tę tablicę „stworzył” i prawie zginął z powodu zajęcia się nią. Nie zależy mi jednak na tym, aby tablica wróciła na swoje miejsce. Św. Antoni na pewno nie pogniewa się, że pod ołtarzem leży jakaś płyta, a mieszkańcom – szczególnie „nowym” nie kłują w oczy żelazne krzyże, choć nazwiska poległych (10 z 12) brzmią bardzo swojsko i mogłyby pochodzić z wojny wyzwoleńczej w latach czterdziestych u boku bratniej Armii Czerwonej! Było 13 poległych, ale przy demontaż i renowacji jednego nazwiska nie udało się odcyfrować.
Niechby wszystkie problemy polsko-niemieckie rozwiązywały się tak łatwo jak ten i bez ingerencji zarówno ludności jak i władz.

Postscriptum

Możliwe, ze moje zdanie na temat kompletnego braku zainteresowania tablicą mieszkańców Kuźniczki było „nadinterpretacją” – modne ostatnio określenie.
Grupa ludzi postanowiła umieścić tablicę na należnym jej miejsce: Najmłodszy ze „starych” mieszkańców Kuźniczki, pewien historyk amator, „nowy” Kuźniczkanin, którego nie znam i Radna Osiedla. Wyciągnięto tablicę z pod ołtarza św. Antoniego i naprawiono ją. Jeśli dojdzie do uroczystości poświęcenia lub powieszenia to tym razem na pewno tego nie przegapię i z perspektywy wózka dziecinnego dla staruszków – inwalidzkiego, zobaczę tym razem to co mi się nie udało 85 lat temu.

Meldunek z ostatniej chwili!!!

Podczas spotkania mieszkańców na temat historii Kuźniczki prelegent, wspomniany przeze mnie historyk – amator („prywatnie” doktor chemii) zachęcał do ponownego umieszczenia odnowionej tablicy w należnym jej miejscu, nie stwierdzono jednak specjalnego entuzjazmu dla tej idei u słuchaczy, ale nie było też głośnych protestów. Przypadkowo siedzieliśmy około 15 metrów od niszy w kapliczce, gdzie kiedyś była umieszczona tablica, w pomieszczeniu Rady Osiedla, gdzie przed wojną był sklep kolonialny. Uczestnicy przedstawiali mieszankę najstarszych mieszkańców osiedla i nowo przybyłych, ale wszyscy wykazywali żywe zainteresowanie historią Kuźniczki, nie gwizdali i nie rzucali pomidorami itp.
Zostałem przywieziony przez żonę na spotkanie bezpośrednio po spożyciu kawy i ciastka i po dwugodzinnej prelekcji byłem zmuszone przez „siły wyższe” do szybkiego opuszczenia zebrania – natychmiast po oklaskach – i nie mogłem nawiązać kontaktu z grupą „lobbystów” na rzecz ponownego umieszczenia tablicy na kapliczce, dlatego też nie wiem czy ponowne umieszczenie tablicy będzie miało miejsce, czy św. Antoni odzyska pod ołtarz płytę kamienną, do której się już przyzwyczaił.

Postdeadline message

Święty Antoni odzyskał tablice pod ołtarz i tam pozostanie do końca świata – lub dłużej!

Antonius

16.11.2018
piątek

Po rocznicy stulecia polskiej niepodległości

16 listopada 2018, piątek,

Spokojnie, bez patriotycznych podniet, przeżyłem rocznicowe uniesienia części naszego społeczeństwa. Polską rocznicę odzyskania państwowości, po sprokurowanych sobie przez polskie elity Rzeczpospolitej szlacheckiej 123 latach zaborów, spędziłem przy książce i porządkowaniu rodzinnych papierów.

A trochę się tego nazbierało. Coraz mniej osób, więcej drobiazgów, jakie po nich zostały. I wszystkie budzą liczne wspomnienia oraz rozmaite, często kontrowersyjne ich oceny.
Przy okazji ostatniej Centurii, fetowanej głównie w dawnym Królestwie Polskim, pomyślałem również o udziale niektórych członków mojej rodziny w fenomenie odzyskania przez Polskę swej państwowości. Moi śląscy przodkowie przyczynili się mimowolnie, do minionej właśnie rocznicy. A także kolejnych setnic, jakie wkrótce przed nami.
Bo to już niedługo, na tapetę wróci wielkopolska irredenta przeciwko niemieckiej zrewoltowanej republice, powstającej na gruzach przegranego Cesarstwa Wilhelma II. A wkrótce potem kolejne trzy setnice wojen górnośląskich, zwanych enigmatycznie powstaniami. I wszystko z jakimś ich udziałem.

Ale wróćmy do 11 listopada. To ponoć ważna ówcześnie w Warszawie data. Tyle, że u mnie – na Górnym Śląsku – nic się z nią ważnego nie wiązało. Nie było żadnej niepodległości. Ba, nawet wielkiej radości, o jakiej piszą warszawscy kronikarze, nie było.
11 listopada 1918 roku mój dziadek Paul był nadal niemieckim żołnierzem, służącym na  froncie niemiecko-rosyjskim gdzieś w Kurlandii (obecne pogranicze łotewsko-estońskie). Nie był żołnierzem zrewoltowanym, chociaż prawie cały okres wielkiej wojny spędził w mundurze. A w ostatnim jej roku często głodował i przeżywał problemy aprowizacyjne. Żołnierze Wilhelma II, chociaż wojsko było oczkiem w głowie cesarza, często nie dojadali i nie mieli czym walczyć. O sytuacji niemieckich cywilów nie ma nawet co pisać.

Pamiętam wspomnienia dziadka Paula o organizacji połowów ryb, aby tylko mieć co wrzucić do garnka, bo służby kwatermistrzowskie, nie dowiozły żywności. Na szczęście Rosja została wcześniej pokonana i na formalnej linii frontu nie dochodziło do potyczek. Żołnierze mieli czas, aby szwendać się po okolicy i organizować sobie coś do zjedzenia. Na szczęście Kurlandia miała liczne lasy i jeziora. Dla zaradnych raj. Jagody, grzyby i inne dobra z lasów, uratowały niejednego wojaka. Największym problemem było znalezienie całej, nadającej się do pływania łodzi oraz pochowanych w rozmaitych skrytkach sieci. Za to ile radości sprawiały złowione szczupaki, liny czy sumy. Dzięki nim można było jakoś dotrwać do formalnego zakończenia wojny. A potem wrócić do domów.
A w niemieckich domach było wtedy jeszcze gorzej, aniżeli na frontach. Bo, chociaż nikt do ludzi nie strzelał, to głód panował większy, aniżeli w okopach. I niewiele pomagały grządki warzywne czy próby hodowli rozmaitych zwierząt w przydomowych komórkach. Głód był powszechny, rozdzielany prawie po równo przez cesarską administrację w społeczeństwie.
Do tego telegramy z informacjami o poległych żołnierzach, które trafiały do rodzin, także nie podnosiły morale zdyscyplinowanej ludności.
Końcówka wojny, to także liczne zgony wynędzniałych, zagłodzonych cywilów – żon i dzieci – będących na frontach żołnierzy.
Dzisiaj, wiemy już, że owe zgony na zapleczu, wynikły z powodu epidemii grypy hiszpanki, która zebrała ogromne żniwo w żołnierskich domach. Ale wtedy mało kto słyszał o śmiertelnej grypie, pustoszącej Europę.

Ludzie nie mieli w owym czasie powodów do wielkiej radości. O abdykacji cesarza, a nawet o podpisanym zawieszeniu broni, mało kto wiedział. Informacje o ważnych wydarzeniach rozchodziły się stosunkowo wolno, głównie pocztą pantoflową.
A jednak – 11 listopada 1918 roku – był i dla moich śląskich dziadków ważną datą.
Koniec wojny oznaczał możliwość powrotu do domu. Ten, zabrał jednak sporo czasu.
Dziadek Paul wrócił na Śląsk pod Pszczynę, gdzie czekała żona oraz ponad-trzyletnia córka. Jego pierworodny, sześcioletni syn Teofil nie doczekał powrotu ojca do domu. Został pochowany miesiąc przed powrotem swego taty z wojny. Był jedną z ofiar wycieńczającego głodu i hiszpanki.
Była końcówka 1918 roku na Górnym Śląsku. Tuż za nieodległą wschodnią granicą państwa, trwał rozruch nowej Polski, która właśnie odzyskała swą niepodległą państwowość.

zak1953

11.11.2018
niedziela

Polak-patryjota

11 listopada 2018, niedziela,

Aktualny patriotyzm poznaje się po tym, że nabyte zostanie urządzenie wojenne pod nazwą „Patriot”, a nie zostaną nabyte wszystkie pozostałe. Patriotyzm państwowy na Stulecie Niepodległości 2018 poznaje się po tym, że państwowi patrioci rozwalają i państwo i wspólnotę we wszystkim tym, co jedno i drugie tworzy. Marnują wysiłki pokoleń, dewastują wytworzone dobra, infekują głowy kłamstwem, porażają moralność, wielbią niekompetencję, zakażają nienawiścią.
Mamy patriotyzm gęby. Gęby która jest krzywa i wypluwa puste lub trujące słowa.

Jest inny patriotyzm:
Kupa sprzątnięta po psie, „dzień dobry” powiedziane życzliwie do sąsiada. Staruszka przeprowadzona przez jezdnię, auto zaparkowane tak, żeby następne też się zmieściło.
Niepołamane drzewo, niewyrżnięta puszcza, niepomazana ściana, niewywiezione do lasu śmieci, posadzone i niezadeptane kwiaty.
Niezabite udręką konie zmuszone ciągnąć do Morskiego Oka wozy nabite zadowolonymi na gębie turystami, przygarnięty ze schroniska pies.
Nierozwalony pomnik będący zapisem historii, niezburzony bezmyślnie kawał miasta, by go przeciąć betonową kanalizacją szosy, nierozbita przedwojenna kamienica lub fabryka, by deweloper tanio zbudował banalne skrzynie. Niepostawiony płot, a wzbudzony uśmiech.
Tak zwany petent, z życzliwością obsłużony w urzędzie.
Zbudowany ośrodek społeczno-kulturalny w którym każdy dzieciak z Downem, każdy stulatek i każdy imigrant z Syrii oraz Marsa mają się za pan brat z każdym miejscowym szczęśliwcem. Nieudawanie głuchego, gdy za ścianą słychać bicie. Wysłuchanie dziecka, gdy daje znaki, że jest gwałcone.
Niezabity na szosie człowiek, niezatruty smogiem buchającym z pieca pełnego opon i całej gospodarki opartej na węglu będącym „polską racją stanu”.

Polaku, co z ciebie za patriota?

Tanaka

5.11.2018
poniedziałek

Jak na wyborczą niepodległość działa Duch Święty

5 listopada 2018, poniedziałek,

Jak działa Duch Święty wyjaśnił znawca Ducha, Pietrzak Jan. Pietrzak, dysponując chuchem oraz kontaktując z Duchem, oznajmił Publiczności Narodowej – z którym to Narodem też pozostaje w ścisłym kontakcie – co następuje:

Nikt poza Duchem Świętym nam nie pomógł. Polacy sami odzyskali niepodległość. W ten sposób skończyła się II wojna światowa. *

Tak jest. Niepodległość mamy od stu lat, co poznajemy po Dudzie Andrzeju na cmentarzu we wsi Głucha Dolna, czyli Nowy Sącz. Ewentualnie odwrotnie. Po tym samym poznajemy działanie Ducha Świętego: raz na sto lat. A nie, że raz w roku w Skiroławkach.

Uwzględniając rdzę w mechanizmie napędowym Ducha oraz ogólne zużycie materiału co ma już dobrze ponad 2000 lat, poprzednio zadziałał w roku 1812. Co z kolei wyjaśnił nam Mickiewicz. Zestawienie Pietrzaka z Mickiewiczem może się wydawać nieco ryzykowne, ale nic nie szkodzi: nie słychać, żeby Pietrzak protestował, a Mickiewicz i tak już nic nie powie. Chociaż wtajemniczonym to on podobno bardzo wiele mówi.

Skoro z Duchem Świętym taka sprawa, to jak nic oprócz niego nikt nam nie pomógł w tym, żeby wynik wyborów samorządowych był taki, jak już wiadomo.
Kaczyński z Pietrzakiem Janem i resztą biskupów, za pomocą pomników tego co pod Smoleńskiem oraz tego drugiego, zawierzyli Niepodległość Duchowi Świętemu. Oprócz tego, że Maryi zawierzyli polską elektryczność, węgiel kamienny oraz całą resztę. Pretensje niech mają do Onego i jego Maryi. **

Bo Maryjo – prowadź!

** Z tą pretensją pod Egidą Ducha to taki więcej żarcik był. Kto jest z teflonu, do tego się nic nie przyklei. Taki Duch nasz nadwiślański.
* www.natemat.pl

Tanaka

31.10.2018
środa

Dynia i krzyż

31 października 2018, środa,

Taka mi przyszła analogia w związku z obejrzanym kiedyś filmem Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż”.
Dlaczego ci, co czczą Krzyż, tak ostro zwalczają Dynię ? I Harry’ego Pottera ?
Czy was nie zastanowiło, dlaczego owych krzyżowców specjalnie nie denerwuje Latający Potwór Spaghetti, nie walczą z jego wyznawcami noszącymi na głowach durszlaki ?
Otóż ta religia nie zagraża interesom krzyżowców. Czasami bardziej gorliwy, a mniej kumaty krzyżowiec złoży donos na Pastarian, że ci obrażają jego uczucia religijne, ale mądrzy hierarchowie wiedzą swoje: że żadne parodie, naśmiewanie się, pląsanie człowieka-motyla ,w niczym nie spowoduje, żeby przeciętny baran i przeciętna owieczka stracą wiarę w pasterza i krzyż, a zaczną czcić makaron.
Ale Dynia, to zupełnie co innego. Przez tą Dynię grozi nam, że katolickie święto Wszystkich Świętych zamieni się w pogański Halloween.
W czym rzecz ? Otóż w tym Halloweenie biorą udział głównie dzieci. A to już nie przelewki. Dzieci przebierają się w jakieś straszliwe kostiumy, oswajają się z kościotrupami, diabłami, piratami, duchami; bawią się i śmieją. Przestają się bać Boga i Diabła.
A przecież dzieci to przyszłość, to kapitał o który należy dbać, chuchać nań, to są przyszłe barany i przyszłe owieczki i nie można sobie pozwolić na to, aby jakaś Dynia je zdemoralizowała i odwiodła od prawdziwego Boga. Żeby przestały się bać kary boskiej !

Demoralizacja tych dzieci polega na tym, że przebrane w jakieś upiorne stroje chodzą od domu do domu, od drzwi do drzwi i żebrzą , a zaszantażowani owym Trick or Treat gospodarze są zmuszani dawać im słodycze. Wszystko to odbywa się w atmosferze budzącej niesmak, niefrasobliwej zabawy. A zważmy, że już nie za długo księża też będą chodzić po kolędzie i nie będzie to za niepoważną prośbą o jakieś cukierki i ciągutki, o nie ! A to trzeba na naprawę dachu plebanii, może ratowanie jakiejś stoczni, nowych złotych szat dla obrazu najświętszej panienki. To są spore koszta i może zaistnieć poważna obawa, ze po tych halloweenowych ekscesach jakaś uboga emerytka zamiast oddać księdzu domokrążcy ostatni grosz, poczęstuje go własnego wypieku ciasteczkami.

No i drugi niebezpieczny konkurent to Harry Potter. Szkoła czarodziejów i czarowników, latania na miotle i tym podobne bzdury, zaśmiecające głowy dzieciom!
A przecież w Polsce istnieją seminaria, w których szkolą się przyszli czarownicy. W prawdzie nie latają na miotłach, ale potrafią dokonywać większych cudów, sprzedając za ciężki grosz towar od samego pana boga. Zarabiać na każdej owieczce od jej urodzenia do śmierci, strzygąc ją na chrzcie, komunii, bierzmowaniu, ślubie, konsystorskim rozwodzie, ponownym ślubie, kolejnych chrztach, komuniach dzieci, wreszcie na koniec – pogrzebie.
Co będzie jak dzieci po przeczytaniu Harry Pottera nie pójdą, kiedy dorosną, do tej szkoły czarowników, zwanej seminarium?

Nie wiadomo co gorsze: Dynia z wyszczerzonymi zębami, czy latający na miotle Harry ?
Jaką strategie przyjmie Przenajświętszy Kościół Katolicki ? Ano przyszłość pokaże.

Wesołego Halloweena.
Lewy

25.10.2018
czwartek

Żarówki Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego

25 października 2018, czwartek,

[kadry z filmu „Konopielka” w reż. W. Leszczyńskiego. 1981]

– Dolej mnie tu kobieto polewki, bo w nerwach żem jadł to i smaku nie czułem. I gazete daj.
– Ceśka, ciemno jest!
– Zara ci zrobie jasno. Tylko żarówkie wkrence i lep na muchy przyczepie.
– Zwariowałaś, babo?! Dawaj mnie tu zara lampe naftowo po ojcu! Żarówki jej się zachciało, paczcie jaka hamerykańska i nowoczesna!
– A na co ci ten kopciuch, e? Tera jest powiedziane, że nowoczesność w domu ma być i klozet, to i jest! Pralka jest na chodzie, lodówka jest, telewizor jest, traktor za unijne pieniądze, szklarnia i dopłata to i żarówka jest. Tyś chyba Marian ze szczętem zgłupiał z tom żarówkom!
– Babo, ty mnie nie denerwuj tylko lampe ojcowsko dawaj. Tradycja w Narodzie musi być. I ojcowizna!
– A skąd jak ci wezme lampe naftowo? To żeś sam oddał ze dwa roki nazad tym Felkom za lasem, co prundu nie majo!
– To leć, babo do Felka i odbierz lampe. Tradycja wraca i husaria pancerna! Prezydent powiedział. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz swojo demokracjo i Brukselo. On nam demokracjo, a my go Tradycjo Prawdziwego Polaka załatwim i szlus! A i kosa się znajdzie w potrzebie z obrzynem. Bierz małego i chybaj. Tylko idźta przez zboże, ze wsi Moskal stoi!

* * *

Tak, po kątach, polach, lasach i nocach, gada Lud Polski. Na którego straży stoi strażnik, lokator Pałacu Prezydenckiego. Co się wziął i w pielgrzymkę udał. Do Berlina – stolicy wrażego narodu od kondominium, co to reparacji wojennych nie chce płacić i terrorystów chorych na pasożyty i gwałcenie Polek nasyła. Jak się udał, to zaraz stanął na placu, albo w jakimś pałacu i oświadczył:
Może mamy problem z demokracją w UE ? Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki, można kupić tylko żarówkę energooszczędną? Bo UE zakazała. To są problemy, nad którymi zastanawiają się ludzie. [1]

Tak jest, ludzie się zastanawiają…

Tenże strażnik czegoś, o czym sam nie ma pojęcia ale strzeże, u progu prezydentury twardo oświadczył, że węgiel to jest Polska Racja Stanu. Osoba, co to zajmowała urząd premiera i pojechała do Brukseli żeby sromotnie wygrać 1:27 z powodu problemu z demokracją, a górnictwa broniła prawie tak jak własnej broszki oraz spływu po Dunajcu w trakcie gdy w Polsce działy się demokratyczne rzeczy, miała tak samo: węgiel Polską Racją Stanu. Polską racją stanu musiała też być likwidacja energetyki wiatrowej, za co wziął się rząd żarówkowej racji stanu.
Jest jednak w Narodzie nowoczesność: wicepremier od gospodarki, ze 3 lata temu też gdzieś stanął i oświadczył, że za jakieś 7 lat po Polsce będzie jeździć milion samochodów elektrycznych. Całych polskich, czyli katolickich. Postęp w kierunku widać po tym, że już mamy prąd katolicki: zarządy, rady nadzorcze i piony a nawet poziomy spółek energetycznych z udziałem skarbu państwa zostały oblepione swojakami, od tradycji i Polaka Najlepszego Sortu. Prąd został zawierzony Maryi. Hurtowo, włącznie z odbiorcami. Taniej, żeby było drożej. Biskup zaś pokropił i też zainkasował. Dlatego – Mordowicz.

Znaczy, za 4 lata po Polsce będzie jeździć ten milion katolickich aut elektrycznych. Bo też osoba zawierzenia czyli dużej broszki oświadczyła uwalając – razem z tym co już wszystko uwalił – kontrakt na caracale, że Polska nie godzi się być państwem magazynów i montowni, a będzie państwem własnych i kompleksowych opracowań i wynalazków. Poznaliśmy to po grafenie: miał być polski i katolicki, a wyszło jak zwykle. I do Reformacji znowu nie doszło, chociaż doszło do różnych wydarzeń.
Będą więc auta polskie i katolickie – co zawsze jest jednością – od A do Z. Toyota, Nissan, Renault, nawet ateistyczna czeska Skoda, co rok temu ogłosiła wydanie 2 miliardów euro na badania, projekty i wdrożenia aut elektrycznych – leżą i kwiczą. Ze śmiechu. Z perspektywy nadwiślańskiej – z przerażenia. Zdublowani!

No i ludzie się zastanawiają. Na przykład nad tym, że Polak wozi śmieci do lasu, a w piecu pali opony i stary lakier. Ekologiczniej: patrzysz – czystość w domu i zagrodzie. Oraz gość w dom, Bóg w dom! I że 40 tysięcy Polaków, dużych i małych, umiera przedwcześnie z powodu zatrucia środowiska i atmosfery. Polak jest katolik i nie znosi aborcji, ale morduje 40 tysięcy i jest zadowolony. Polska racja stanu, więc Bełchatów to największy truciciel atmosfery w Europie.

Im więcej węgla i innych wyziewów, tym więcej CO2 w atmosferze i tym szybciej postępuje efekt cieplarniany. Już 100 lat temu zauważyli to pierwsi badacze, a wtedy epoka węgla trwała w najlepsze. Dziś od alarmów huczy, a dowody na to, że sami niszczymy Ziemię i sprowadzamy na siebie plagi są bezsporne. Fakty przytłaczają. Po oceanach pływają kontynenty niezniszczalnych śmieci, duszące i zatruwające życie. Postępujące wysuszanie i pustynnienie wielkich połaci lądu dopiero się rozpędza. Klęski głodu, masowe migracje i wojny o wodę, o ziemię, o przeżycie już trwają a ich nasilenie rośnie, szczodrze wzmacniane bombami, jakie na jednych przeciw drugim żeby było na nasze, spuszczamy. Potężniejących fali uciekinierów z obszarów nie do życia nie powstrzymamy, bo oni walczą o życie, a my – o własną wygodę i życie w złudzeniach. Urządzając wojny i niszcząc Ziemię, sami się o konflikty, także u siebie, prosimy. Znikają lody Arktyki, znikają gatunki, rośnie emisja metanu z bagien tundry do niedawna uwięzionego pod lodem. Rosnący poziom oceanu światowego zaleje mnóstwo świetnych miast Europy, które tworzyły podwaliny naszej cywilizacji. Niemal każde miasto nadmorskie, portowe – a takie zwłaszcza były ogniskami cywilizowanego świata, znajdą się pod wodą.

Tymczasem lokator Pałacu Prezydenckiego, wygłasza w Berlinie oświadczenia w sprawie braku demokracji i przymusu stosowania energooszczędnych, czyli węglooszczędnych źródeł światła, które zarazem skłaniają nas do myślenia o środowisku i perspektywie cywilizacji w szerokim sensie.

Ludzie się zastanawiają. Ale wcale nie jest pewne, czy w Polsce się zastanawiają. Pewne jest zaś to, że zawzięcie nie zastanawia się ten co według Konstytucji jest od zastanawiania się. Żeby się nie zastanawiać, trzeba łamać Konstytucję. I odwrotnie: jak się jest takim niezastanawiaczem, to się ją łamie. A razem skutek z tego taki, że publiczne pośmiewisko przed Europą i samobójstwo w jednym: 40 tysięcy trupów co roku i tyłem do przodu po to, żeby nie być krainą montowni, ale wynalazcą katolickiej sochy i potopu. Tradycja działa.

Film „Konopielka” według prozy Edwarda Redlińskiego, jest o zmaganiach się z nowoczesnością: zabobon przeciw rozumowi, Tradycja przeciw wiedzy, swojskość przeciw modernizacji, wreszcie kosa przeciw sierpom. Z krwawym skutkiem. Rzecz o wiecznie zapóźnionej racji stanu Polaka. Od tamtej rzeczywistości – przedwojnia – minęło lat 80, 90. Tyle samo lat minęło od felietonów Tadeusza Boya-Żeleńskiego i jego społecznikowskich, oświeceniowych działań w kraju co oświecenia – wielkie dzięki Kościołowi kat.: dzięki o Panie, składamy dzięki – nie zaznał; konsekwentnych i osobiście kosztownych, wydobywających Polaka z kleszczy religii, jej zabobonów, choroby i krótkiego życia. Minęło? Jakie minęło. Ta sama wewnętrzna struktura w głowach, co była. Ta sama czujność, to samo cierpienie oraz widzenie: wróg wszędzie. I czuwa. Nawet ten sam – Żyd, mason i komuch. I Maryjo prowadź!

Właśnie odbyły się wybory samorządowe. Odbyła się premiera innego filmu na temat: „Kler”. Pora się zastanowić nad tym, co zrobić dalej. Chyba, żeby się nie zastanawiać. Co jest przecież Tradycją i Polską Racją Stanu.

Tanaka

[1] Za rp.pl

19.10.2018
piątek

Śmierć Piotra Szczęsnego

19 października 2018, piątek,

[1]. Mija rok, jak ten wrażliwy człowiek, patriota nie mogący znieść tego ,jak szajka Skunksa niszczy Ojczyznę, łamiąc cywilizowane standardy współżycia, kłamiąc, opluwając autorytety, ośmieszając Polskę, pan Piotr protestując przeciwko temu, podpalił się w Warszawie i zmarł.
Pozostawił testament. Pamiętajmy o Piotrze Szczęsnym. Pamiętajmy o tym, że Skunks w dalszym ciągu judzi, ubliża, wyzywa, wyznaczył na premiera notorycznego kłamcę. Że Polska dalej się stacza, staje się pariasem Europy i świata. Ośmieszony przez prostaka Trumpa Duda, prezydent naszej ojczyzny, został potraktowany jak lokaj.
Złóżmy hołd Piotrowi Szczęsnemu. Cześć jego pamięci.

[2]. Piotr Szczęsny, decydując się na złożenie ofiary własnego życia, postawił nam pytania. Tam, gdzie nie są zadane wprost, rozumiem je tak:
Czy stajemy się ludźmi wolnymi i obywatelami własnego państwa, czy wciąż jesteśmy niewolnikami, teraz już ochotnie kontynuującymi kilkusetletnią normę?
Czy dajemy się omamić koralikami i jak dalece damy się nimi skorumpować gdy kradną nam dom i cześć?
Czy dalej będziemy żyć w oparach mniemań i chorych rojeń, czy raczej wybierzemy życie w rzeczywistości?

Ponieważ to rzecz życia i śmierci, oraz rzecz jednego człowieka, należy zauważyć, że to co powiedział i uczynił obywatel z pobudek cywilnych i przyzwoitych, tego nie wypowiedział i nie uczynił Kościół kat. Wielki Moralista i byt tożsamy z Polską, jak sam o sobie mniema. Nie mogło być inaczej: w każdym punkcie tego, przeciw czemu protestuje Piotr Szczęsny siedzi schowany ów byt.
Czy sobie życzymy pytań słuchać i na nie odpowiadać, czy też nie, nie ma znaczenia. Brak decyzji jest decyzją, brak odpowiedzi jest odpowiedzią. Od dnia samopodpalenia Piotra Szczęsnego, a zwłaszcza od dnia jego śmierci, na pytania codziennie odpowiadamy. Już za chwilę, po wynikach wyborów samorządowych, poznamy odpowiedź dla Piotra Szczęsnego i dla siebie samych na kolejne lata.

[3]. Dzis mija pierwsza rocznica samospalenia się Piotra Szczesnego. Zostawil swoje postulaty, które „wykrzyczał” odchodząc w plomieniach własnoręcznie wznieconych. Zostawil swoje postulaty ujęte w formie protestu. Nic z jego protestow, nic z jego wezwan, nie zadzialalo. Wladz PiSu i Jarosalawa Kaczynskiego nie sklonil do cofniecia się. A tych co widza i rozumieją zlo i destrukcje konsekwentnie wprowadzane, nie naklonil do wspólnych i skutecznych dzialan, choć wskazal wyraźnie, ze jednym z najgroźniejszych, jest wlasnie podzial społeczeństwa, którego dokonal Kaczynski ze swoja partia.
Mija pierwsza rocznica od aktu samospalenia się Piotra Szczesnego. Mija z paroma wspomnieniami i zalem, ze bardziej wstrząsem okazuje się sama smierc i w jej cieniu gina powody jego decyzji. O smierci i jej rocznicy się pisze i rozmawia więcej niż o tym, co powoduje, ze zlo czyni postępy, a podzielone spoleczenstwo nie jest zdolne do obrony swojej wolności przed zniewoleniem?
Smierc Szarego Czlowieka wywarla silne wrazenie, a jego manifest już nie. Dlaczego?
Jest zapewne wiele odpowiedzi, ale najbardziej podstawowa, jest zarazem najbardziej szokujaca. Otoz sadze, ze swojej wolności bronia jedynie ci, co sa wolni i swoja wolność cenia.
I to ostatnie, jest szokiem, bo ujawnia najgłębiej skrywana i przemilczywana prawde o polskim społeczeństwie, które w swojej masie sklada się wlasnie z ludzi w jakiś sposób niewolnych. Z ludzi bedacych niewolnikami, bo choć formalnie sa niby wolni, to jest im obojętne odbieranie wolności i to wlasnie ujawnia fakt, braku masowej obrony odbieranej wolności.

Lewy [1] , Tanaka [2], lonefather [3]

Oto pełna treść listu rozdawanego przez Piotra Szczęsnego 19 października 2017 pod Pałacem Kultury.

„1. Protestuję przeciwko ograniczaniu przez władzę wolności obywatelskich.
2. Protestuję przeciwko łamaniu przez rządzących zasad demokracji, w szczególności przeciwko zniszczeniu (w praktyce) Trybunału Konstytucyjnego i niszczeniu systemu niezależnych sądów.
3. Protestuję przeciwko łamaniu przez władzę prawa, w szczególności Konstytucji RP. Protestuję przeciwko temu, aby ci, którzy są za to odpowiedzialni (m.in. Prezydent) podejmowali jakiekolwiek działania w kierunku zmian w obecnej konstytucji – najpierw niech przestrzegają tej, która obecnie obowiązuje.
4. Protestuję przeciwko takiemu sprawowaniu władzy, że osoby na najwyższych stanowiskach w państwie realizują polecenia wydawane przez bliżej nieokreślone centrum decyzyjne związane z Prezesem PiS, nieponoszące za swoje decyzje odpowiedzialności. Protestuję przeciwko takiej pracy w Sejmie, kiedy ustawy tworzone są w pośpiechu, bez dyskusji i odpowiednich konsultacji, często po nocach, a potem muszą być prawie od razu poprawiane.
5. Protestuje przeciwko marginalizowaniu roli Polski na arenie międzynarodowej i ośmieszaniu naszego kraju.
6. Protestuję przeciwko niszczeniu przyrody, szczególnie przez tych, którzy mają ją chronić (wycinka Puszczy Białowieskiej i innych obszarów cennych przyrodniczo, forowanie lobby łowieckiego, promowanie energetyki opartej na węglu).
7. Protestuję przeciwko dzieleniu społeczeństwa, umacnianiu i pogłębianiu tych podziałów. W szczególności protestuję przeciwko budowaniu „religii smoleńskiej” i na tym tle dzieleniu ludzi. Protestuję przeciwko seansom nienawiści, jakimi stały się „miesięcznice smoleńskie” i przeciwko językowi nienawiści i ksenofobii wprowadzanemu przed władze do debaty publicznej.
8. Protestuję przeciwko obsadzaniu wszystkich możliwych do obsadzenia stanowisk swoimi ludźmi, którzy w większości nie mają odpowiednich kwalifikacji.
9. Protestuję przeciwko pomniejszaniu dokonań, obrzucaniu błotem i niszczeniu autorytetów, takich jak np. Lech Wałęsa, czy byli prezesi TK.
10. Protestuję przeciwko nadmiernej centralizacji państwa i zmianom prawa dotyczącego samorządów i organizacji pozarządowych zgodnie z doraźnymi potrzebami politycznymi rządzącej partii.
11. Protestuję przeciwko wrogiemu stosunkowi władzy do imigrantów oraz przeciw dyskryminacji różnych grup mniejszościowych: kobiet, osób homoseksualnych (i innych z LGBT), muzułmanów i innych.
12. Protestuję przeciwko całkowitemu ubezwłasnowolnieniu telewizji publicznej i niemal całego radia i zrobieniu z nich tub propagandowych władzy. Szczególnie boli mnie niszczenie (na szczęście jeszcze nie całkowite), Trójki – radia, którego słucham od czasów młodości.
13. Protestuję przeciwko wykorzystywaniu służb specjalnych, policji i prokuratury do realizacji swoich własnych (partyjnych bądź prywatnych) celów.
14. Protestuję przeciwko nieprzemyślanej, nieskonsultowanej i nieprzygotowanej reformie oświaty.
15. Protestuję przeciwko ignorowaniu ogromnych potrzeb służby zdrowia.
Protestów pod adresem obecnych władz mógłbym sformułować dużo więcej, ale skoncentrowałem się na tych, które są najbardziej istotne, godzące w istnienie i funkcjonowanie całego państwa i społeczeństwa.
Nie kieruję żadnych wezwań pod adresem obecnych władz, gdyż uważam, że nic by to nie dało.
Wiele osób mądrzejszych i bardziej znanych ode mnie, podobnie jak wiele instytucji polskich i europejskich wzywało już te władze do różnych działań i niezmiennie te apele były ignorowane, a wzywający obrzucani błotem. Najpewniej i ja za to, co zrobiłem też takim błotem zostanę obrzucony. Ale przynajmniej będę w dobrym towarzystwie.
Natomiast chciałbym żeby Prezes PiS oraz cała PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża i że mają moją krew na swoich rękach.
Wezwanie swoje kieruję do wszystkich Polek i Polaków, tych którzy decydują o tym kto rządzi w Polsce, aby przeciwstawili się temu, co robi obecna władza i przeciwko czemu ja protestuję.
I nie dajcie się zwieść temu, że co jakiś czas działalność władz uspokaja się i daje pozór normalności (jak choćby ostatnio) – za kilka dni, czy tygodni znowu będą kontynuować ofensywę, znowu będą łamać prawo. I nigdy nie cofną się i nie oddadzą tego, co już raz zdobyli.
Wprawdzie to już dość wyświechtane powiedzenie, ale bardzo tutaj pasuje: Jeśli nie my, to kto? Kto jak nie my, obywatele ma zrobić porządek w naszym kraju? Jeśli nie teraz, to kiedy?
Każda chwila zwłoki powoduje, że sytuacja w kraju staje się coraz trudniejsza i coraz trudniej będzie wszystko naprawić.
Przede wszystkim wzywam, aby przebudzili się ci, którzy popierają PiS – nawet jeśli podobają się wam postulaty PiS-u, to weźcie pod uwagę. że nie każdy sposób ich realizacji jest dopuszczalny. Realizujcie swoje pomysły w ramach demokratycznego państwa prawa, a nie w taki sposób jak obecnie.
Tych, którzy nie popierają PiS, bo polityka jest im obojętna albo mają inne preferencje, wzywam do działania – nie wystarczy czekać na to co czas przyniesie, nie wystarczy wyrażać niezadowolenia w gronie znajomych, trzeba działać. A form możliwości jest naprawdę dużo.
Proszę was jednak, pamiętajcie, że wyborcy PiS to nasze matki, bracia, sąsiedzi, przyjaciele i koledzy. Nie chodzi o to żeby toczyć z nimi wojnę (tego właśnie by chciał PiS) ani „nawrócić ich” (bo to naiwne), ale o to, aby swoje poglądy realizowali zgodnie z prawem i zasadami demokracji. Być może wystarczy zmiana kierownictwa partii.
Ja, zwykły, szary człowiek, taki jak wy, wzywam was wszystkich – nie czekajcie dłużej. Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej, zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj; zanim całkowicie pozbawi nas wolności.
A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziecie czekać, aż wszystko zrobią za was politycy – bo nic nie zrobią!
Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!”