Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

19.01.2019
sobota

Polak nienawidzi dziecka swego. I jest zadowolony!

19 stycznia 2019, sobota,

Polska to jest kraj katolicki. Nic bez katolicyzmu i katolika w nim nie zachodzi. Polski katolik jest najwybitniejszym katolikiem Polski, Europy, świata, galaktyki, świata tego i tamtego, a najbardziej – czarnej dziury.

Polak jest katolik, więc nie robi sobie aborcji nawet jak jest tatusiem. Ponieważ Polak miłuje Boga oraz wszystkie dzieci miłuje, a już najbardziej – własne. Miłowanie jest co prawda bezstopniowe, ale nie na Ziemi, tej Ziemi. Oraz nadwiślańskiej.

Z tym miłowaniem to nieprawda. Jest to bowiem prawda obiegowa i pobożna, czyli trzecia prawda Tischnera. Powiem ładnie: fałszywa.
Tak Polak swoje dziecko wychowuje, że nie wychowuje i mówi, że ma się tym zajmować szkoła. Szkoła mówi, że nie ma budżetów, nie nadąża, że dostaje dzieci niewychowane, a od wychowania są rodzice. Rodzice są właścicielami dzieci, dlatego ich nie wychowują, albo wychowują na wzór własnej nędzy i pozoru: nie zadawaj głupich pytań, masz tu smartfona, kompa, idź i się zajmij sobą!

Dziecko idzie i się zajmuje. Czuje, lecz nie umie tego nazwać: zostało zdradzone. Chodzi w szkole na katechezę, czyli lekcje miłowania człowieka przez człowieka. Tego jeszcze nie umie nazwać: zostało oszukane i zdradzone.

Dziecko, zgwałcone przez księdza katolickiego, płacze. Mamusia pyta dziecko: czemu płaczesz, kochanie? Dziecko odpowiada: bo mi ksiądz siusiaka. Mamusia wie jak zareagować – szmatą przez łeb: a won mi ty gnojku z domu! Nie będziesz naszego kochanego proboszcza ani Kościoła Świętego szkalował !!!
Matka zdradziła własne dziecko. Ojciec zdradził własne dziecko. Rodzina zdradziła. Po tym poznajemy, że Polak-katolik miłuje dzieci.

Wskutek szoku wywołanego mordem na Pawle Adamowiczu niektóre samorządy chcą, w pilnym trybie, wprowadzić edukację związaną z rozpoznawaniem języka przemocy, nienawiści i zapobiegania jej stosowaniu. Przeciwko temu rozpętał się krzyk sprzeciwu: katolickie organizacje już instruują rodziców, by wyrażali niezgodę na tą edukację. Bo to lewacka propaganda. To rodzic decyduje o wychowaniu dziecka i robi to najlepiej.
Dziecko nie umie tego jeszcze nazwać: zostało zdradzone i zmienione w obiekt gry.

Rzecznik praw obywatelskich, Adam Bodnar – w którego godzi nieustannie pisowska władza państwowa w ścisłym sojuszu z adekwatnymi mediami – zadał na spotkaniu z dziećmi pytanie: powiedzcie, co was rani? I rozdał kartki. Uzyskał odpowiedzi dzieci, w wieku lat czternastu. Piszą dziewczynki: zewsząd dowiaduję się, że jestem pi..a, ku..a, szmata, zdzira.
Rodzice nie rozmawiają z dziećmi o problemie nienawiści. A niby czemu mieliby, skoro sami są jej źródłem?

* * *

Chcecie poznać, jaka jest dokładna miara naszego spotwornienia? Jak atmosfera nienawiści państwowokatolickiej, wzniecająca podłość w nas degraduje nasze człowieczość, po ostateczność? Oto macie miarę.

Po tym, jak zrezygnował Jurek Owsiak, swoją działalność w WOŚP zawiesił też Łukasz Berezak, najsłynniejszy wolontariusz Orkiestry.
Łukasz ma 15 lat, od siedmiu lat jest wolontariuszem Orkiestry. Zaczynał jako ośmiolatek. Nie wytrzymał, poddał się. Milczał lata, sprawa szlachetności Orkiestry była ponad wszystko. Teraz mówi:
Nie wiem czy wiecie, ale ja tez jestem człowiekiem i może po mnie tego nie widać, ale ja też mam tego wszystkiego dość, ciągłego hejtu i nienawiści.

Powiedziało dziecko, głos zabrała też jego matka, pani Izabela:
Przeszliśmy przez wielką falę hejtu. Zwłaszcza po koncercie, kiedy na Facebooku pojawiła się masa fałszywych kont, na których ludzie zbierali pieniądze „dla Łukasza”. Ludzie zarzucali nam, że żerujemy na dziecku. Pamiętam, jak płakał w zeszłym roku. Podchodził do każdego. Jedni odmawiali, inni wrzucali, ale trafił na pewną starszą kobietę… Nie zostawiła na nim suchej nitki. Obrażała. Łukasz nie rozumiał, o co jej chodzi. Płakał. Ale po chwili ruszył dalej, by kwestować
Chłopiec ze względu na chorobę Leśniowskiego-Crohna i inne schorzenia cierpi na nadwagę. To stało się pożywką dla hejterów.
Dziecko, chore, kwestujące dla Orkiestry czyli dla takich jak ono, stało się celem nienawiści.

System opluwania, pomawiania, kłamstwa, poniżania i nienawiści został wmontowany w system państwa, stał się z nim jednością. Systemowi temu w niczym nie zaprzecza Kościół katolicki, który nieustająco zajmuje się wyznawaniem i praktykowaniem miłości bliźniego i pilnowaniem prawidłowej, czyli katolickiej moralności. Za co każe sobie słono płacić – i jest suto opłacany. Kościół kat. nie tyko nie zaprzecza, ale i czynnie włącza się w ten system pogardy. Bez trudu znajdziecie słowa i gesty biskupów, które to poświadczają. Codziennie i od nowa. I traficie na jego podłe milczenie, gdy trzeba krzyczeć. Polak się budzi, Polak włącza radio, net, czyta fachową prasę, słucha wieści gminnej, idzie do kościoła, a dzieciaki idą na katechezę. I już Polak wie, co dobre jest, a co złe. Przekaz przyjmuje i realizuje.

Państwowy system poniżania i nienawiści został zbudowany wyłącznie przez prawidłowych katolików. Przez Najlepszy Sort Polaka. Cała zaś reszta to najgorszy sort Polaka, który ma zdradzieckie mordy, zamordował brata i nienawidzi Chrystusa.
Każdej niedzieli prawidłowy i państwowotwórczy Polak idzie na mszę katolicką, wyciąga język i gryzie ciasteczko, czyli „Ciało Chrystusa”, a następnie przekazuje dookoła „znak pokoju”. Państwowotwórczy katolik uczestniczy w niekończących się mszach za Ojczyznę. Niekończące się szeregi kleru katolickiego błogosławią tego Polaka i taka Polskę. Zdradzają.

Dziecko to jest coś, nad co nie ma wyższej wartości. Tak słyszymy. Na wojnie, matka zasłoni dziecko przed kulą. W czasie pokoju, w wolnej Polsce – tak mówimy, matka, ojciec, krewni, minister, premier i prezydent ze swoim prostym posłem z ławy – a wszyscy pod przewodem Kościoła kat. – dziecko zranią, zdradzą, zniszczą mu dzieciństwo i przerobią na nienawistnika. Tak jak pierwej zdradzili dziecko w sobie. Z tego dziecka będzie Polak. Polak-katolik.

Ten kraj nazywa się Polska.

Tanaka

Cytaty nt. Łukasza: Onet.pl

14.01.2019
poniedziałek

Cios nienawiści, promień wolności

14 stycznia 2019, poniedziałek,

Paweł Admowicz nie żyje. Został zamordowany. Moja nadzieja, nasza nadzieja sprzed kilku godzin, że wróci do zdrowia, skończyła się.

Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, został dźgnięty nożem. Trafił do szpitala w ciężkim stanie, lekarzom udało się przywrócić akcję serca. Bandyta który to zrobił podczas – cóż za perwersja – finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, najlepszej rzeczy jaka się Polakom jako społeczeństwu zdarzyła po 1989-tym, wykrzyczał do mikrofonu: Platforma Obywatelska mnie torturowała. Dlatego właśnie zginął Adamowicz.
Paweł Adamowicz żyje, w tej chwili żyje, jego stan jest ciągle ciężki i życzę mu, by powrócił do pełni zdrowia.

Bandyta swój czyn umotywował rzekomym torturowaniem go przez partię polityczną. Jest jednak inna partia, jej wódz i jej środowisko którzy nie rzekomo, a realnie zdobyli władzę opierając się na monstrualnym kłamstwie smoleńskim, które stało się fundamentem tortury znieprawienia: za pomocą tworzenia podziałów między ludźmi, siania nienawiści, pogardy wobec wszystkich mających inne zdanie niż władza pisowska i rzucania w ludzi kamieniami kalumnii: esbecja, komuchy, agenci, mordercy dzieci nienarodzonych, dżenderowcy, pedały i lesby, zdrajcy Polski i Kościoła w jednym. Nieusuwalnymi znakami tej podłości stały się spotworniałe oczernianiem wrzaski Kaczyńskiego w Sejmie do rzekomych morderców jego brata i słowa o najgorszym sorcie Polaków, którymi wtórował inny człowiek niskiej miary – Duda. By zło łatwiej się szerzyło, musi być – i jest – ten co milczy i ten co podobnie dzieli – Kościół katolicki.

Niedobrze mi się robi od oślizgłych słów obłudnej władzy, która po zbrodniczym zamachu na prezydenta Gdańska udaje troskę o jego życie i współczucie. Tą fałszywość partyjnej i państwowo-katolickiej władzy która jest wytwórcą zła zatruwającego Polaków i katalizatorem parszywości w głowach tak wielu, trzeba dobrze zapamiętać. I zrobić wszystko, co porządny obywatel może i powinien, by tą truciznę zneutralizować i pozbyć się jej na dobre.

Skoro to drastyczne zło się już stało, niech otrząśnie Polaków z maligny. Niech będzie zaczynem tego, co władza fałszywie nazwała powstaniem z kolan, a co jest realnie i prawdziwie niezbędne by być podmiotem w państwie i wolnym obywatelem oraz serdecznym sąsiadem, a nie niewolnikiem fobii i urojeń oraz władzy dusz i ciał.

Jak być jasnym, jak tworzyć wspólnotę ludzi dobrej woli, spontanicznego serca i szczodrego uśmiechu pokazuje Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Która nie jest prywatną własnością Jurka Owsiaka, a dobrem wspólnym Polaków. To wspólne dobro, to najlepsze osiągnięcie, z samej istoty jest tak drażniące nienawistników. Niech Orkiestra nam gra, grajmy w jej składzie i wygrajmy sobie fajną, wolną Polskę i wygrajmy sobie siebie – ludzi wolnych, szczodrych i uśmiechniętych. A wtedy nienawistnicy, pretensjonaci i szantażyści; hodowcy chorób władzy i religii – sczezną.

Tanaka

9.01.2019
środa

Episkopat PRL przewielbia

9 stycznia 2019, środa,

Tako rzecze rzecznik, Episkopatu: Religia zawsze była w szkole, z wyjątkiem około czterdziestu lat czasów komunistycznych. Wyrzucanie religii ze szkoły jest wracaniem do tych czasów.

Rzecze także inne ciekawe rzeczy: Ta propozycja [wykreślenia katechezy z listy przedmiotów lub jej odpłatność ze źródeł niepublicznych, przyp. T.] uderza w zasadę bezpłatnej edukacji. A artykule 70 [Konstytucji] jest napisane, że nauka w szkołach jest bezpłatna.

Gdy prowadzący rozmowę przypomniał, że według projektu ustawy Inicjatywy Polskiej opłat za religię nie ponosiliby wcale rodzice uczniów, a pensje katechetów i księży byłyby opłacane ze środków Kościoła, rzecznik episkopatu odparł: – Rodzice płacący podatki maja prawo, żeby z tych podatków były utrzymywane lekcje religii.

Wreszcie, pytany jak ocenia wynik przeprowadzone w Polsce badania, z którego wynika, że aż 57 procent osób w wieku do 24 lat chciałaby wykreślenia religii z listy szkolnych przedmiotów, odparł: – Jeżeli zapytalibyśmy o nauczanie matematyki, fizyki, to ciekawe, jakie wtedy byłyby wyniki.

Widać jasno, że rzecznik, razem z całym swoim Episkopatem zna się na tym co było zawsze. Co nie dziwi: Kościół kat. zawsze prześladował Żydów. Zawsze kobietę i dziecko miał za podczłowieka. Zawsze usiłował zdominować inne religie, bardzo często siłą i zbrodnią oraz żądał dla siebie lepszych praw niż inni mają. Zawsze uważał, że edukacja jest ludowi zbędna. Zawsze prześladował kacerzy, wolnomyślicieli, sprzeciwiał się nauce, zawsze demonizował masonów itd. itp.
Od zawsze Kościół kat. – czyli kler – roi się od pedofilów, pederastów, gwałcicieli pań i panów dorosłych, dziwkarzy, dzieciorobów produkujących bękarty które porzuca, pornografów, alkoholików, narkomanów, w sumie – wszelkich zboczeńców. Od zawsze kłamie, krzywoprzysięga, daje fałszywe świadectwa ustnie i fałszuje dokumenty, nurza się we wszystkich grzechach głównych, a jak ktoś ma pojęcie o tym „co naprawdę mówi Ewangelia” to widzi, że nieustanie bluźni myślą, mową i uczynkiem przeciw swojemu Jezusowi. I w związku z tym jest Święty – jak od rana powtarza każdy członek kleru i jak stoi w każdej katolickiej książeczce.

Wszystko to stanowi taką samą „zawszość”, o jakiej mówi rzecznik nazwisk dwojga – Ks. Paweł Rytel-Andrianik. A nawet lepszą.

Świat się zmienia, to i „zawszości” się zmieniają. I tu Cud Boski: spośród tych wszystkich „zawszości”, Kościół kat. co raz którąś porzuci – już nie są „zawsze i na zawsze”. Fakt, niemal wyłącznie porzuca pod przymusem niekościelnego świata, ale jakoś porzuca, usilnie je przy tym rozcieńczając.
Takie np. rzezie, szerzenie wiary mieczem, absolutny prymat praw kościelnych nad ludzkimi, sromotnie przegrywana walka z nauką więc zamieniana w lipną cnotę, a nawet – całkiem świeżo co prawda i prawie całkiem fałszywie, półgębkiem i przez maskę wyrażane werbalne deklaracje, że kler niekoniecznie powinien tak masowo gwałcić dzieci – wszystko to dowodzi tzw. elastyczności Kościoła kat. w sprawie wieczności tego, co tu na Ziemi. Z wiecznością tego co w niebie też są kłopoty, ale pozostańmy na Ziemi, tej Ziemi, którą nasz Święty Ojciec Święty tak umiłował.

Skoro mamy takiego fajnego Świętego, przypomnijmy jedną z jego „zawszości”, pod postacią „nigdości”: nigdy w Kościele kat. kobieta nie będzie kapłanem!
Tere-fere! Jak nie będzie, to nie będzie. To i Kościoła kat nie będzie, co niech mu będzie!

Wesołek-rzecznik powołuje się na samą Konstytucję! Znaczy, ceni sobie plugawe prawa stanowione, choć tylko Prawo Boże jest Słuszne i Prawdziwe. SiP, czyli PiS kroczący tyłem do przodu. Taki miazmat wydziela umiłowanie Konstytucji przez episkopat.
Wesołek ów miesza rzeczy i pojęcia, by mu było miło. Art. 70 Konstytucji stwierdza także, że nauka jest obowiązkowa do 18 roku życia. Ponieważ katecheza jest „przedmiotem szkolnym” oznacza to faktyczny przymus realizowania katolickiej indoktrynacji religijnej przez państwo na dzieciach i młodzieży. Wiedza o tym, że faktycznie szkoła będąca instytucją państwa jest podporządkowana Kościołowi kat., a dzieciaki (i rodzice też!) są miękko i twardo przymuszane do uczestniczenia w indoktrynacji i kościelnych ceremoniach w szkole, lub wyjściach w tym celu na zewnątrz, jest powszechna. Łamane są swobody i prawa obywateli oraz zasada świeckiego państwa, bo też i Polska nie jest żadnym świeckim państwem. Prawa negujące uroszczenia Kościoła kat. i równające ludzi, są jednak przez niego negowane, pomijane i przemilczane.

Rzecznik kręci i w tym: Rodzice płacący podatki maja prawo, żeby z tych podatków były utrzymywane lekcje religii.
W czasie, gdy Kościół kat robił wszystko, by Polsce wmusić indoktrynację religijną jako przedmiot szkolny, w czym wybitnie pomagali mu urzędnicy państwa (co pewnie kwalifikuje się do adekwatnie wyartykułowanej „zdrady dyplomatycznej” – jak uwielbiają to nazywać pisoidy wobec Tuska), tworzył wrażenie i gadał, że religia w szkole będzie darmo przez kler uczona. Gdy zaś religia została już skutecznie w edukację publiczną wbita, wyciągnęli – jak zawsze – subtelnie utrzymane rączki po pieniądze: płacić! Prawo nakazuje wynagradzać nauczyciela, więc go nie łamcie! Nasłani przez biskupa „nauczyciele” tyle mają wspólnego z nauczycielami, że nie muszą ani mieć porządnych nauczycielskich kwalifikacji, ani nie podlegają dyrekcji i kuratorium i dyrekcja nie może takim udawaczem dysponować, ani go zwolnić, bo o tym decyduje Kościół kat.

Kościół kat oficjalnie i obłudnie PRL przeklina (czy ktoś widział Kościół nieobłudny?), nieoficjalnie – wielbi. Jak wtedy państwo, tak teraz on sam prawo i głos obywateli traktuje wybiórczo. Religii nie było w szkołach (nie przez cały PRL, a co ciekawsze, była za PRL-u tego bardziej hardkorowego), państwo więc nie płaciło za indoktrynowanie Wszechmogącym i jego mordami w szkołach, ale Kościół kat był monopolistyczną siłą w obszarze niepaństwowym, miał wielki posłuch i miliony osłów. I świetnie sobie radził w wersji „ubogiej”, a ta ubogość także nie jest prawdą, a bardziej mitem. Teraz zaś robi kolejny ruch cerbera własnego uwłaszczenia się na Polsce i Polakach.

Jakżeż nieodrodna, zlepiona w jedną substancję z Kościołem kat. jest obłuda i krętactwo: to, czy obywatele w stu, czy może mniejszej ilości procentów mieliby ochotę na naukę chemii, fizyki, geografii, biologii w szkole, nijak się ma do wmuszonej w szkołę indoktrynacji religijnej. Te pierwsze przedmioty są świeckie i o-świe-ce-nio-we, naukowe, uniwersalne, nieindoktrynujące jakąkolwiek religią, a zajmujące się przede wszystkim faktami i wiedzą konieczną każdemu i każdemu społeczeństwu dzisiejszego świata. I świat – uniwersalnie – to akceptuje. Matematyki i chemii uczą i w USA i w Iranie, na Tajwanie, w Brazylii i w Czadzie.
Episkopat jednak każdym sposobem będzie mamił, że indoktrynacja, niemająca żadnej z cnót tychże przedmiotów, jest takim samym przedmiotem jak tamte. Niskie to, brudne, interesowne, niecnotliwe, ale taka jest istota tej mrocznej organizacji. Innej nie ma.

Kościół kat. ma swobodę otwierania, za swoje pieniądze i swój koszt operacyjny oraz swoich wyznawców, nawet z dotacją państwa, szkoły i inne zakłady edukacyjne. I robi to. Ale żąda od państwa i to ciągle jeszcze dostaje, by wszystkich, wszędzie i na koszt państwa edukować na katolików dewastując przy tym rozum i morale młodzieży. To porażanie młodych ludzi katechezą i cynizmem odbija się czkawką na tym przedsiębiorstwie zawodowej opresji. Zawziętość we wpychaniu w gardło społeczeństwa swoich obsesji i biznesów jest objawem rozpaczy prześladowców człowieka – nie mają lepszych sposobów, niż tłuc taranem w ludzkie głowy, grabiąc przy tym skarb państwa. Dobrym przykładem nie kuszą, bo nie chcą i nie umieją dawać dobrego przykładu, mimo że nieistniejący Jezus ponoć umiał – i nawet demonstrował.

Jakieś 25 lat temu, Glemp kardynał Józef oświadczył, że teraz finanse Kościoła powinny być jawne. Komuna bowiem zdechła, czas na normalność. Normalność Kościoła kat. polega na tym, że finanse państwa są dla biskupów normalnie otwarte, finanse biskupów dalej są nienormalne zamknięte tak dla państwa jak i wyznawców. Jest to drwina ze wszystkich, włącznie z wyznawcami, których biskupi w przypływie ochoty na dowcip lub pozbycie się odpowiedzialności nazywają „Kościołem”. Wyznawcy dlatego nimi są, żeby biskupi mogli z nich drwić. Zaś niewyznawcy, a wśród nich obowiązkowo ma być państwo, są od należnej egzekucji standardów rzetelności, uczciwości i równości od Kościoła kat.

Tanaka

5.01.2019
sobota

Sfera nieracjonalna

5 stycznia 2019, sobota,

Witajcie wszyscy na ateistycznym blogu w 2019 roku.
Dobra zmiana zadbała, abyśmy się w ubiegłym roku nie nudzili. Tematów do dyskusji nie zabrakło, o czym świadczyły ubiegłoroczne teksty naszych autorów.
I tak odkładałem to moje pisanie z chwili na chwilę, bo jakże to pisać o rzeczach jakby nieaktualnych,  mało obecnych i mało istotnych w naszym życiu . A za takie zawsze uważałem przesądy czy zabobony.

Cóż, nie ma chyba człowieka, nawet bardzo racjonalnie myślącego, który się z nimi nie spotkał. Przesądy głoszone w naszym otoczeniu, czasami nawet przez osoby bardzo bliskie. Wszak rodzina to  najlepsze i najszybsze źródło informacji z otoczenia, w tym tych najbardziej absurdalnych.

Osobiście jestem na nie odporny. Przynajmniej ja tak uważam. Nie reaguję strachem na widok czarnego kota przebiegającego mi drogę. Nie boję się 13-go, szczególnie tego piątkowego. Dawno temu przestałem bać się beboka* czyhającego w ciemnościach na dzieci, czy też utopka* łapiącego za nogi wchodzących do nieznanej wody i topiącego nieostrożnych wątpiących. 
Na wszelki wypadek nie przechodzę pod rozstawioną drabiną. Nie z powodu przesądu. To już wynik  osobistego doświadczenia. Widziałem spadającego  z wrzaskiem elektryka, kiedy źle postawiona na betonowej posadzce drabina, wyśliznęła mu się spod nóg. W pierwszych chwili nawet wesoło to wyglądało.

Chociaż – przyznam się – w latach 70-ch ub. wieku stosowałem się do zasady nierobienia sobie zdjęć przed lotami. W środowisku chodziła opinia, że takie zdjęcie mogło być ostatnim zrobionym za życia pilota. Była to bujda, a prawda bardzo prozaiczna. Ówczesna, socjalistyczna władza dbała o to, aby obywatele nie robili sobie fotek w zbyt wielu miejscach. Starsi blogowicze pamiętają pewno tabliczki z przekreślonym na czerwono aparatem fotograficznym. Wisiały sobie licznie na rozmaitych budynkach (np. dworce kolejowe, urzędy, komisariaty itp.) czy obiektach np. mostach i wiaduktach, że o jednostkach wojskowych nie wspomnę. Według tej władzy, fotografia lotnicza mogła pomóc wrogom Ojczyzny. Pilnowano więc, aby piloci nie wozili ze sobą aparatów fotograficznych. Lipny przesąd posłużył władzy do walki z potencjalnym szpiegostwem. Mam także inny dowód na nieprawdziwość takiego przesądu. Gdzieś tam w domu mam archiwalny egzemplarz „Skrzydlatej Polski”, gdzie na okładce czasopisma widnieję w kabinie szybowca Bocian wraz z moim uczniem. To było zdjęcie przedlotowe. I chociaż minęło prawie 40 lat, ja nadal żyję. Uczeń ,chyba też. Czyli to nie działa.

Cóż więc  sprowokowało mnie do napisania o przesądach? Wszystko przez radiowe wywiady z prominentami naszego życia politycznego. Otóż, pod koniec lipca ubiegłego roku,  szef centrali OPZZ przyznał się na antenie, że jest przesądny. Zrobił to w wywiadzie dla ogólnopolskiej stacji radiowej. Patrzcie, taka związkowa szycha, a wierzy w przesądy. Co mają robić zwykli ludzie, gdy ich przedstawiciele nie są wolni mentalnie.
W końcu, to i nasz obecny prezydent  Andrzej D . skutecznie łapał padającego na posadzkę Pana Boga, zamkniętego w hostii. Prawda to czy przesąd?

Nie czas teraz na szczegółowe rozważania. Zjawiska nadprzyrodzone to nie moja specjalność. Chociaż, gdybym kiedyś uległ siostrze mego ojca i poszedł do seminarium duchownego, czułbym się wysoce kompetentny do wyrażenia swej opinii. Ale wtedy nie aktywizowałbym się tym blogu.
Jako człowiek racjonalny, traktuję przesądy jako ciekawostkę życia społecznego. Ale znam jeden taki przypadek, który mógł się zakończyć poważnymi konsekwencjami. Fakt, było to dawno temu, a konkretnie jakieś 90 lat temu. A dotknęło mojego dziadka Ludwika, o którym pisałem w tekście o wyzwoleniu Podlesia Śląskiego.

Dziadek Ludwik był górnikiem. Od 1911 roku pracował na dole w kopalni „Wujek”. Jeszcze przed Wielką Wojną ożenił się w Podlesiu Śląskim i tam zamieszkał, aż do śmierci w latach 70-ch. Do pracy najczęściej chodził na piechotę, korzystając z kolei na dystansie Piotrowice-kopalnia.  Przystanek w Podlesiu Śląskim otwarto w 1927 roku. Całe zdarzenie miało miejsce jeszcze za starej Polski, ale przed otwarciem owego przystanku kolejowego. Kolej przez Podlesie Śl. przeprowadziła jeszcze poprzednia (cesarsko-niemiecka) władza.

A wyglądało tak. Pewnego letniego dnia, po całym Podlesiu rozeszła się wiadomość, przekazywana z  kobiecych ust  do ust, iż w okolicy pojawił się diabeł polujący na ludzkie dusze. Stugębna plotka mówiła, iż objawia się nieostrożnym mieszkańcom na łąkach pomiędzy Podlesiem, a Piotrowicami. Robi to zawsze po północy. Pojawia się pod postacią białego konia. Podawano nawet przykłady, kiedy kilku nieostrożnych Podlesian z trudem uszło przed czarnym. A potem oni zaklinali się na wszystkie świętości, że tylko szybka modlitwa i sprawne nogi pozwoliły im powrócić cało do domu.

Dziadek Ludwik był już wtedy racjonalnym trzydziesto-kilku latkiem, ojcem rodziny. I wyśmiewał przestrogi swojej Maryjki, przynoszącej mu do domu kolejne nowiny o czarcich wyczynach.  Jego żona – moja babka ze strony mamy – wiedziała, iż jej mąż tymi łąkami wraca z kopalni do domu. Kiedy to była  popołudniowa zmiana, ten powrót przez puste łąki odbywał się już po północy. 

Długo nic się nie działo. Ale pewnej księżycowej nocy… .  Wracający nocą dziadek doszedł spokojnie do owych łąk. Do domu został jakiś kilometr z małym haczykiem. Nagle, jego uszu doszły dziwne dźwięki. Coś lub ktoś wyraźnie stąpał po łące. Stąpanie było nieregularne. Ale zdecydowanie zbliżało się od tyłu. Słychać było także jego oddech. Głośny  i  wyraźnie nieludzki. Mimo całego racjonalizmu, dziadek poczuł się nieswojo. W pierwszej chwili chciał to zlekceważyć.  Dźwięki były jednak bardzo realne.
Odwrócił się. Jakieś dziesięć metrów od niego stał koń. Biały. Patrzał na dziadka świecącymi oczami. Wypisz wymaluj – Kusy z babskich opowieści. Dziadek poczuł dziwny ucisk w gardle. Przecież takie coś nie istnieje. On nie wierzył w takie historie. Wyśmiewał głosicieli. A teraz?  Stoi przed nim nieprawdopodobne. Stoi, patrzy się na człowieka. I dyszy. I nie wygląda na marę. Czyżby jednak… ? Uczucie braku oddechu narastało.
Nagle zjawa ruszyła w stronę dziadka. Jednak nie był to zwyczajny krok, a jakiś dziwny podskok.
Mara miała krótko spętane przednie nogi. Dziadek wyraźnie widział pęta. Ki czort? Od kiedy to Kusy miałby polować na dusze ze spętanymi nogami? Biały koń zatrzymał się tuż przy dziadku. Na głowie miał jakąś kolorową ozdobę.
I wtedy dziadek go rozpoznał. Piękne zwierzę. Koń z cygańskiego taboru, którego już wcześniej zauważył, chodząc do pracy. Z taboru, który jakiś czas wcześniej, rozłożył się na czasowy pobyt  po drugiej stronie kolejowego nasypu. I wtedy zrozumiał. Cyganie na noc  wypuszczali swoje konie na Podleskie łąki. A plotka o czarcie polującym na ludzkie dusze, skutecznie chroniła je przed ingerencją miejscowych gospodarzy. Przyznacie jednak, iż człowiek o słabszym sercu,  przestraszony takim spotkaniem mógłby zejść z tego świata. Dla dziadka skończyło się chwilą przestrachu. Racjonalnego.

Dzisiaj takie spotkanie z diabłem i to w godzinie duchów jest niemożliwe. Bo prawdziwych Cyganów poruszających się po kraju konnymi taborami już nie ma. Dzisiaj owi Cyganie szaleją po Polsce i Europie furami wyposażonymi w setki koni – mechanicznych. I nie pasą ich skrycie na łąkach. Tych łąk także już nie ma. Zostały zabudowane luksusowymi domkami przez pazernych na wolne tereny deweloperów.
Pozostały jednak przesądy, co potwierdził w radiowym wywiadzie szef OPZZ.

Najlepszego  w 2019 roku.

zak1953

 
1) Przesąd – objaw czyjejś wiary w magiczne, nadprzyrodzone związki między zjawiskami , w fatalną moc słów; zabobon.
2) Zabobon – wiara w tajemnicze, nadprzyrodzone związki między zjawiskami , w magiczną moc słów, przesąd; wykonywanie praktyk magicznych wypływających z tej wiary, opartych na przekonaniu o ich skuteczności. (Słownik języka polskiego PWN 1981, tom III R-Ż, s.887)
*Bebok, utopek (utopiec) – postacie ze śląskich opowieści, służące do dyscyplinowania dzieci.

31.12.2018
poniedziałek

Co będzie

31 grudnia 2018, poniedziałek,

Rok 2018 okazał się kolejnym pasmem coraz dłuższych sukcesów dla Polski i jej mieszkańców.
Poznaje się to po wszystkim, a przed jaką chwilą oznajmił to Publiczności Narodowej pewien narciarz o nazwisku Duda: pięćset plus to sukces światowy!
Tak jak zaczął wyliczankę sukcesów światowych, tak i skończył, bo dokańczać nie trzeba: ustąpił reumatyzm i Polak wstał z kolan.

Kto wstał z kolan, zaraz poczuł się godnie oraz dosyć wygodnie. Rozejrzał się i dojrzał, to i owo. Zobaczmy co dojrzał, bo dobrze jest widzieć i wiedzieć. Zwłaszcza jak się jest nad Wisłą, bo tu widać wszystko odwrotnie.

* Gospodarka wstała z kolan, a nawet podskakuje i jest nadwyżka budżetowa – 10 miliardów Czyja to zasługa? To zasługa Tuska! Nie, nie nie przesłyszeliście się: to zasługa Tuska, a nawet PSL-u.
Powstanie gospodarki z kolan poznaje się po tym, że Morawiecki ogłosił, że straszna podwyżka cen prądu już od jutra, to wina Tuska i PSL-u. W związku z tak straszną winą Tuska, Morawiecki wraz z resztą pisoidów oraz narciarzem Dudą, brawurową robinsonadą w ostatniej chwili zablokowali tą śmiertelnie groźną podwyżkę.
Jak winą Tuska jest to, co pisoidy robią lub czego nie robią od ponad 3 lat, to zasługa Tuska jest nadwyżka w budżecie 2018. Serio: z kryzysu roku 2008 i lat następnych Polska wyszła w miarę obronną ręką.

* Przypisanie sobie zasługi nie propagandowej a realnej, wymaga głębokich zmian w strukturze gospodarki. I rzeczywiście – państwowotwórcze pisoidy ogłosiły, ustami nadwiślańskiego Bonda w broszce pt.„Szydło, Bełata Szydło…”, że Polska nie będzie dłużej państwem magazynów, hurtowni i montowni, a państwem kompleksowej produkcji, od A do Z. W związku z tym, nadwiślański James Bond w broszce wywalił Airbusa z jego podłym „caracalem” z Polski. Po czym sam został wywalony. Ale nie za wywalenie Airbusa, o nie. Raczej za broszkę. Dzisiaj, jak się kogo spyta co to takiego Szydło, odpowiedź jest jasna: „proszę jeszcze raz powtórzyć pytanie…”

* W tym samym czasie nadwiślański Tarzan Morawiecki ogłosił, że już za lat parę nad Wisła jeździć będzie milion rodzimych i katolickich aut elektrycznych. Im bliżej do owej daty tym bardziej aut nie ma. By coś jednak było, firma Autosan, która życie zawdzięcza państwowej kroplówce z nadwyżki budżetu, odebrana właśnie została Polskiej Grupie Zbrojeniowej – autobus wojenny to wybitna konieczność, i wciśnięta innej firmie żyjącej z kieszeni obywatela, co robi prąd w elektrowniach – PGE. Kto się zna na pakowaniu węgla będącego Polską Racją Stanu do pieca w elektrowni, ten się musi znać na tym samym co Toyota, Nissan i jeszcze parę firm nienadwiślańskich: jak się robi elektryczne auto. Od tej chwili Pan Jezus już się zbliża, już puka do mych drzwi. Pukanie się w czoło na takie przypadki nie pomaga.

* Ministerstwo Obrony Narodowej jest od obrony Polski. Albo jakoś tak, ale powtarzam to na odpowiedzialność Jana Hartmana, bo sam nie mogę dojść do tego, od czego jest to ministerstwo. Ono samo stara się iść zgadującemu na rękę, więc właśnie ogłosiło wypuszczenie w polską przestrzeń miejsko-wiejską jakichś stu trumien w typie sarkofagu a pod nazwą „ławka”, z muzyczką i słuszną pogadanką patriotyczną w środku oraz niepodległością. Na stulecie Niepodległości.
Ministerstwo to ma wielkie trudności nie tylko i nie tyle z wypracowaniem jakiejś zbornej strategii obronno-wojennej oraz niewyrzucaniem najlepszych oficerów, nie tylko i nie tyle z zakupem helikopterów transportowych, okrętów nad i podwodnych zwłaszcza oraz nierobieniem wypadków ze skutkiem śmiertelnym wśród pilotów MiG-ów 29, ale ma ogromną trudność z zakupem łopatki w typie saperki. A ostatnia trudność jest należycie symboliczna dla onego ministerstwa: czy ktoś tu ma łopatkę? Bo nie da się powiedzieć – rozum.

* Nieustające sukcesy pięćset plus w polskiej dyplomacji światowej są powszechnie znane, czego dowodzi to, że nikt się z Polską już nie liczy jako z poważnym partnerem, a znany nad Wisłą Władimir Putin złożył życzenia noworoczne „przywódcom światowym” z uwzględnieniem Mołdawii, Kuby i Słowenii, ale pominął narciarza Dudę.
Tu pominięcie działa z precyzją winy Tuska: im mniej Putin zwraca na nas uwagę, tym większe nasze światowe znaczenie oraz większa groźba dla jego zamiarów.

Lista ta jest długa, jej składowe nieźle znane. Wszystko to jednak właściwie są drobiazgi, gdy patrzy się na to w izolacji i kończy wzruszeniem ramion. Te wykwity znamionują głęboki proces: regresu państwa i Polaków. Jeszcze nieukształtowane poczucie podmiotowości i obowiązku z nim związanego, a już cofanie się do stanu przedobywatelskiego. Negowanie Konstytucji – jedynej spisanej umowy społecznej, wprowadzanie ustaw z nią sprzecznych i zachowań ją odrzucających, zamienianie Trybunału Konstytucyjnego w ciało wasalne, sądów w przesądy podległe władzy, norm w objawienia rządu odpowiedzialnego nie przed parlamentem i obywatelami a przed prostym posłem z ławy głęboko skrzywionym, to powrót nie do żadnego PRL-u, jak nieodważeni publicyści sądzą, ale do stanu uświęconego: pana i chama. Protoobywatel niewolnikiem władzy to cel dążenia pisoidów i biskupow w jednym. Reszta to tło sprawy.

Jest taki obraz Paula Gaugina: Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?

Źródło: wikipedia

Z tej triady pytań nie znamy odpowiedzi na dwa pierwsze. Nie chcemy ani wiedzieć, ani na wiedzę się zgodzić, chętnie zaś oddajemy się rojeniom. Nie znając dwóch odpowiedzi nie możemy ani nadać kierunku zmierzaniu, ani się zorientować dokąd właściwie zmierzamy.
Czy prosty poseł z ławy i jego rząd mówią Polakom dokąd zmierzamy? Słyszymy wyjaśnienia dokąd, na jakiej podstawie i co nam to zagwarantuje?
Od polityków czegoś się spodziewajmy, inaczej oni nas urządzą o niczym nie uprzedzając. Ale czy oni sami wiedzą – dokąd? Odpowiedź jest jasna: nie wiedzą, choć w swoich rojeniach są tego pewni. Nie wie też tego Polak: ani skąd się wziął, ani kim jest, ani o co mu chodzi, może poza jednym – żeby było lepiej. Na czym to „lepiej” polega?

Telewizja PiS nadaje taki program: Wielki Test o… O tym, co pisoidom pasuje. Rok 2019 jest rokiem wielkiego testu. Polak zdaje Wielki Test o sobie. Będą wybory do parlamentu, będą decyzje do podjęcia. W takim stanie przygotowania, a może raczej nieprzygotowania w jakim się znajduje, będzie zdawał. Czy widzi, słyszy, rozumie, docenia powagę tego co się dzieje i długofalowych skutków? Czy jest podmiotem, czy przedmiotem obróbki i uzależnienia od władzy, niewolnikiem w pisowskim państwie przeciwobywatelskim?
Okaże się, już znacznie poważniej – bo wytwory państwa pisoidów mamy przed oczami – kim jest Polak, i o co mu chodzi. Będzie zdawał z siebie. Czy to będzie matura, czy całkiem co innego, w nadchodzącym roku dowiemy się.

W związku z Nowym Rokiem czegoś sobie życzmy. Ja życzę kontaktu ze sztuką. I z rzeczywistością.

Tanaka

25.12.2018
wtorek

Na dwa głosy: Święta ateistów i Opowieść wigilijna

25 grudnia 2018, wtorek,

Święta ateistów

 
Ze zdumieniem zauważyłam  już w połowie października czekoladowe figurynki Mikołaja i duże litery alfabetu w supermarkecie, przypominające o listopadowym przybyciu Sinterklaas no i o świętach. Komercyjna machina reklamowa rusza coraz wcześniej. W listopadzie pracuje już pełną parą. Dekoracje wystaw,oświetlenie ulic, natrętne reklamy no i nieznośnie wszechobecna świąteczna  muzyka, która prześladuje w każdym centrum handlowym. Zaczyna się odliczanie czasu, do grudnia,w którym w zatłoczonych sklepach  powinny padać rekordy wydawania pieniędzy na wszystko, co najczęściej jest niepotrzebne.

Przypominam sobie święta w domu rodzinnym,które oczywiście miały dla dziecka swój urok – bo choinka, prezenty, aromaty z kuchni.
Ale była druga strona medalu. Zapracowana mama w małej kuchni,ciągły pospiech, nerwowość, zniecierpliwienie i jakiś sprzeczki zmęczonych rodziców. Zawsze brakowało czasu, zawsze trzeba było jeszcze coś robić na ostatnią chwilę – bo przecież chodziło o 12 wigilijnych potraw!  (których jednak nikt do końca nie był w stanie spróbować,bo ileż można na raz zjeść ) Potem szybko mijały te dwa świąteczne dni, a do końca tygodnia zjadało się potrawy, których było o wiele za dużo i w sumie nie miało się już na nie ochoty.
Po nadmiernym ożywieniu przychodziło zmęczenie i ulga, że to już koniec. A to wszystko w imię bardzo naiwnej, starej legendy o gwieździe, stajence, żłobku i dziewicy, która urodziła syna…

W pewnym momencie w miarę dorastania postanowiłam sobie, że kiedyś we własnym domu wszystko będzie  wyglądało inaczej, bez gonitwy i zmęczenia. Udało mi się to zrealizować, ponieważ wyjechałam z Polski do kraju, w którym religia nie ma takiego wpływu na życie obywateli, jak w Polsce.
Oczywiście święta jako takie istnieją, patronuje im Kerstman, handel zarabia ile się tylko da, ale legenda o stajence jest obecna jedynie w bardzo nielicznych kościołach.

W kraju protestanckim nie obchodzi się wigilii,więc kobiety nie są zmuszone trzymać się tradycji organizowania wieczoru przeładowanego specjalnymi  potrawami. Nie ma jasełek w przedszkolach, nikt nie organizuje wigilii szkolnych. A wolne od pracy dni świąteczne nabrały od dawna świeckiego charakteru i dają możliwość  odpoczynku i spotkań w gronie rodzinnym lub przyjaciół. Odbywa się to często w restauracjach,co pozwala uniknąć gorączki przygotowywań kulinarnych. Otwarte teatry, sale koncertowe, kabarety, a w drugi dzień świąt nawet duże centra handlowe – oferują swoje usługi. W Holandii o wiele łatwiej jest przebrnąć przez ten czas, łatwiej też być ateistą.

Ale myślę, że i w Polsce można oderwać się od bardzo męczących tradycji świątecznych, szczególnie trudnych dla kobiet. Właśnie one mogą wiele zrobić w tym kierunku, stopniowo  wprowadzając w domach  zmiany i odchodząc od przymusowego rytuału, na korzyść odmiennego  organizowania tego czasu. Możliwości jest wiele.
Bo któż to w końcu powiedział, że koniecznie trzeba się spotykać przy rodzinnym stole właśnie w te dni ? Dlaczego trzeba sobie wtedy składać zdawkowe życzenia, brzmiące najczęściej płytko i nijako?Dlaczego kupować sobie wzajemnie jakieś drobiazgi, z którymi nie wiadomo co potem zrobić? Dlaczego objadać się i pić bez umiaru, a potem wsiadać do samochodów, powodując wiele wypadków.? Dlaczego zamiast przyjaźni i życzliwości tak często wybuchają wtedy rodzinne kłótnie… ??
Ci,którym zależy na tradycji świątecznej– niech ją sobie zachowają. Ale są inni, którzy chcieliby inaczej.
Niech więc wyzwolą się od tych męczących schematów – życzę im tego z całego serca.
Niech Wszystkim towarzyszy  prawdziwe ciepło i życzliwość, których  mamy  wokół tak mało.
 
basia.n
 
P.S. mam specjalne życzenia  dla kilku blogowiczów,których wymienię w kolejności alfabetycznej:
@ act,@Antonius,@Orteq,@Stachu39,@wujaszek wania,@wbocek
A dla Wszystkich mały muzyczny prezent

Vangelis – Mythodea Movment 6

* * *

Opowieść wigilijna : po drugiej stronie lustra

Wezwanie przyszło na wiosnę 1981. Od razu poczułem liczne dolegliwości, zwłaszcza w okolicy kręgosłupa. Nic lepszego nie udało mi się wymyślić. Dolegliwości zrobiły należyte wrażenie na komisji poborowej, po czym otrzymałem najwyższą kategorię zdrowotną oraz jednorazowy bilet do Kielc. W początkach maja zjawiłem się w Kieleckiej Brygadzie Łączności, aby odsłużyć swój przepisowy rok w służbie Ojczyzny. Było gorąco, dosłownie i w przenośni. Lato było piękne i słonce prażyło w czasie przemarszów z kompanijnego hotelowca do stołówki. Festiwal wolności nabierał przyspieszenia. Ze wschodu napływały pomrukiwania. W głowie obracałem pytanie, czy w czasie przysięgi wojskowej mam wymienić sojusz z Armią Czerwoną? Tak, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W czasie przysięgi coś tam wymruczałem. Być może do dziś jestem sojusznikiem Rosji, na podobieństwo Antoniego Macierewicza?

Po trzymiesięcznym maszerowaniu, obsługiwaniu radiolinii, i składaniu kałasznikowa, nadeszło pytanie, w jaki sposób nie dać się wysłać do tak zwanego zielonego garnizonu? Mój ojciec wpadł na pomysł, wsiadł do samochodu, i w biurze przepustek Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Łączności w Zegrzu poprosił o rozmowę z zastępcą dowódcy do spraw kadrowych, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy. Pan major wysłuchał pana profesora, po czym wysłał tak zwane „zapotrzebowanie” do brygady w Kielcach. Tym sposobem moja dalsza służba odbywała się w Zegrzu niedaleko rodzinnej Warszawy. Cała ta operacja nie spowodowała przekazania żadnych środków finansowych, co może się wydawać niepojęte z dzisiejszego punktu widzenia.

Praca, jak to praca. Była to pierwsza i ostatnia praca w mojej karierze, do której każdego dnia przychodziłem w krawacie i wyprasowanym garniturze. Pokazywałem przyszłym oficerom wojsk łączności, jak staczają się kulki po równi pochylej, jak się huśta wahadło, i pomagałem im zgłębiać tajniki elektromagnetyzmu. Robiłem dokładnie to, co młody fizyk robić powinien. Wczesnym popołudniem jechałem do Warszawy do domu, ubrany po cywilnemu.

Az w końcu przyszedł ten dzień. Wcześnie rano mama nastawiła radio na pełen regulator i tak się dowiedziałem. Stan wojenny? Co ja mam robić w takiej sytuacji? Od razu pojechałem na ulicę Mokotowską do siedziby regionu Mazowsze, żeby się czegoś dowiedzieć. ZOMO właśnie odjechało. Szyby wybite, w powietrzu gaz łzawiący, na ulicy sporo ludzi. Ktoś przytomny powiedział „chowamy sprzęt poligraficzny”. No, to do roboty. Pomagam wynosić, podjeżdżają samochody, wynosimy powielacze, samochody odjeżdżają w nieznanym kierunku. Po godzinie czy dwu zaczyna mi świtać, ze chyba właśnie robię coś bardzo głupiego. Jadę na Pragę, i po krótkim oczekiwaniu podążam do Zegrza autostopem. Wchodzę do jednostki, idę do budynku kompanii, i słyszę groźny tekst „Podchorąży, gdzie dotąd byliście, to jest dezercja, poniesiecie surowe konsekwencje nieobecności!”. Spokojnie odpowiadam: „Nie mogłem dojechać, spałem do południa, potem stałem i machałem na szosie, aż się ktoś zlitował.” (Mam pewność, ze sierżant nie ma pojęcia, co się dzieje za murami.) No, dobrze. Tu macie mundur polowy, tu macie karabin, tu jest trzydzieści sztuk ostrej amunicji. Odmaszerować.

Ciemno, mroźno, spokój, nic się nie dzieje. Na dziedzińcu stoi ażurowy maszt radiolinii. Wielki talerz anteny jest skierowany w kierunku Warszawy. Warczy generator prądotwórczy. Studentów Szkoły Oficerskiej gdzieś wywieziono. Na ich miejscach mieszka ROMO, czyli dojrzali mężczyźni, na oko czterdziestoletni, w niebieskawych polowych mundurach. Na ramionach naszywki „Milicja”. My podchorążowie patrzymy na nich w stołówce. Jedzą posiłki przy sąsiednich stolikach. Każdego dnia są wożeni autokarami gdzieś w kierunku Warszawy, gdzie podobno są jakieś strajki. Oficerowie polityczni coś nam o tych strajkach tłumaczą, ale nikt ich nie słucha, nawet oni sami.

W pokojach w naszym hotelowcu, tuz obok naszych pokojów, skoszarowani są pułkownicy, porucznicy, i zawodowi podoficerowie. Idąc korytarzem słyszę cichy szmer. Tutaj BBC, tam Głos Ameryki, a czasami nawet Wolna Europa. Wieczorami słuchają tego samego, co i ja. Też chcą wiedzieć, co się dzieje w kraju. Nikt nic nie zauważa, nikt nic nie słyszy. Nikt nie zadaje żadnych pytań. Nikt nie wie, co będzie dalej.
Patrole. Trzeba czymś zająć ten cały tłum wojskowych, którzy nie maja nic do robienia. Jest siarczysty mróz. Przemierzamy nasz szlak bojowy od bramy jednostki, na dół przez osiedle, aż nad brzeg jeziora, gdzie stoi garnizonowa kotłownia. Ogrzewa całą jednostkę. Wchodzimy do kotłowni całym patrolem: major, porucznik, sierżant albo plutonowy, podchorąży czyli ja, oraz ze dwu żołnierzy służby zasadniczej. Z całej grupy oni są najlepiej uzbrojeni. Mają po trzy pełne magazynki, a ja tylko jeden. O zawodowych wojskowych szkoda nawet gadać. Mają tylko pistolety. Wchodzimy do kotłowni i dowódca patrolu pyta „Pali się?” „Ano się pali” – odpowiadają palacze. „A dobrze się pali?” „A dobrze, nie można narzekać.” Chodzi o to, żeby zostać w cieple jak najdłużej. Po kilku minutach wychodzimy. Garnizonowa kotłownia jest najczujniej chronionym obiektem militarnym w Zegrzu. Tak było aż do nadejścia odwilży.

Most przez Bugo-Narew. Przy wjeździe na most rozstawiony został namiot albo może dwa. Koło namiotu krzyżaki zbite z desek i oplecione drutem kolczastym. Na wypadek, gdyby przyszło zablokować szosę, żeby nie mogły przejechać samochody. Koksownik, przy nim zmarznięci żołnierze. Skład podobny, jak na patrolu. Dość szybko nauczyłem się rozpalać koksownik i do dzisiaj wiem, że wcale nie jest łatwo utrzymać go w stanie rozżarzonym. Zimno jak diabli, i prawdę mówiąc nudno. „Teraz zatrzymujemy czerwone.” – rozkazuje dowódca przyczółka. Zbliża się czerwony samochód. Macham lizakiem, samochód się zatrzymuje, opuszcza się szyba. Nie muszę nawet prosić o dowód. Otwieram na stronie ze zdjęciem. Oddaję bez czytania nazwiska. Na pewno nie „Bujak”, a nawet jeśli tak, to na pewno nie ten. „Bagażnik poproszę.” Kierowca otwiera, w środku jakieś części. Może to części do powielacza? Ale skąd mam wiedzieć, jak jest zbudowany powielacz? Części do kałasznikowa poznałbym od razu, ale te wyglądają jakoś inaczej. Nie będę studiował konstrukcji tego urządzenia. A może w bagażniku jest bibuła? Na odprawie kazali szukać bibuły w bagażnikach. Rzeczywiście, leżą jakieś gazety. Ale skąd mam wiedzieć, czy to bibuła, jeżeli bibuły nam nie pokazano? Gdyby pokazano, to pewnie bym sobie przypomniał, że w moim pokoju w Warszawie mam tego ze dwadzieścia kilogramów. Mógłbym nawet trochę przywieźć dla podratowania statystyki. Ale jak tu szukać czegoś, co nawet nie wiadomo, jak wygląda? „Proszę zamknąć bagażnik” – instruuję kierowcę. „Nie ma niczego w bagażniku” – rzucam w stronę majora. „W porządku, niech jedzie” – mówi major, nie oddalając się od koksownika. Jest stanowczo za zimno na osobiste kontrolowanie.

Zbliża się wieczór wigilijny. Karpie przywieziono. Czekają w wiadrach i w miskach w koszarowym sklepiku. (W socjalizmie każdy większy zakład miał taki sklepik, i koszary też go miały.) Mało kto kupuje, bo żołnierze zawodowi nie idą na noc do domów. Cywilni pracownicy dydaktyczni są na przymusowym urlopie. Jest wczesne popołudnie. Mijam sklepik. Przed sklepikiem karpie. W środku nikogo poza sprzedawczynią. Przystojna, więc się do niej uśmiecham. Ona pyta z nadzieją: „Może pan coś kupi?”. Kupię, czemu nie. Ten, i ten, i może jeszcze ten. Przekładam karabin na drugie ramię, płacę, i wychodzę z dwiema plastikowymi torbami. W torbach karpie. Ruszają się, bo są jeszcze żywe.

W tył zwrot. Idę na mój wydział, pukam do biura dziekana. Proszę wejść. Obywatelu pułkowniku, mam problem. Problem się rusza, więc nie muszę więcej wyjaśniać. „Chciałbym zawieźć rodzinie.” Pułkownik blednie. „Podchorąży, nie macie przepustki.” Spokojnie mówię: „Mam. Nikt nam nie unieważnił. Widocznie zapomnieli.” „Ale nie macie ubrania cywilnego.” „Mam ubranie cywilne, bo przyjechałem po cywilnemu.” Cisza. „A co zrobicie z karabinem?” Na to ja, bez chwili namysłu i najzupełniej poważnie: „Zostawię pod łóżkiem w hotelowcu”.
To go przekonało. „Dajcie mi ten karabin, magazynek, i ładownicę.” Podałem, on wziął, i schował do szafy pancernej w tyle gabinetu. Zasalutowałem, odwróciłem się energicznie, i zza pleców usłyszałem cichy głos: „Nie dajcie się złapać, podchorąży.”
Po pól godzinie, po cywilnemu, z karpiami w torbach mknąłem autostopem w kierunku Warszawy. Saska Kępa, puk, puk. Rodzina w komplecie. Radość. Karpie poszły na patelnię. Kolacja wigilijna, jakby nie było stanu wojennego. Wcześnie rano znowu do Zegrza, znowu autostopem. Przepustka, jakby nigdy nic. Barani wzrok moich kolegów podchorążych w biurze przepustek przy bramie. Pól godziny później, w mundurze polowym, melduję się u pułkownika. „Obywatelu pułkowniku. Rodzina pozdrawia i dziękuje. Ja też bardzo panu dziękuję.” Spokojna odpowiedz pułkownika: „Tu macie karabin.”

Gdyby mnie złapano, to pułkownik mógł mieć nieprzyjemności. Nie mógłby się wyprzeć karabinu w swojej szafie. A jednak zaryzykował. Nie miał z tego nic, poza dobrym uczynkiem, który niech mu będzie zapisany w niebie. Chciałbym mu podziękować, ale po tylu latach nie pamiętam jego nazwiska.

Wszystkie opisane tu wydarzenia są prawdziwe. Nic nie zmyśliłem. Moja rodzina do dziś pamięta tę Wigilię stanu wojennego. A ja do dziś pamiętam, jak stałem przy koksowniku. Stałem, marzłem ja i koledzy, marzli także żołnierze służby zawodowej od majora do podoficera. Staliśmy tak solidarnie, choć nie można powiedzieć, że staliśmy z własnej woli. Nie zadawałem pytań ani im, ani sobie, po co było to stanie. Widocznie w wojsku tak musi być. Jedni każą stać, a drudzy stoją na mrozie. Może czekaliśmy na robotników z Żerania, którzy mieli przyjść piechotą i zdobyć przyczółek? A może zaatakować kotłownię kilofami? A może ukraść trochę wody z jeziora zamarzniętego na kość? Staliśmy tak i czekaliśmy przy moście nie wiadomo na co, a razem z nami czekało kilkaset tysięcy żołnierzy na innych mostach, stacjach kolejowych, lotniskach, tunelach, skrzyżowaniach, stacjach telewizyjnych, i zakładach pracy. Czekaliśmy na kogoś, kto nigdy nie przyszedł. Nikt nam nie powiedział, na kogo czekamy.
Wiele lat później zacząłem podejrzewać, że ten ktoś wtedy nie przyszedł właśnie dlatego, że myśmy na niego czekali.

narciarz2

19.12.2018
środa

Kazimierzowi Kutzowi: Kaziu, zakochaj się!

19 grudnia 2018, środa,

Panie Kazimierzu: dziękuję! Zbyt słabo Pana znałem, koledzy powiedzą więcej – niewiele ponad to, co wyczytałem o Panu z filmów, choć to ogrom, piękno i ważność Pana twórczego wkładu w kulturę – więc mówiąc dziękuję i żegnając Pana przywołam ten krótki refren z piosenki Starszych Panów który tak wiele znaczy: niesie urodę Pana biografii, ma w sobie tą lekkość jak i Pan – teraz, oraz wiecznotrwałość dziewczęcego zawołania: Kaziu zakochaj się!

Tanaka

* * *

Siedziałem przy laptopie, przeglądając kolejne komentarze do ostatniego wstępniaka Antoniusa, gdy sygnał dźwiękowy poinformował mnie o otrzymaniu nowej informacji z newslettera. Jednocześnie w prawym dolnym rogu ekranu pojawiło się okienko z informacją: „Kazimierz Kutz nie żyje”.

Nie spodziewałem się jej jeszcze, chociaż po niedawnych informacjach prasowych liczyłem się z taką możliwością. Bo niedawne wiadomości o zdrowiu pana Kazimierza były mocno niepokojące. Do tego jego wiek. Kiedy ma się prawie 90 lat, byle infekcja może być śmiertelnie niebezpieczna. A przecież do szpitala trafił w stanie zagrożenia życia. Jednak wierzyłem w jego wewnętrzną siłę oraz umiejętności lekarzy.
Cóż, ostatnia karta życia Kazimierza Kutza zamknęła się 18 grudnia, niecałe dwa miesiące przed 90 urodzinami. Nie będzie kolejnej urodzinowej fety z okazji okrągłej rocznicy. Nie będzie już żadnego nowego felietonu, ani wywiadu radiowego czy telewizyjnego. 18 grudnia 2018 roku stał się dniem podsumowania dorobku tego twórcy. Wszystko zostało już nakręcone, napisane i powiedziane. Nic nowego już nie powstanie.

Kazimierz Kutz był prawie rówieśnikiem moich rodziców. Trzy lata młodszy od mojego taty. I tyleż samo starszy od mamy. Zarówno tata, jak i ja, mieliśmy okazję poznać go osobiście i nawet trochę porozmawiać. Tata poznał pana Kazimierza służbowo, gdy załatwiając swoje sprawy poborowe trafił on do katowickiej Wojskowej Komendy Rejonowej, gdzie służył mój ojciec . Tata był oficerem, do którego trafił młody absolwent łódzkiej szkoły filmowej.

Ja poznałem pana Kazimierza lata później, biorąc udział w rozmaitych spotkaniach z jego udziałem  w rozmaitych miejscach Katowic. Miałem także przyjemność odwiedzić  go w jego katowickim biurze senatorskim przy ulicy Gliwickiej.

Z Kazimierzem Kutzem symbolicznie łączy mnie również rozbita, a właściwie połamana profesjonalna kamera filmowa Betamax, którą śląski felietonista i producent telewizyjny Michał Smolorz wypożyczył z katowickiego ośrodka TVP na Bytkowie, na potrzeby filmu dokumentalnego o naszym reżyserze. Owa kamera posłużyła do sfilmowania śląskich krajobrazów i typowej górnośląskiej zabudowy mieszkalnej i przemysłowej. Zdjęcia robiono z pilotowanego przeze mnie aeroklubowego balonu na ogrzane powietrze. Ponieważ start odbył się dość późno z Rudy Śląskiej Halemby, lot przez Wirek, Nowy Bytom, centum Bytomia , aż po Piekary Śląskie zakończył się już w trudnych, termicznych i wietrznych warunkach na hałdzie piekarskiej kopalni „Andaluzja”. I w trakcie tego lądowania, gdy wiatr ciągnął kosz balonu kilkadziesiąt metrów po nierównościach, doszło do popękania plastikowej obudowy kamery. Efekt był taki, iż kamera wymagała wizyty serwisowej w Niemczech, w celu wymiany całej obudowy. Optyka i kasety z filmem nie uległy uszkodzeniu. Ale sensacja w katowickiej TVP była. Film o życiu śląskiego reżysera wyszedł świetnie. Dzisiaj, takie zdjęcia kręci się z drona. Ale ćwierć wieku temu takich możliwości technicznych jeszcze nie było.

Jest jednak coś ważniejszego, co połączyło mnie mentalnie z Kazimierzem  Kutzem. To śląskość. Byłem licealistą, gdy na ekrany weszły dwa filmy z tzw. tryptyku śląskiego. To „Sól ziemi czarnej” z 1969 roku, oraz „Perła w koronie” z 1971r. Dla mnie to były filmy poruszające, chociaż nie ze wszystkim co zobaczyłem, się zgadzałem. Wróciły domowe i ogólno-rodzinne rozmowy na przeszłe tematy. I muszę przyznać, iż nie były to rozmowy łatwe, ani przyjemne.

Szkolne, polsko-poprawne wychowanie, prawie zdusiło we mnie moją śląską tożsamość. Prawie wtopiłem się w napływowe polskie otoczenie. Mało kto był w stanie rozpoznać we mnie Hanysa. Dopiero te filmy oraz pewna odwilż śląskiej tematyki w czasach młodego Gierka, przywróciły mi dumę z mojego pochodzenia i coraz bardziej zapominanej i rugowanej z życia mowy mych przodków. Może Kutzowa aktywność nie pozbawiła mnie do końca naszej śląskiej dupowatości, z którą pan Kazimierz latami walczył zawzięcie ale miłość do śląskiego Heimatu wybuchła z nową mocą. Zacząłem przywiązywać wagę do regionalnej tradycji, do przemysłowego otoczenia, charakterystycznych budynków i obiektów technicznych, które tworzyły kiedyś drugie co do wielkości zagłębie przemysłowe Europy.

Przemijanie dosięgło pana Kazimierza. Odszedł po długim i myślę, że dobrym i owocnym życiu. Zasmucił mnie tym odejściem. Ale podobnie czułem się, gdy odchodzili moi dziadkowie, rodzice i ich rodzeństwo. Kazimierz Kutz zostawił mi  rozbudzoną dumę z mojej śląskości oraz kolekcję filmów, książki i bogaty zbiór swoich felietonów. Zrobił ze mnie świadomego Ślązaka, potrafiącego rozmawiać z innymi o Śląsku i jego specyfice w różnych okresach dziejów.
Dziękuję panie Kazimierzu.

zak1953

* * *

Niepokorny Ślązak kontra „spokojna” Kaszubka

[Przeczytał w Internecie, skopiował fragmenty i skomentował inny – Ślązak, także trochę „niepokorny”].

Na portalu TVN24 znalazłem kiedyś szereg tematycznie ze sobą związanych wpisów, z których powyższy tytuł zwrócił moją szczególną uwagę, bo obydwoje „kontrahenci” są w „kręgu” mego zainteresowania od dawna. Ugruntowałem tylko mój już dawno ustalony pogląd na ich temat. Pod wpisem o powyższym tytule znalazłem genialną uwagę „ślązaka- polaka”:
~ślązak – polak: Pan Kazimierz jest – jak to mówią teraz – „kontrowersyjny”. Pani Arciszewska jest mądrzejsza.

Otóż nie mogę się zgodzić w pełni z tą wypowiedzią tej „podwójnej”- narodowo czy politycznie? – istoty. Kutz faktycznie dla Nie-Ślązaków i PiS’u jest kontrowersyjny, bo ma własne zdanie, niekoniecznie zgodne z genialnymi myślami prezesa pewnej partii i nie boi się je wyrazić. Pani dwojga nazwisk jest tubą pisowsko-treuhandową i nie jest specjalnie mądra, bo za swe głupie działania została ukarana przez sąd dotkliwą grzywną i „nakazem zamknięcia pyska”, co zwiększyło zdecydowanie procentową zawartość jadu w jej krwi, ale na pewno nie wpłynęło na wzrost IQ.

Fragmenty wymiany poglądów:
Argumenty Ruchu Autonomii Śląska nijak się mają do obecnych czasów. Teraz trzeba budować silną Polskę, a nie popierać jej dzielenie – mówiła o autonomicznych staraniach grupy Ślązaków posłanka PiS Dorota Arciszewska Mielewczyk.
Mówienie o oderwaniu to bzdura z okresu PRL – odpowiedział jej inny gość „Magazynu 24 Godziny” senator PO Kazimierz Kutz.
Senator Platformy Obywatelskie, który znany jest ze swojego przywiązania do rodzinnego regionu uważa, że teraz, po wielu latach Ślązacy, tak jak reszta Polski, są w końcu wolni i powinni móc o sobie decydować. – Cała Europa składa się z autonomicznych regionów. To jest fundamentalne prawo europejskie, żeby można było o sobie decydować – uważa Kutz. – Teraz nie ma czegoś takiego jak Śląsk, co by było ustalone statusem. A w ludziach tam żyjących jest pewna świadomość bycia Ślązakiem. Dlaczego nie dać im prawa tworzenia własnego samorządu? – pytał senator. Podkreślił, że samorządność jest jednym z głównych punktów programowych PO.

Według Doroty Arciszewskiej Mielewczyk w obecnym systemie prawnym nic nie stoi na przeszkodzie, aby grupy etniczne żyjące w Polsce mogły swobodnie funkcjonować i pielęgnować swoją kulturę, język czy tożsamość. – Ja sama mam honor i zaszczyt mieszkania na Kaszubach i jestem z tego dumna. I mimo, że jako jedyni mamy własny język, to jesteśmy bardzo przywiązani do Boga i Rzeczpospolitej i tradycji – mówiła posłanka. Jej zdaniem postulaty Ruchu Autonomii Śląska są wywrotowe, a jego członkowie zachowują się skandalicznie porównując Polskę do małpy, która dostała zegarek, czyli Śląsk i go popsuła.
Ja absolutnie protestuję przeciwko mówieniu o wywrotowości tego ruchu. Z takimi poglądami pani nadaje się na obiekt muzealny – bulwersował się Kutz. – Powszechny spis ludności pokazał, że z tożsamością śląską identyfikuje się najwięcej osób – dodał.
Dla mnie ten ruch jest niebezpieczny i pachnie separatyzmem – nie dała się przekonać posłanka PiS.
Tyle mowy „mądrych” głów.

Moje uwagi:

Pani Dorota A.-M. z uporem maniaka powtarza dumnie, że Kaszubi jako jedyni mają „zatwierdzony” ustawowo język regionalny, bo jej zdaniem ze Ślązakiem każdy mieszkaniec innego regionu Polski jest w stanie doskonale się porozumieć. Skoro „senatórka” powtarza jak papuga swoje, ja ponownie przypomnę autentyczne zdarzenie z 1945 roku, które przeczy jej twierdzeniu. Staruszka-Ślązaczka zwróciła się do Pani Ady, kierowniczki sklepu, pochodzącej z „za Buga”, w następujący sposób – bardzo grzeczny: „Dają mi szachtlan sztrajchecli”, a Pani Ada nie wiedziała o co chodzi, natomiast tubylcy nie mieli najmniejszych wątpliwości, że kobieta potrzebuje zapałek i bardzo szanuje kierowniczkę sklepu mówiąc jej „za troje”.

Podczas jednej z manifestacji Ruchu Autonomii Śląska jego „szef”, Jerzy Gorzelnik, upublicznił swoje credo.
Debata wokół autonomii regionu powróciła po tym, jak Ruch Autonomii Śląska zaapelował do Donalda Tuska o skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o zbadanie legalności dekretu Komunistycznej Rady Narodowej z 1945 roku, który zniósł istniejącą do 1939 roku Autonomia Śląska wynikająca z odmienności narodowościowej, kulturowej i gospodarczej. W petycji do szefa rządu Ruch zwrócił się też o „podjęcie starań o wprowadzenie do polskiej konstytucji zapisów umożliwiających wszystkim wspólnotom regionalnym, w zależności od ich aspiracji i pragnień, uzyskania statusu autonomicznego”.

„Autonomia to dobry pomysł dla każdego regionu. I wcale nie chcemy Śląska oderwać od Polski” – zapewnia przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska Jerzy Gorzelik. Według niego „nikt naszych problemów nie rozwiąże lepiej, niż my sami”, a już na pewno nie Warszawa.
„Autonomia jest wspaniała, bo Śląsk syty, Polska cała” – w tym haśle tak naprawdę się  skupia cala nasza idea – wyjaśnił Gorzelik.

”Jest bardzo wiele państw silnie zdecentralizowanych, którym nie grozi rozpad. Wręcz przeciwnie, kiedy centralna biurokracja utrudnia realizację aspiracji regionalnych pojawiają się  zagrożenia separatyzmem. Na górnym Śląsku takich zagrożeń nie ma” – zapewnił lider Ruchu.
Ruch Autonomii Śląska przedstawił projekt swoistej konstytucji dla regionu, wprowadzającej jego autonomię. Jej przedstawiciele liczą, że będzie to możliwe w 2020.
Według Gorzelika więcej regionów powinno starać się o większą samodzielność, bo dzięki temu „ludzie poczują się gospodarzami u siebie”. – Zobaczą, ze ich podatki są wydawane w najbliższej okolicy, będą mieli nad tym kontrolę – stwierdził. Dlatego Ruch Autonomii Śląska chce „własnego sejmu i własnego skarbu” – czyli osobnego budżetu, czytelnego rozliczania się z budżetem państwa i własnego parlamentu regionalnego.
„Nikt naszych problemów nie rozwiąże lepiej niż my sami” – argumentował Gorzelik. A pytany, czy czuje się Polakiem odparł: – „Jestem obywatelem Polski, w spisie powszechnym deklarowałem narodowość śląską. Ale Ruch Autonomii Śląska nie jest etniczny czy narodowy, nie brakuje ludzi bez śląskich korzeni” – dodał.

Mój komentarz:

Już kilkakrotnie rozprawiłem się w mediach z kłamstwami, dowodami niekompetencji i jadowitością „spokojnej Kaszubki”. Mogę oczywiście przypomnieć wszystko lub podać odpowiednie linki, tak jak ona odgrzewała stary, niestety prawdziwy, dowcip o małpie i zegarku, który pasuje do realiów jak „rzyć na nachtopf”, jak mówiłoby się na Śląsku. Kutz często ma rację, np. gdy apelował do Ślązaków, aby wzięli w swe ręce sprawy regionu a nie liczyli na tych „ciulów” z Warszawy.

Mój stosunek do problemu autonomii jest ambiwalentny. Gdyby ta autonomia nie została przerwana wojną i działaniem władz PRL’u nasza sytuacja byłaby prawdopodobnie doskonała. Śląsk mógłby być krajem „mlekiem i czymś tam płynącym”, regionem zamożnym i poważanym w kraju i za granicą. Zaoszczędzone i zgromadzone bogactwo z dochodów przemysłu ciężkiego i kopalń mogłoby teraz służyć do walki z degradacją środowiska i „familioki” i ich otoczenie wyglądałyby jak oazy zieleni, tak jak np. niektóre dzielnice w Essen po restrukturowaniu przemysłu. Po prawie 100 latach haniebnej, rabunkowej gospodarki, pogardzany przez całą Polskę – z Kaszubami i „–szubkami” włącznie, Śląsk jest gospodarczym trupem i niezwykle groźną bombą ekologiczną, której tykanie jest coraz głośniejsze. W tej chwili nie pomoże żadna autonomia, tylko odwrócenie starego hasła: „Cały naród buduje swoją stolicę”, które usprawiedliwiało m. in. kompletne okradanie Śląska i to niekoniecznie dla budowy stolicy, tylko dla prywatnych willi i pałaców nowych władców. Lokalnym sługusom PZPR zafundowano tylko ochłap, jedną dzielnicę daleko od Warszawy (Brynów). Kutz ja uwiecznił w swoim filmie. Należałoby nowe hasło: „Cały naród ratuje Śląsk przed ostateczną zagładą” wprowadzić w czyn, ale nie wierzę w to, aby wspomniane „ciule” były zdolne do podjęcia tak trudnego zadania. W takim razie jeśli i tak zginąć, jak Titanic, wtedy z orkiestrą „autonomiczną” w tle – chyba trochę milej zakończyć żywot.

PS

Nie jest to panegiryk o wielkim twórcy, ani epitafium. Media są i będą pełne wspomnień o Nim, a ja tylko pokazuję mały wycinek jego pracy dla rodzinnego rejonu. Napisałem ten tekst dawno temu, ale nie stracił na aktualności.
Po śmierci Kutza Ślązacy stracili praktycznie jedynego polityka, który mógł pomóc różnym aspiracjom najgorszego sortu obywateli polskich, szczególnie takich jak ja, zaliczonego pewnie do zakamuflowanej opcji, choć jest to w moim przypadku zdecydowana nadinterpretacja przy moich głównie polskich korzeniach. Zostali szubrawcy i zdrajcy jak ob. Kałuża.


Antonius

13.12.2018
czwartek

Świętujmy rocznice!

13 grudnia 2018, czwartek,

Polacy to jednak dziwny naród. Są objawy, świadczące o tym, że nie różnimy się pod pewnymi względami od innych narodów Europy – „kochamy” sąsiadów! Tak jak Francuzi Anglików i Niemców. Dalsze geograficznie narody są miłe dla naszego serca, stąd hasło o bratankach z Orbanami, albo sentyment do Francuzów. Polska szlachta nawet głównie rozmawiała po francusku. Z oczywistych względów Polacy, kochający Węgrów, nie mówili po węgiersku, bo to jednak za trudny język.

Jest jeszcze coś wspólnego wszystkim narodom – kochają świętować wszelkie rocznice ciekawych zdarzeń, mających związek z ich historią. Dla przykładu Anglicy i Francuzi upamiętniają wydarzenia historyczne, sławiące ich naród, a więc zwycięstwa, a jedynie Polacy świętują porażki!!!
To jest ta istotna różnica między Polakami i w/w narodami Europy.

Na ten fakt zwróciłem uwagę w Paryżu, zauważając dziwne dla mnie nazwy stacji metra – mnóstwo nazw miast dalekich od Francji. Pytałem kolegę i on mi wytłumaczył, że chodzi o bitwy Francuzów (głownie Napoleona) z innymi narodami. Z głupia frant zapytałem, dlaczego nie widzę stacji Waterloo? Odpowiedział prosto – szukaj tej nazwy w Londynie! Przypomniałem sobie natychmiast film „Waterloo bridge” – smutną historię z czasów wojny.

Wracajmy do Polski! Jakie rocznice obchodzimy namiętnie i często? Przegrane powstania! Ulice i place „bohaterów” powstania – wzniecanego bezmyślnie i zakończonego okrutnie. Jedyną jaskółką normalności były obchody setnej rocznicy uzyskania niepodległości, wreszcie świętowanie zwycięstwa. Może jeszcze można zaliczyć do pozytywów obchody rocznicy bitwy warszawskiej. Czy jednak w tych przypadkach widać duże zasługi bohaterstwa narodu? Wątpliwe! Niepodległość podarowały Polsce obce narody, a nawet przepędzenie bolszewików było podobno zasługą latającej nad polem bitwy Matki Boskiej (świadectwo abp Hosera!). Przy takiej pomocy nawet palcem nie trzeba było machać ani szabelką, a radzieccy padali jak muchy.

Po tym wstępie dochodzę do zasadniczego tematu: Jak zakwalifikować bardzo bliską rocznicę ważnego dla Polaków wydarzenia – 13-go grudnia?
Czy będziemy świętować jak zwykle klęskę narodu, czy wzorem innych narodów mówiąc o zwycięstwie? Może nie generała nad narodem, a rozumu ludzkiego nad pychą i głupotą przywódców „panny S”? Sądzę, że nawet po tylu latach i śmierci generała zdania są podzielone, na co też wskazują niektóre sondaże. Pewnie wszyscy ateiści blogowi są świadkami tak bliskiej historii i mają określone zdanie. Ci co realnie ucierpieli (jak Jarosław K., zlekceważony przez generała brakiem internowania?) bluźnią na temat generała, a inni (jak np. ja) z biegiem lat zmienili pogląd na celowość proklamowania stanu wojennego. Według Wałęsy byłyby plusy ujemne i dodatnie i ja te ostatnie doceniłem, choć nie od razu. Pamiętam bardzo dobrze sytuację społeczno-polityczno-ekonomiczną przed 13-tym grudnia.

Podobno młodzież określiła tragiczne kroki generała – zablokował Internet, a poza tym w Carrefourach był tylko ocet! Była kompletna degrengolada gospodarcza, w całej Polsce tylko strajki, a Wałęsa jeździł po kraju i judził – mówiąc przewrotnie, ze strajki gasi – dolewaniem paliwa do ognia. Straszył generała „siłową konfrontacją” z władzą, ujawniając, że sam dobierze moment tej konfrontacji. Pamiętam, że w Opolu S. już planowała, kto z kim będzie walczył na barykadach. Może to i było tylko śmieszne, bo nie było czym walczyć, ale ludzie się bali, bo zginąć można przez przypadek.
Generał wyciągał rękę do zgody, aż zatrzeszczała niebezpiecznie w stawie barkowym, ale na wszelki wypadek drukował w Moskwie ogłoszenia o stanie wojennym.
Wybrał jednak sam moment „konfrontacji”, bardzo ostrą zimę i późniejszy rozpaczliwy okrzyk „zima wasza, wiosna nasza” był tylko pustym dźwiękiem. Plułem w kierunku telewizora na widok zielonych ludków – nie za blisko, bo nasz aparat nie miał wycieraczek. Podobno w Grecji były takie telewizory, a z wycieraczek korzystano, gdy pokazał się ichni generał.
Kląłem na niepotrzebne w moim mniemaniu ograniczenia, ale to było prawie wszystko. Dałem odpór władzy tylko w ten sposób, że nie zabierałem więcej „pachołków Jaruzelskiego” autostopem, gdy z Opola jechałem na południe (mijając czołg, postawiony na rogatkach miasta) i żołnierze wybierali się na urlop z pobliskiej jednostki. Na tym moje bohaterstwo się skończyło.

Wiem, że nie wszystkim wiodło się tak dobrze jak mnie (i prezesowi). Opowiadała mi aktywistka Solidarności o pobycie w obozie w Gołdapi, gdzie „dżentelmeni” gnębili kobiety, korzystając z okazji. Wiele bezeceństw działo się, gdy podli ludzie wykorzystywali sytuację do celów prywatnych. Nie było jednak rozlewu krwi jak na Węgrzech i możliwy był okrągły stół, przy którym nie lała się krew a najwyżej piwo, przynoszone w ramach obowiązku przez pewnego Jarka (to słowa Walesy o historycznej roli prezesa). Nie dziwię się, że spalił jego kukłę po tak wysokiej ocenie zasług!

Wówczas nikt nie był w stanie przewidzieć, czy bratnie narody nie przyjdą z pomocą jak Polacy Czechom, a Mongołowie w Budapeszcie. Teraz mądrale pieprzą, że Moskwa nie myślała o pomocy, a bracia z DDR już grzali silniki czołgów, czekając na odpowiedni moment, który nie nadszedł tylko dzięki generałowi.
Nie umiem ocenić strat gospodarczych spowodowanych stanem wojennym, ale intuicja – i obserwacja skutków przemiany politycznej przekonują mnie, iż nie są porównywalne z późniejszymi stratami. Kradzież majątku narodowego na potęgę i wyprzedaż za symboliczne złotówki dochodowych instytucji zamiast kiepskich – to już dzieło „powojennych” władców Polski.

Wprost niebotyczne uwłaszczanie partyjne widzimy obecnie. Spełniła się prośba prezydenta – „ojczyznę dojną, racz nam…itd.”. Nikt tych miliardów, a może bilionów nie wróci społeczeństwu, tylko garstka „prima-sortu” jest zaspokojona do śmierci. To się jej należy, krzyczała pewna przekupka. Inna dołączyła inteligentne nad miarę dzieci do grona profitujących z dojonego mleka.
Straty w ludziach, które można powiązać ze stanem wojennym to podobno około 100 osób. Nie pamiętam czasu trwania stanu w. (i nie chce mi się pytać Gugla), ale ludzi, którzy z głupoty zginęli w tym czasie na drogach to tysiące. Najbardziej podkreślony fakt to kilka górników kopalni Wujek. Przez machlojki władz spółek węglowych w „wolnej” Polsce, jak nagminne fałszowanie zawartości metanu, ginie często dużo więcej górników, a pod willami prezesów spółek nie widać rok rocznie pikiet i nie słychać wrzasków jak pod domem generała.

Stan wojenny został wykorzystany przez wiele osób do celów prywatnych, ale na to generał ne miał wpływu, podli ludzie są w każdym narodzie.
Z mojego podwórka to zabawne było uzyskanie tytułu profesora przez osobę, która nie spełniała wszystkich wymogów ustawowych, a złośliwi mówili, że fruwała razem z WRON-ą i to jej pomogło. Znacie ten skrót? Ja pamiętam, ale nie powiem (jak prezes).
Wykorzystano stan wojenny np. do usuwania niewygodnych ludzi z ciekawszych posad, a nawet z byle jakich, jak próba wygryzienia aktywistek Solidarności z posad nauczycielskich, gdzie faktycznie politykowały. U nas do tego nie doszło, bo i wśród partyjnych zdarzali się przyzwoici ludzie (nie tacy jak prokurator , wrzeszczący „precz z komuną”, ale on to wrzeszczał dopiero po wielu latach, raczej nie podczas stanu wojennego). Wtedy zbierał odznaczenia za wierną służbę.

A co zrobili aktywiści Solidarności po przemianie? Obsadzali natychmiast ważne stanowiska niekompetentnymi ludźmi, ale swoimi. Nowy kurator wykazywał pewne predyspozycje – miał inteligentną żonę i księdza w rodzinie – więcej „grzechów” nie pamiętam, a znałem go dobrze i nawet jego żonę, bo była moja studentką. O jego osiągnięciach „naukowych” krążyły legendy.
Osiągnięcia na stanowisku kuratora przemilczę, to w jego interesie.
Wykazywał np. bardzo wysokie morale (może dzięki księdzu w rodzinie?). Jednym z pierwszych zarządzeń był zakaz zatrudnienia emerytów w szkole – ma być miejsce dla młodych! Tylko przyklasnąć tak mądrej i uczciwej inicjatywie. Gdy wylano go ze stołka to co zrobił natychmiast? Zabiegał, jako emeryt, o dodatkowe zatrudnienie w szkole żony.

Summa summarum, zrozumiałem i usprawiedliwiłem generała i podobało mi się jego oświadczenie, że postąpiłby analogicznie i przeprosił naród za swoje i cudze winy.
Porozumienie z Wałęsą było niemożliwe z powodu jego potwornej pychy, o głupocie nawet nie wspomnę. Jak wysokiej kultury to człowiek, pokazał przy pyskówce z prezesem w sądzie. On wówczas był już tak wielki, że tylko przez lornetkę widział czubki butów i nie słuchał przyjaciół, którzy byli mu życzliwi mimo jego braku kindersztuby. Czytałem kiedyś raport służb, co i ile konsumował w odosobnieniu, np. hektolitry wódki – taka dieta zostawiła pewnie ślady do dziś.

Antonius

9.12.2018
niedziela

Jak działa Maryja w mieście powiatowym

9 grudnia 2018, niedziela,

Radni pewnego miasta powiatowego, którego nazwy nie będziemy tu zdradzać, zawierzyli miasto Maryi. Nazwy miasta – Piotrków Trybunalski – nie będziemy zdradzać dlatego, bo chodzi o sytuację modelową: dowolne miasto powiatowe a nawet ponadpowiatowe i zwykłą gminę w krzakach, czyli to jak w takim miejscu działa Maryja.

Po pierwsze, Maryja nie działa. Miasto zostało jej już raz zawierzone, ale zawierzono je Maryi niższej rangi, bo Matce Bożej Piotrkowskiej. Przy zawierzeniu Maryi tak niskiej rangi okazało się, że sobie Maryja nie radzi, zawierzenie ją przerosło. Owszem, obiekty kościelne zadbane wybitnie i świecą pieniądzem z daleka, ale miasto pozakościelne to raptem trochę zadbanych uliczek na krzyż – i to współfinansownych przez Unię, a między nimi i poza – tak zwana mogiła. Krzyż i mogiła, czyli mamy klimat.

Po drugie: Maryja musi się wziąć w garść. Ponieważ Maryja Piotrkowska się nie sprawdziła, radni postanowili dokonać ponownego zawierzenia, tym razem Maryi odpowiednio wysokiej rangi, bo ogólnopolskiej, a ogólnopolska to wiadomo: Królowa Polski.

Ogólnie rzecz biorąc, Maryję ogłaszano Królową już ze dwieście razy, o czym miałem okazję pisać, ale od tej pory zawierzeń i ukoronowań przybyło i trudno już nadążyć z rachunkiem. Jezus też został ogłoszony Królem Polski co najmniej ze cztery razy, więc jasne jest, że poprzednie razy dwieście i trzy to były zawierzenia niefachowe, albo też Maryja z Jezusem sobie z obowiązkami nie radzili i dlatego takie liche skutki.
Chyba nie powinno się mieć nadmiernych pretensji o to, że sobie nie radzili, bo jak tak spojrzeć na Polskę, to ani święty ani nawet wariat sobie z takim wariackim krajem nie poradzi i lepiej wziąć zaliczkę, a zaraz potem – wziąć nogi za pas.

Zawierzając Piotrków Maryi po raz drugi, prezydent onego miasta ładnie ukląkł i tak przemówił:
Jako prezydent Piotrkowa Trybunalskiego, klękam przed Bogiem i przed Tobą, Maryjo (…), aby zawierzyć Twojemu Niepokalanemu Sercu miasto Piotrków Trybunalski – jego władze samorządowe, wszystkich przedstawicieli władzy byłej, obecnej i przyszłej, a przede wszystkim mieszkańców naszego grodu (…) (1)

Od tej chwili Piotrków już jest znowu zawierzony, czyli wszystko co się w mieście dzieje, jest pod kontrolą Maryi ogólnpolskiej.
Maryja kontroluje zatem miejski budżet i to, żeby na dzieci przedszkolne były przedszkola oraz na miejskich staruszków był katolicki cmentarz, bo już nie kontroluje tego, żeby im się znośnie żyło. Nie po to się żyje, żeby miło żyć, tylko by się do nieba przysposobić.
Dba też Maryja, żeby na bicie kobiet katolickich przez ich sakramentalnych katolickich mężów były odpowiednie środki: plastry na opuchliznę i tabletki miłości. Jak będzie coś nie tak – Maryja winna. Maryja jednak z pewnością dobrze sobie radzi z tym, żeby wszystkie dzieci piotrkowskie uczęszczały na katechizację w szkole.

Maryja ma pilnować żeby kler katolicki mniej gwałcił dzieci chrzczone, a nawet pozostałe. Nie wiadomo, czy fakt szczodrego gwałcenia do chwili niniejszego zawierzenia jest skutkiem zbyt niskiej rangi zawierzenia z przeszłości, czy może ogólnego przepracowania Maryi, bo z pewnością na niegwałceniu dzieci przez kler jej zależy. Faktem jest jednak bezspornie wykazanym, że gwałcenie odbywało się swobodnie i za zgodą Kościoła kat. Jak można łatwo zauważyć, w celu wykonywania skutecznej roboty przez Maryję konieczna będzie jakaś koordynacja na linii Matka Boska – Kościół kat. , której dotąd – dlaczegóż? – nie było.

Skuteczność zawierzenia Maryi oraz odniesione z tego tytułu oszczędności budżetowe i inne korzyści dla ludności są fizycznie mierzalne: spadek w najbliższym roku rozliczeniowym pijactwa, gwałtów, wypadków, mordowania dzieci poczętych i zabójstw zwykłych, tłuczenia żonami o klozety, o – powiedzmy – 20% będzie dowodem na dwudziestoprocentową skuteczność Maryi. Identyczna zasada przy wzroście odpowiednich elementów mierniczych też nam wyjaśni kompetencję i zaangażowanie Maryi, ale o takich sprawach w mieście powiatowym ani żadnym innym się nie rozmawia. Nie zostanie powołana komisja miejska w celu monitorowania skuteczności działania Maryi, ale, szczęśliwie i wbrew Opaczności, w dobie nauki można to mierzyć z zewnątrz, nie pytając radnych o zdanie.

Przewiduję poważne trudności tego zawierzenia. Ich źródło kryje się w tym, co w tak ślicznie klęczącej postawie wygłosił prezydent miasta z tak gorliwym zaangażowaniem. Wystarczy uważnie przeczytać: zawierzyć Twojemu Niepokalanemu Sercu miasto Piotrków Trybunalski (…) wszystkich przedstawicieli władzy byłej, obecnej i przyszłej, a przede wszystkim mieszkańców naszego grodu.
No, skoro Maryi zawierzono wszystko co przeszłe, co – swoją drogą – jest katolicko bezczelne ze strony zawierzycieli ale taki mamy standard, to znaczy że cała historia miasta pełna dziadostwa, nędzy i zbrodni oraz zapleśniałych budynków to robota niechlujnej Maryi. Z tak słabym CV powierzanie Maryi jeszcze trudniejszej roboty wyciągania miasta z tego, co sama w nim nabałaganiła, to przepis na klęskę.

* * *

Nie jest całkowicie pewne, czy to też wina Maryi, ale z pewnością kogoś z tzw. Trójcy Świętej. Oto bowiem w bardzo kiepskim stanie zdrowia znalazła się posłanka PiS Joanna Szczypińska. Wspieramy ją. Ma bardzo dobrą opiekę, ale modlitwa na pewno pomoże. (2) Takie oświadczenia składał arcykatolicki PiS, który, wraz z klerem, szczerze się za nią modlił.
Modlitwa nie pomogła, pani posłanka wzięła i przeprowadziła się do Domu Pana, czyli tam, gdzie przebywa nasz Święty Ojciec Święty. Miała pomóc na pewno, a na pewno nie pomogła.

* * *

W zasadzie, to można by współczuć Maryi takich wyznawców, ale byłoby to współczucie fałszywe i źle ulokowane. Ona, po pierwsze, z góry wszystko wiedziała i się na to zgodziła, co jest zapisane w odpowiedniej książeczce, po drugie nie ma żadnego innego Kościoła kat. Nie tylko nad Wisłą. Mogłaby sobie przecież odpowiednio wychować wyznawców, przecież jest od tego specjalistką najwyższej klasy, co osobiście poświadczył nasz ulubiony Święty. A jak nie, to nie ma co narzekać, tylko trzeba brać co jest i być zadowolonym, że chociaż tyle.

Tanaka

(1), (2) źródło: wp.pl
Fot. Tanaka

4.12.2018
wtorek

Konkurencja czyli grzech zasadniczy

4 grudnia 2018, wtorek,

Dominującym obecnie na świecie systemem ekonomicznym jest gospodarka rynkowa. Jego cechą jest naczelna i uniwersalna rola pieniądza, jako ekwiwalentu dóbr wszelakich. Oczywistym jest zatem, że posiadanie pieniędzy jest korzystne. Za pieniądze można bowiem nabyć nie tylko rzeczy materialne ale również zdrowie, bezpieczeństwo i władzę. Zdobywanie pieniędzy jest co prawda regulowane szeregiem praw, jednak praktycznie obowiązuje jedna zasada – nie daj się złapać. A poza tym, za pieniądze można kupić również prawo. Jak każdy bowiem system, tak i ten jest mało odporny na ludzi. Ponieważ – jak było do przewidzenia – pieniądz szybko stracił pokrycie w dobrach materialnych, wprowadzono pokrycie w niematerialnych, nazywanych ogólnie pracą. Tak pieniądz stał się abstraktem mogącym przyjmować dowolną wartość.

Ponieważ apetyty rządzących są zawsze większe, niż obywatele mogą czy chcą wypracować, wymyślono tzw. zadłużenie wewnętrzne i teraz państwa żyją na kredyt „przyznawany” przez obywateli. Utrzymanie takiego stanu rzeczy jest stosunkowo proste, bowiem od kołyski każdy wie, że może chcieć i nawet mieć. Z wiekiem dowiaduje się o istnieniu haczyka w postaci ceny, którą trzeba zapłacić. Czyli potrzebne są pieniądze. A jak jest popyt, to i cena się trzyma. Mamy więc sytuację nieograniczonego popytu i mocno ograniczonej podaży.

Zadowalającym stabilizatorem zaistniałej sytuacji dystrybucyjnej okazała się być ucywilizowana, czyli odpowiadająca aktualnemu stanowi cywilizacji, konkurencja. Obejmuje ona zarówno oferentów wszelkich produktów i usług, jak i ich potencjalnych nabywców. Istotne jest przy tym, że oferenci potrzebują nabywców, a nabywcy są równocześnie pracownikami oferentów. Ci pierwsi rywalizują głównie dowolnie intensywną reklamą. Ci drudzy usiłują być bardziej przydatni niż inni pracownicy. Tu konkurencja obejmuje wszelkie dyscypliny: kto szybciej, kto silniej, kto dalej, kto dłużej, kto więcej wie, kto więcej zje… W wielu dziedzinach gospodarki, nauki, kultury głównym celem pracy stała się konkurencja pomiędzy współpracownikami. A ponieważ praca ta jest wynagradzana, zadłużenie wewnętrzne rośnie coraz szybciej. Oczywiście tylko nieliczni są w stanie podołać konkurencji z najlepszymi. A co z resztą? Ależ to bardzo proste. Oni konkurują w dyscyplinie „mieć”, która jest w gospodarce rynkowej najważniejsza.

Mamy zatem sytuację, w której chlubimy się wyjątkowymi osiągnięciami w absolutnie abstrakcyjnych i nienaturalnych dziedzinach, nie mających nic wspólnego z podstawowymi działaniami związanymi z zapewnieniem ciągłości cywilizacyjnej. Chyba, że zaliczymy do nich umiejętność szczególnego odbicia piłki, posiadanie aktualnie najszybszego samochodu lub uzyskanie tytułu profesora, prezesa, rektora czy kardynała. Interesujące jest przy tym, że im bardziej abstrakcyjne działanie, tym lepsze wynagrodzenie i wyższa nagroda.

Konkurencja, jak wiele powszechnych działalności cywilizacyjnych, bazuje na mitach i kłamstwach. Tutaj podstawowym mitem jest „uczciwa walka”. A przecież „uczciwość” w walce wprowadzona została nie ze względu na walczących, a na widzów. Po prostu walka powinna trwać tak długo, by można było na niej zarobić.
Konkurencja prowadzi często do zamierzonego celu, jednak zawsze „po trupach” i bardzo kosztownie. I to bez względu na to, czy rywalizują szeregowi pracownicy, szefowie placówek, prezesi koncernów czy głowy państw. Konkurencja jest bowiem zaprzeczeniem współpracy: zabija inicjatywę, tłamsi radość tworzenia, niszczy wspólnoty, zadowala się bylejakością i nie toleruje lepszych rozwiązań. I najważniejsze – konkurencja jest matką wszelkich tyranii.

Podstawą konkurencji jest system ocen. Jedyny znany mi wynik egzaminu bez ocen, to prawo jazdy. Czyli albo umiesz prowadzić, albo nie. Ale już np. chirurg może być „trójkowy” albo „piątkowy”. Dlaczego? Nie wiem. Jednak znając system kształcenia nie zapytam operującego mnie lekarza o notę na egzaminie. Zauważmy przy tym, że kryteria oceniania ustalane są bez uwzględniania indywidualnych możliwości konkurujących. W ten sposób dyskryminacja zalegalizowana została jako obiektywność.

Z ocenami spotykamy się od najwcześniejszego dzieciństwa. Jest to indoktrynacja nierozłącznie związana z tym, co dziś nazywamy cywilizacją i postępem. Na szczęście człowiek – wbrew powszechnemu mniemaniu – nie jest z natury stworzeniem stadnym. Wręcz przeciwnie, wyposażony uniwersalnie nadaje się świetnie do samodzielnego bytu. I głównie dlatego daje sobie (jakoś) radę w coraz tłumniejszej cywilizacji, wykonując przez większą część życia czynności zwane potocznie „pracą”, których – w najlepszym razie – nie rozumie. I w większości przypadków – nie lubi.

Jeżeli nawet otoczenie dziecka nie wywiera bezpośredniego wpływu na wybór przez niego „zawodowej drogi życia”, to niezwykle rzadko zdarza się osobnik idący naprawdę własną drogą. Obwołujemy go geniuszem zapominając, że większość z nas mogłaby dokonać w życiu znacznie więcej, gdyby nie presja środowiska. Zauważcie, że osoby wykonujące swój zawód i zachowujące przy tym nieukrywaną radość życia, to właśnie szczęśliwcy, którym się udało. Spotkałem takich. Można im zazdrościć. Oraz wszystkim korzystającym z ich pracy. Jeżeli to jeszcze jest „praca”.

Upowszechniliśmy dostęp do szkół i prawie każdy może uzyskać jakiś dyplom. Zgodnie z „postępem” przestało to już wystarczać i należy mieć kilka dyplomów. Cóż one potwierdzają? Że uczyliśmy się teorii, które nawet teoretycznie nie zbliżają się do rzeczywistości. W praktyce liczą się koneksje, znajomości i bezczelność. Ta ostatnia ma się coraz lepiej, bowiem obsadzanie (beztrosko tworzonych) stanowisk kierowniczych przez całkowicie niekompetentne osoby stało się dziś powszechne.

Konkurencja wewnątrzgatunkowa przesłoniła nam (kurczący się coraz szybciej) świat. Wciąż wydaje się nam, że przyszłość ma przyszłość, bowiem o największym problemie naszej cywilizacji jeszcze nie mówimy głośno. Mianowicie, że jest nas już teraz dużo za dużo. Mamy co prawda co jeść, co na grzbiet włożyć i jakiś dach nad głową, jednak liczba konfliktów zbrojnych (na razie lokalnych) rośnie z roku na rok. Dewastacja środowiska osiągnęła poziom znacznie przekraczający możliwość samonaprawy w realnym czasie kilku naszych pokoleń. A przy tym żyjemy coraz dłużej, a eksperci gospodarczy domagają się wzrostu populacji, by zapewnić wypłatę naszych emerytur.

Na zmiany łagodne i stopniowe nie ma już czasu. Zresztą one nigdy w naszej cywilizacji nie trwały dostatecznie długo, by przynieść oczekiwany efekt. Zmiany gwałtowne i radykalne są zwykle niszczące i bardzo ryzykowne. Zwłaszcza w dobie broni nuklearnych. Co zatem możemy zrobić?
 

Qba