Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

15.08.2019
czwartek

Sodomo, Sodomo, cóżeś ty za pani

15 sierpnia 2019, czwartek,

Chłopcy malowani

Własny róż im nie przeszkadza, cudzy to zaraza.

Konkurs-zagadka, czyli pytanie fundamentalne: czy na sali jest niesodomita?

* * *

Frédéric Martel napisał książkę. Właściwie – księgę, pt. „Sodoma”. Książka-dokument. Hipokryzji, posuniętej do absolutnych granic; fałszywości fundamentalnej i przemocy strukturalnej. Watykan: Kuria, kardynałowie, nuncjusze, biskupi; współpracownicy, interesariusze, służący i przyjaciele. Cały szczyt, cały świat.

Ulubiony termin dwutysiącletniej „cywilizacji miłości”: sodomita. Pozostańmy w duchu tradycji. A więc – sodomici.

Zdecydowana większość należy do sodomickiej „familii”. W kulturze „cywilizacji śmierci”, jak ją nazywał Wojtyła, używa się dziś terminu „gej”. Ale gej to właściwie „gay” – osoba radosna, a takie słowo przecież ukrywa straszną rzeczywistość katolickiej Prawdy: sodomickiej deprawacji, za którą jest biblijna kara – śmierć. Orzeka bowiem Miłujący Pan Bóg, własnymi słowami, w Księdze Kapłańskiej: Będziecie strzec ustaw moich i wykonywać je. Ja jestem Pan, który was uświęca! I nakazuje: Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli.

W Sodomie więc, chcąc zapobiec zbrodni, ojciec dziewiczych córek oferuje je swawolnikom, zatem gejom właśnie, w zamian za oszczędzenie dwóch mężów-aniołów, z którymi ci chcieli poswawolić. Taka moralność Objawienia: mniej grzeszne jest zgwałcic dziewczynki, niż popełnić zbrodnię obcowania mężczyzn.
To działa i dziś: drobny to grzeszek, właściwie nic zgoła – gdy konsekrowany gwałci dzieci, straszna to obraza Boga, gdy sobą cieszy się dwóch dorosłych mężczyzn.

Książka Martela jest w istocie starannie zrobionym raportem na temat współczesnej sodomii w Kościele katolickim. Autor sięgnął zarówno głęboko jak i szeroko, badając tak sam Watykan jak i najważniejsze episkopaty oraz najważniejszych nuncjuszy na świecie. Autor, sam gej, rozszyfrowuje świetnie mu znane kody porozumienia między konsekrowanymi sodomitami. Wie kto jest kim. Kto należy do obfitej sodomickiej familii, a kto do bardzo nielicznej grupy czystych celibatariuszy.

Wnioski z badania Frederica Martela są zupełnie jasne: na szczytach hierarchii Kościoła nie być sodomitą to rzadka rzecz. Najważniejsi wokół Wojtyły – sami sodomici. Przez niego wyniesieni, przez niego popierani, przez niego chronieni.

Owszem, są tacy, którzy mając głęboko ukryte sodomickie skłonności nie pozwalają sobie na praktykowanie. Z największym wysiłkiem woli walczą ze swoją wrodzoną, przez Dobrego Pana Boga daną, naturą. Cierpią na wzór Maritaine’a, niegdyś nadzwyczaj znanego francuskiego filozofa, teologa, myśliciela i zakonnika; przyjaciela śmietanki biskupów i kardynałów Watykanu, mającego ogromny wpływ na teologię i myślenie całego Kościoła. Zarazem przyjaciela wielu znanych francuskich artystów, który latami walczył z własną sodomicką naturą i usiłował otaczać opieką innych, by nie stoczyli się w zbrodnię sodomii. Na próżno. Ponosił klęski jako opiekun i poniósł największą klęskę osobistą: wyparł się siebie, do końca.

Dziś myśli Maritaine’a są zupełnie zwietrzałe, a on zapomniany. Lecz jego wartość w książce Martela, oprócz poznania jak działa w wybitnym katoliku i niewątpliwie bardzo żywym umyśle zaparcie się siebie samego w imię religijnych rojeń, polega i na tym, że poprzez niego poznajemy całą śmietankę największych twórców kultury francuskiej i zarazem światowej. Tak wielu z nich to byli i są geje. Cóż by europejska i światowa kultura bez tych gejów poczęła, o ileż sami bylibyśmy duchowo i poznawczo ubożsi.

* * *

Profesor Baniak, który od kilkudziesięciu lat bada członków kleru, podaje, że standardowo jest wśród konsekrowanych 30-50% homoseksualistów. Badacz stosuje taki termin, jest on bowiem terminem medycznym i psychologicznym, lecz z punktu „cywilizacji miłości” pamiętamy: to sodomici.

Im wyżej w hierarchii, tym sodomitów większy procent. W Watykanie procent ten sięga zapewne 80-90, może nawet więcej. Wśród członków episkopatów procent może jest pośredni: 60-70 procent biskupów to sodomici. Da się wśród nich znaleźć takich, co mają w jakimś sensie pogodną naturę, choć u biskupa to rzadkość, kłóci się bowiem z fachem. Jeśli są tacy, będą to sodomiccy geje.

Naszpikowany sodomitami, Kościół katolicki z niewiarygodną wręcz zaciekłością i dwutysiącletnią konsekwencją z sodomitami walczy. Nic dziwnego, to święty obowiązek: realizuje nakaz Dobrego Boga.
Dziś jednak realizuje coraz bardziej niechlujnie, czym bluźni Bogu: zamiast zabijać, jak jeszcze niedawno, tylko opluwa, poniża, judzi innych do powszechnej przemocy – jak arcybiskup Jędraszewski wśród tłumu pozostałych biskupów z episkopatu i prawdziwych katolików.

Jeśli ma się pojęcie o psychologii, a zwłaszcza o psychologii głębi, w żadnym razie nie wywołuje to zdziwienia.
Najpierw jest wytworzona święta norma: sodomita to zbrodniarz którego się zabija. Następnie ci zbrodniarze kryją się pod latarnią Kościoła. Musi nastąpić fundamentalne zaparcie się siebie, zawzięta walka z własną żywą psyche i własnym ciałem, z ciepłem i naturalną potrzebą bliskości oraz miłości, jaką mają, z zasady, wszyscy po równo: i heteroseksualiści i homoseksualiści i wszyscy pozostali spod tęczowego znaku LGBT. Muszą prześladować tych, którzy nie skryli się wśród kleru, by siebie tym skuteczniej ukryć i rozgrzeszyć, a nastepnie wieść wygodne – z pozoru jednak, bo trupie – życie policjanta, prokuratora i sędziego-kata.

To istota chrześcijaństwa w ogóle, ale zwłaszcza dziś jeszcze – Kościoła katolickiego. Nic bardziej go nie roznamiętnia i nie wścieka niż naturalna ekspresja ludzkiej seksualności, ktora jest jako taka straszną obrzydliwością, a jej dopuszczalność możliwa tylko pod ścisłą kontrolą i na drakońskich warunkach.
Niszczenie siebie, by zadowolić fantazmat. Nienawiść do siebie rozszerzona do nienawiści do innych. Za to, że są sobą. Że żyją jak ich Bóg stworzył.
Horror i zbrodnia. Czyli Kościół kat.

* * *

W całej tej horrendalnej sprawie należy zwrócić uwagę na coś, co umyka, co nie jest przedmiotem powszechnej dyskusji. Przy tym zaś, to wszystko co powyżej, to nieledwie drobiazgi. Przyczynki do najważniejszego.

Oto jedni purpurowi sodomici wybierają drugich purpurowych sodomitów. Oto kompania sodomitów w Kaplicy Sykstyńskiej wybiera papieża. Oto – jak sami mówią – wyborem kieruje Duch Święty. Co Duch Święty sprawia, święte jest i sprawiedliwe.
Pojmujecie?

Oto konsekrowani sodomici ustalają doktrynę Kościoła katolickiego, oto sodomici wypełniają ją praktykami wiary. Oto sodomici przed ołtarzami i na ambonach odprawiają liturgię świętą dzieląc się „ciałem Chrystusa” z ludem i pijąc jego krew, a sodomici w konfesjonałach spowiadają z największych intymności.
Oto konsekrowani sodomici w wielkiej mierze decydują czym w ogóle jest religia katolicka, jak działa i dlaczego jest takim koszmarem pełnym przemocy.
Znajdźcie większą perwersję.

Pamiętajmy: gej, a konsekrowany sodomita to zupełnie różne postaci.

Tanaka

Foto: gazeta.pl

8.08.2019
czwartek

Rocznicowo i literacko

8 sierpnia 2019, czwartek,

Rocznica Powstania Warszawskiego jest kolejną okazją do – po pierwsze, kręcenia politycznych lodów na hurra-patriotycznym nadymaniu balonika cierpiętnictwa narodowego przy wtórze peanów na cześć waleczności, patriotyzmu i poświęcenia powstańców i bicia w katolicko-narodowe dzwony. Po drugie, do niekończącego się pingponga argumentów na temat bezsensu/sensu tego zrywu.

Nie będę tu przeżuwał na nowo wymiędlonych już tysiące razy argumentów za i przeciw, nt. przyczyn i konsekwencji obłąkańczo-chciejskiego porwania się z motyką na słońce przez oszołomów-dyletantów wojskowych, którzy wbrew rozkazom, zdrowemu rozsądkowi i realiom polityczno- militarnym wysłali na śmierć śmietankę polskiej młodzieży i doprowadzili do starcia z powierzchni ziemi stolicy kraju wraz z historycznym dorobkiem narodu.
Odwołam się natomiast do proroczej epopei wieszcza.
Gdyby nie fakt, że Powstanie 1944 było tak wielką tragedią, można by się podśmiewać z tego jak dobrze treść i postacie z „Pana Tadeusza” pasują do sposobu w jaki podjęto decyzję o jego rozpoczęciu i do „dramatis personae” – ówczesnych AKowskich warszawskich „decydentów”.


„Pan Tadeusz”, ks. VI

Sędzia:
Czy potrzeba, żebyśmy zaraz w pole wyszli?
Strzelców zebrać – rzecz łatwa; prochu mam dostatek,
W plebaniji u księdza jest kilka armatek;
Przypominam, iż Jankiel mówił, iż u siebie
Ma groty do lanc, że je mogę wziąć w potrzebie;
Te groty przywiózł w pakach gotowych z Królewca
Pod sekretem; weźmiem je, zaraz zrobim drzewca,
Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele i? – jakoś to będzie !”

* * *

Ks. VII

Maciej oczekiwanie powszechne omylił,
Nachmurzył brwi i znowu głowę na pierś schylił.
Na koniec odezwał się, z wolna każde słowo
Wymawiając z przyciskiem, a w takt kiwał głową:
 
„Cicho! skądże ta cała nowina pochodzi?
Jak daleko Francuzi? Kto nimi dowodzi?
Czy już wojnę zaczęli z Moskwą? gdzie i o co?
Którędy mają ciągnąć? z jaką idą mocą?
Wiele piechoty, jazdy? Kto wie, niechaj gada!”

Milczała, patrząc na się kolejno, gromada.
„Radziłbym – rzecze Prusak – czekać bernardyna
Robaka, bo od niego pochodzi nowina;
Tymczasem posłać pewnych szpiegów nad granicę
I po cichu uzbrajać całą okolicę,

* * *
 
He! czekać? szczekać? zwlekać? –
przerwał Maciej drugi,
Ochrzczony Kropicielem od wielkiej maczugi,
Którą zwał Kropidełkiem; miał ją dziś przy sobie.
Stanął za nią, na gałce zwiesił ręce obie,
Na ręku oparł brodę krzycząc: „Czekać! zwlekać!
Sejmikować! Hem, trem, brem, a potem uciekać.
Ja w Prusach nie bywałem; rozum królewiecki
Dobry dla Prus, a u mnie jest rozum szlachecki.
To wiem, że kto chce bić się, niech Kropidło chwyta,
Kto umierać, ten księdza niech woła, i kwita!
Ja chcę żyć, bić! Bernardyn po co? czy my żaki?
Co mi tam Robak! otóż my będziem robaki,
I dalej Moskwę toczyć! trem, bdrem, szpiegi, wzwiady;
Wiecie wy, co to znaczy? – Oto, że wy dziady,
Niedołęgi! He, Bracia! to wyżla rzecz tropić,
Bernardyńska kwestować, a moja rzecz: kropić,
Kropić, kropić i kwita!” – Tu maczugę głasnął,
Za nim cały tłum szlachty: „Kropić, kropić!” – wrzasnął.

* * *

Szmer wzmagał się; wtem Jankiel posłuchania prosił[…]
„Nu, Panowie Dobrzyńscy, ja sobie żydzisko;
A co będzie? A jeśli czekacie Francuza,
To Francuz jest daleko jeszcze, droga duża.
Ja Żyd, o wojnach nie wiem, a byłem w Bielicy
I widziałem tam żydków od samej granicy;
Słychać, że Francuz stoi nad rzeką Łososną,
A wojna jeśli będzie, to chyba aż wiosną.

* * *

Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” nakreślił zadziwiająco trafnie i proroczo scenariusz polskiego „powstancjonizmu”, cechującego się kolosalnym chciejstwem, całkowitym brakiem zdrowego rozsądku i realizmu, dziecięco-naiwnym idealizmem i romantycznym „mierzeniem sił na zamiary”. Gdy do tej mieszanki doda się sporą dozę warcholstwa, dostanie się prawie niezawodną receptę na druzgocącą klęskę.

Pierwszym dramatem wedle tego scenariusza było Powstanie Styczniowe, par excellance poryw z motyką na słońce – „Hu Ha! Duch gra! Krew gra! Hu! Ha!…. Obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni…” itp. itd. Pieśń i jej przesłanie dziś wciąż rajcuje prawicę, nie wyłapującą kompromitującej chciejskiej głupoty takiego patriotyzmu –

Drugim Powstanie Warszawskie, równie lub nawet bardziej tragiczne. Oba miały poniżej zera szanse na sukces, oba doprowadziły do „skoszenia” elity narodu i długotrwałych tragicznych konsekwencji dla kultury i polityki. Stare przysłowie głosi (i słusznie), że „kto się od historii nie uczy, będzie ją powtarzał”. Warszawskie dowództwo AK zlekceważyło w 1944 r. i lekcję historii i prorocze wersety Mickiewicza.

W każdym z tych przypadków uderza po pierwsze ślepa wiara, że „ktoś na pewno coś zrobi by bohaterskiemu zrywowi dopomóc”, Francuzi, Sowieci, Anglicy, a po drugie, że dobry pan bóg, który jest przecież na pewno Polakiem-katolikiem uczyni cud by pomóc swemu ulubionemu narodowi, który do walki idzie z Bogarodzicą na ustach, przy wtórze mszy i modłów.
Polacy jako naród wydają się mieć dziwną inklinację do bycia seryjnym samobójcą.
Czy PISowska wierchuszka jadąca na powstańczej tromtadracji i realizująca kruchtowo-nacjonalistyczny kaczyzm przestudiowała historię i konsekwencje podobnych eksperymentów w przeszłości??

Herstoryk

Cytat z „Pana Tadeusza”: https://literat.ug.edu.pl/xxx/panfull/

2.08.2019
piątek

Arcybiskup Jędraszewski przypomina, czym jest Kościół katolicki

2 sierpnia 2019, piątek,

Zanim poczytacie dalej, popatrzcie sobie na niego dogłębnie. Oto twarz Kościoła.Jeśli sobie odpowiednio popatrzyliście, już pora: komary rypią, przejdźmy do środka.

Kilka dni temu rodzice dzieci LGBT wystosowali list otwarty do Kościoła katolickiego, żądający dymisji arcybiskupa białostockiego Tadeusza Wojdy. Z powodu zachowania i słów arcybiskupa i tego, co katolicy zrobili ludziom idącym w Marszu Równości. Odważni, a nieszczęśni – w ogóle niepojmujący, czym jest Kościół katolicki.

Już dostali odpowiedź od arcybiskupa Jędraszewskiego:

Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi. Co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. (…) Nie czerwona, a tęczowa*.

Powiedział to w Kościele Mariackim w Krakowie. Kościół zatrząsł się od gromkich braw.

***

Ksiądz Ludwik Wiśniewski, który właśnie był na festiwalu Świątecznej Orkiestry, nieustannie się dziwi i nic nie rozumie. Ma tak od lat.

Kiedyś Polacy uczyli świat solidarności, a my teraz zamknęliśmy drzwi, bo jesteśmy dobrzy katolicy. To dla mnie zupełnie niepojęte.

Jak to jest, że ks. Adam Boniecki nie może mówić publicznie, a o. Rydzyk może krzyczeć?
Nie umiem odpowiedzieć.

Co z uchodźcami?
– Dajcie spokój. Nie rozumiem, jak można być chrześcijaninem i zamykać drzwi przed obcym człowiekiem.

Namiot ASP zatrząsł się od braw.

Ksiądz Wiśniewski jest głęboko niezorientowany w tym, czym jest Kościół katolicki, chociaż w jego środku siedzi. Zna też na pamięć Słowo Boże, codziennie je cytuje, a nie pojmuje.

Chciałoby się zapytać: kiedy wreszcie pojmie? Co jeszcze musi się zdarzyć, żeby pojął? Ale próżno pytać.

On i kilku jeszcze księży, jak Boniecki czy Lemański, bujają w obłokach. Zdaje im się, że są właściwymi katolikami, a są AA: anonimowymi ateistami.

Swoją osobistą i fakultatywną poczciwość biorą za istotę Kościoła katolickiego, który jest ufundowany na oszustwie i wypełniony przemocą oraz pogardą – czyli miłością bliźniego. Zdarzy się w nim czasem jakiś poczciwszy członek kleru, więc za poczciwość dziś dostaje po gębie. Wczoraj byłby ofiarą całopalną. Losy wymienionych są tego przykładem.

Arcybiskup Jędraszewski przypomniał w Krakowie, czym jest Kościół katolicki. Tym Krakowie od Wawelu, okna papieskiego i otwartych katolików w oknie. Nie ma Krakowa bez katolicyzmu, nie ma katolicyzmu bez Krakowa; nie ma Polski bez katolicyzmu, Krakowa i Świętego Ojca Świętego. Cóż za piękna sytuacja!

Jędraszewskiego biskupem uczynił ojciec święty Jan Paweł II. Jak i uczynił resztę episkopatu. Za to – i za wszystko – dostawał nieustanne brawa od wyznawców, zachwyt otwartych katolików, pieniądze na tacę od wszystkich, spokój, gdy kler gwałci, katolicką konstytucję i państwo na własność. A nawet dostawał brawa od niejednego ateisty AK: anonimowego katolika.

Tanaka

* Cyt. za Wyborcza.pl i Wp.pl. Wytłuszczenia T. Foto_źródło: Wp.pl.

P.S. Rzeczony Jędraszewski jest to człowiek znający się na rzeczy, czyli na kolorach tęczy. Oto jak się godnie prezentuje w stroju organizacyjnym, wraz z silną grupą hierarchicznych współbraci.

Frederic Martel wskazuje, że wśród hierarchów Kościoła katolickiego ledwie drobna, bez mała marginalna część, jest – mówiąc językiem normalnym – heteroseksualna, przytłaczająca większość zaś, mówiąc językiem dwutysiącletniej kultury katolickiej – sodomitami.

Foto: źródło nieustalone [internet].

27.07.2019
sobota

Ostry stan przedzawałowy

27 lipca 2019, sobota,

Od trzech lat Kaczyński i jego akolici doją bez pardonu swoją (podobno) ukochaną ojczyznę. Parasol ochronny nad tym procederem zapewnia podporządkowany rządzącym wymiar sprawiedliwości wraz ze wszelkimi organami ścigania oraz media (podobno) publiczne. Dostęp do zasobów zapewnia repolonizacja dużych przedsiębiorstw oraz banków. Jako instytucje państwowe powinny być całkowicie transparentne ale kto to wymusi, gdy sądy są „ich”? Aby było śmieszniej, koszty repolonizacji wliczane są do PKB i są istotną pozycją „wzrostu” polskiej gospodarki. Drugą istotną pozycją tego wzrostu jest znaczne zwiększenie wewnętrznej siły nabywczej społeczeństwa, spowodowane przedwyborczym rozdawnictwem (500+ i inne +).

Sytuacja przedwyborcza w Polsce jest więc tak karykaturalna, że może wystąpić tylko w rzeczywistości. W żadnej literaturze by nie przeszła, jako całkowicie niewiarygodna. Ponieważ Polska nie należy do unii monetarnej euro, nie może liczyć na pomoc, jaką otrzymały Grecja, Włochy, Hiszpania czy Portugalia. Nasze zadłużenie rośnie bardzo szybko i nie dziwię się, że rząd nie chce go ujawnić. W tej sytuacji opozycja (jakakolwiek) wykazałaby się ogromną głupotą, gdyby odważyła się wygrać wybory. Mogłaby zostać bardzo szybko odsunięta od władzy, gdyby tylko PiS chciało do niej powrócić. Bo aktualnie istotnym pytaniem jest, czy PiS chce te wybory wygrać?

Wariant I: PiS chce wygrać najbliższe wybory. Przesunęło najbardziej „zasłużonych” ministrów do Parlamentu Europejskiego i zastąpi ich nowymi wiernymi – jakiekolwiek inne kompetencje nie są przecież pożądane. Ale co zrobi z ogromnym długiem? Mam nadzieję, że Kaczyński nie zamierza do odizolowania Polski na kształt PRL aby nie spłacać długów i zabrać obywatelom wszystkie przyznane wcześniej świadczenia.

Wariant II: PiS nie chce wygrać wyborów, a opozycja daje się nabrać i je wygrywa. Jedynym wyjściem będzie drastyczne ograniczenie świadczeń przyznanych przez PiS oraz rosnąca inflacja. Należy się też liczyć ze znacznym ograniczeniem środków unijnych ze względu na brak wkładów własnych. A PiS siedzi na ogromnym majątku, otwarcie krytykuje rząd i bardzo demokratycznie nie zmusza go do ustąpienia. Oczywiście o jakichkolwiek sądach nad PiS-em nie ma mowy – sądy nie te i kościół katolicki nie pozwoli. Jest on najbogatszy w Polsce i dyktuje wszystko, czyli o jakiejkolwiek sekularyzacji można zapomnieć.

Wariant III: PiS nie chce wygrać wyborów i opozycja też nie. Wybory wygrywają ultrakatonacjonaliści. Polexit jest pewny raczej wcześniej, niż później. A co potem, to nawet nie chcę myśleć. Na pewno będzie w tym szalejący katolicyzm z „odważnymi” bojówkami, czego przykłady mieliśmy niedawno w Białymstoku. Będzie ich znacznie więcej pod przewodnictwem Macierewicza, przez co staną się mało efektywne, co będzie musiała nadrobić intensywna współpraca policji.

Aby było ciekawiej, Polska jest ewenementem wśród krajów (podobno) demokratycznych, bo do uznania wyborów powszechnych za ważne wystarczy jeden (cyfrą: 1) ważny głos. Dzięki Wałęsie. Obywatele nie mają więc nawet tej ostatniej szansy, by zignorować wybory i dać „elitom” do zrozumienia, że nie ma kogo wybrać. Aby było jeszcze ciekawiej, referenda mają wysoki próg ważności – więcej niż połowa uprawnionych do głosowania. Ponieważ ostateczna decyzja o przeprowadzeniu referendum należy do Sejmu, żadna władza w Polsce nie musi się obawiać niewygodnych pytań obywateli. Pamiętać też należy, iż w Polsce obowiązuje w wyborach do Sejmu metoda D’Hondta, zatem preferowane są duże ugrupowania. A jedynym dużym ugrupowaniem w Polsce są katolicy.

Sfinalizowany ostatnio podział opozycji wskazuje na jej „mądrość” – chce wytrwać przy korycie ale bez jakiejkolwiek odpowiedzialności (jak „zwykły poseł”). Obóz rządzący natomiast przymierza się do uzyskania w wyborach większości pozwalającej na zmianę konstytucji. Prezes zdaje sobie sprawę z powstrzymywanej znacznym kosztem galopującej inflacji, dlatego nakazał ostatnio zakup 125 ton złota. Chodzi o zabezpieczenie tych, którym „się to po prostu należy”. Tym samym prezesowi i jego najbliższym poddanym wynik wyborów jest w zasadzie obojętny. Są zabezpieczeni do końca życia i przez całą wieczność.

Powyższe dywagacje są oczywiście wyrwane z otoczenia i z kontekstu społeczno-obywatelskiego. Realny przebieg będzie z pewnością łagodniejszy (niezależnie od wariantu) i rozciągnięty w czasie. Naród się przystosuje i jakoś to będzie. Tylko z nawoływaniami do wypełnienia „obywatelskiego obowiązku” przy urnach wyborczych pogodzić się jakoś nie mogę, bo brzmią one jak „prawo i sprawiedliwość” w wersji Kaczyńskiego.

Qba

22.07.2019
poniedziałek

Chyba już tylko gospodyni…

22 lipca 2019, poniedziałek,

Europarlamentarzyści nowej kadencji spotkali się w Brukseli inaugurując swoje działania w parlamencie Unii. Byli wśród nich Polacy. Ci z partii rządzącej w Polsce, pokazali swe nietypowe, a może właśnie typowe dla siebie  parlamentarnie oblicze.  O czym napisał niedawno Tanaka.

Nie jestem zszokowany takim zachowaniem naszych polityków. Ta grupa „zawodowa” na całym świecie wyróżnia się swymi działaniami od reszty społeczeństwa. To chyba element swoistej polityki odmienności i  wyróżniania się z masy ludzkiej. Oryginałowie i ekstremiści lepiej zapadają w pamięć obywateli. To taki swoisty sposób promocji własnej osoby. Bycie celebrytą politycznym. Czyli wyróżnianie się szczególnymi umiejętnościami bądź kwalifikacjami. Niestety, ci od polityki wyróżniają się brakiem extra kwalifikacji bądź umiejętności.  Ale dla politycznych fruktów ci osobnicy są gotowi na wiele. Byle tylko wyborcy ich zauważyli i dali swój głos.

Od dawna obserwuję gwiazdę politycznego szoł prezesa Jarosława. Obecna euro-posłanka, była premier rządu Prawa i Sprawiedliwości, a później wice-premier o teoretycznie określonych kompetencjach, ale faktycznie nieograniczonej bezczynności – Beata Szydło pseudonim „Broszka”.

Polityczna poprawność nakazuje mi traktować tę panią poważnie. Prezes Jarosław szanując parytety płci, pokazał że nie ma uprzedzeń. Postawił ją na czele polskiego rządu po wyborach 2015 roku. Zapunktował tym w narodowych środowiskach, udając pełnię zaufania do kobiety na wysuniętym politycznie stanowisku. Zwyczajni ludzie także byli pod wrażeniem. Mógł sam rządzić, a wybrał na premiera kobietę. Kobietę z doświadczeniem w regionalnej administracji, prawdziwą katoliczkę. Matkę Polkę. Matkę, która oddała polskiemu Kościołowi katolickiemu swego syna na księdza.

Czy ta kobieta dorosła do funkcji, które ostatnio pełniła? Moim zdaniem – nie. Ale w jej partii faktyczna władza jest ukryta, na wygodnej, nieodpowiedzialnej tylnej kanapie, zajmowanej przez kandydata na zbawcę narodu. Pani Beata okazała się posłuszną wykonawczynią otrzymywanych poleceń. Sama z siebie, nigdy nie wyskoczyła z czymś nieprzemyślanym. A że premierostwo ją przerosło? W zrekonstruowanym rządzie przekazała swój fotel synkowi Kornela Morawieckiego. Nie odeszła z rządu. Przesiadła się na fotel wice-premiera, bez konkretnych zadań i wymagań. I udowodniła, że umie pobierać przynależną pensję nie wykazując się żadnymi osiągnięciami.

Jako wicepremier nie wykazała się żadną aktywnością ani empatią w relacjach ze środowiskiem osób niepełnosprawnych. Mając przy tym usta pełne frazesów o miłości bliźniego.
W rządzie – największym jej osiągnięciem było wyeliminowanie ze swego otoczenia unijnych symboli. I czyni to skutecznie nadal. W przywołanej przez Tanakę inauguracji parlamentu europejskiego, zachowała się jak większość jej polskiego środowiska. Pokazała brak kindersztuby i pełną nieznajomość „Ody do wolności”. Może i lepiej, bo gdyby zaśpiewała tę pieśń, jej głos mógłby wystraszyć  otoczenie.

My, obywatele znamy tembr jej głosu. Dla mnie mogłaby konkurować z niejakim Kakofoniksem z bajki o Galach, o prymat w dźwiękowym porażaniu słuchaczy. Cóż, nie każdy został obdarzony pięknym głosem i śpiewaczymi  umiejętnościami. W tym aspekcie pani Beata nie przerasta swego prezesa. I dobrze.

Na śląskim podwórku – na krótko – głośno się zrobiło o unijnej fladze, jaką na jej parlamentarnym stanowisku w Brukseli pstawił górnośląski poseł Łukasz Kohut. I zarejestrował reakcję byłej premier na zdjęciach. Zgodnie ze swymi dotychczasowymi zachowaniami, pani Beata szybko schowała unijny proporczyk pod blacik. Oczywiście, własnej narodowej flagi na swoim stanowisku nie wyłożyła. Być może uczyni to w przyszłości, pokazując wszem i wobec swe przywiązanie do polskich barw, które obiecała promować w tym gnieździe unijnej rozpusty.

Reakcję pani Szydło licznie skomentowało wielu Ślązaków, którzy niezbyt chyba kochają byłą premier. Nie ma co tutaj przywoływać ich treści. Wiele z nich zwracało jednak uwagę, że te unijne barwy nie przeszkadzają pani Beacie w jednym przypadku – pobieraniu sowitej unijnej wypłaty w euro.

Duże wrażenie zrobiła na mnie pierwsza europejska przegrana obecnej unijnej posłanki. Będąc jedynym kandydatem do fotela przewodniczącej Komisji Zatrudnienia i Spraw Socjalnych, pani Szydło nie otrzymała wystarczającej ilości głosów jej członków, aby objąć upragnioną funkcję. Papużka Mazurek wszem i wobec ogłosiła, że ów wynik, to efekt zemsty europosłów za aktywność PiS na forum parlamentu brukselskiego. Myślę, że gdyby to było prawdą, to podobny despekt powinien spotkać również Witolda Waszczykowskiego i Richarda Czarneckiego. Oni jednak załapali się na komisyjne stołki, podobnie jak przegrany w pierwszej turze prof. Zdzisław Krasnodębski. Widać pan Bóg coś niełaskawy dla eks premier znad Wisły. Europejczycy, wyraźnie mają dobrą pamięć i nie cenią sobie jej osobistych zalet, którymi oczarowała swych polskich wyborców. Pisowskim elektorom antyunijne nastawienie pani Szydło nie przeszkadzało wybrać jej do Brukseli, na intratne stanowisko posła europejskiego.  A właściwie w jednym celu – po diety w euro.

Wydawałoby się, że negatywne głosowanie dało do myślenia naszej byłej premier. Niestety, jej wiara w swoje możliwości i wartość partyjnego wsparcia w Unii spowodowały, że Beata Szydło ponownie wystartowała jako jedyna kandydatka do tego samego fotela unijnej komisarz.

Tym razem baty były większe, a otrzymane poparcie mniejsze, aniżeli w pierwszym podejściu. Widać, że euro-posłowie nie oddają swych głosów na ślepo. I potwierdzili swą dezaprobatę dla jej osoby i próby zmiany ich pierwszej decyzji.
Zastanawiam się, co teraz winna zrobić polska posłanka. Gdyby miała odrobinę honoru, to zrezygnowałaby z europejskiej funkcji i wróciła do domu, oddając brukselskie miejsce innemu kandydatowi ze swej listy. Pokazałaby przynajmniej jakąś klasę, ratując częściowo twarz. Ale moim zdaniem, akurat ten element jest jej obcy, a wysokie unijne diety warte śmiechów z jej osoby. Co najwyżej nie będzie chodziła w towarzystwie tłumacza, dzięki czemu nie zrozumie treści dotyczących jej komentarzy. A czego rozum nie pojmie, tego sercu nie będzie żal. Znajdzie pociechę w europejskich wypłatach.
Mam wrażenie, że dla pani Beaty unijne znaki na tych pieniądzach, nie mają w sobie nic złego. W końcu trochę unijnych dotacji familia pani premier, a konkretnie jej małżonek, zdążyli przytulić. W imię najbardziej znanego hasła tej pani – NAM SIĘ TE PIENIĄDZE PO PROSTU NALEŻAŁY.

Tak sobie myślę, że najbardziej zasłużone i najlepiej do niej pasujące stanowisko jeszcze jest przed nią. To stanowisko księżej gospodyni. Trzeba tylko zaczekać, aż jej syn dojdzie do funkcji proboszcza jednej z małopolskich parafii. I to będzie ta najbardziej odpowiadająca jej kwalifikacjom i wrażliwości funkcja.
Na razie musimy przeżyć europejską przygodę politycznej przeciwniczki Unii  europejskiej.

zak1953

14.07.2019
niedziela

Le Tour, La Mer i La Plaża

14 lipca 2019, niedziela,

Le Tour de France. Oprócz emocji z rywalizacji sportowej – a rower staje się częścią ekoczłowieka – Le Tour oferuje też inny fenomen: oglądu krajobrazów Francji. Nie sposób nie zauważyć, że Francja ma w sobie pod względem krajobrazowym bodaj wszystko, sami zaś Francuzi cenią to i są z tego dumni. Najwyższe góry Europy i poldery solne krainy Camargue, geologicznie starą krainę wulkanów, rozległe falistości krajobrazu; małe intymne nisze i otwarte przestrzenie; duże rzeki i – przede wszystkim zaś – morze. Z trzech stron oblewające Francję. Z wybrzeżami płaskimi i skalnie wypiętrzonymi. Oszałamiająca uroda krawędzi morza i lądu, nieskończoność morza; podstawa siły państwa, filar gospodarki i francuskiej cuisine, kultury oraz coś ważnego w myśli: co jest za horyzontem? Dziś też radość wypoczynku nad morzem we wszelkich tego odmianach.

Skoro o wakacjach i radości z morza mowa, to – wśród innych skojarzeń – mam nieodmiennie i te z „Małym Pływakiem”, sceną bodaj z St Malo z „Wielkich wakacji”, serią o „Żandarmie” z Louisem de Funesem, czy „Gamoniem”, którego de Funes zrobił razem z Bourvilem. Lois de Funes kojarzy mi się także ze świeżym oddechem i słońcem, powrotem do radości życia po francusku po mrocznym czasie wojny, gdy mogła znów – i może najwyraziściej, bo już prawie dla każdego w latach powojennej prosperity – wejść na pierwszy plan. Z której strony nie spojrzeć – morze, radość, życie, Francja.

Miasto i urbanizacja połączone z krajobrazem w jedno. Zrobione często z kulturą, poszanowaniem historii i wyczuciem wartości krajobrazu; bez gwałtu, a raczej łagodnie i spójnie. Mnogość starych osad, miasteczek zagubionych gdzieś na uboczu; ruiny zamków katarów, wypiętrzone na wzgórzach ryneczki oflankowane ciasno ułożonymi domami i strzeżone przez fragmenty murów obronnych bądź kamiennych podparć; zwieńczone szpicami ratuszów czy kościołów, z których tak wiele to konstrukcje sprzed 500, tysiąca i więcej lat. Gdzieś obok czy niżej winnice, gaje oliwne, pola warzywne czy sady. Mnogość urodziwych chateaux, od niewielkich, ledwie większych niż zwykły dom jednorodzinny, po obfite, wręcz ogromne, cięższe i bardziej przysadziste, bądź koronkowo lekkie i architektonicznie wysmakowane pałace. Wszystko wśród plastycznie, rzeźbiarsko wręcz szczodrego krajobrazu, z mostami, strażnicami, wieżami na wypiętrzonych skałach.

Ale i miasta – duże, złożone, z bogatymi nawarstwieniami: czasu, potrzeb, możliwości, ambicji, funkcji. A to portu, a to miasta uniwersytetu, a to cichego miasteczka rolniczego.

Wszystkie te fenomeny możemy zobaczyć w czasie Le Touru, z powietrza bądź z trasy, w zbliżeniu, bądź w fascynujących i niezwykle obfitych w struktury, formy i światłocienie panoramach. Dla milionów i dla mnie – uczta.

To czysta frajda: być świadkiem tego, jaką zabawę i ucztę mają co roku z Le Tour Francuzi. Co kilometr, dwa, a bywa, że znacznie bliżej siebie, widać – zwykle dowcipnie urządzone i kapitalnie z góry widoczne – scenografie, wystawy, widowiska. A to sylwetka wielkiego roweru w skali 100:1 ułożona na łące z bel słomy, a to wielka flaga Francji zrobiona z kwiatów, a to miejscowe dzieciaki na rowerach jeżdżące po wielkim kole, co z góry wygląda na kręcące się żywo koło wyścigówki, a to wystawa starych, klasycznych maszyn rolniczych, a to taneczne pary w kolorowych strojach, a to wozy strażackie rozpylające na kolarzy wodną mgłę w trójkolorze, czy przebierańcy biegnący skrajem szosy i dopingujący zawodników. A nade wszystko tłumki i tłumy wiwatujące, klaszczące i radośnie przeżywające wielki wyścig, cieszące się, ze oto jedzie przez ich wioskę czy miasteczko.

I te ronda uliczne, z wysepkami będącymi często wystawą i reklamą miejscowych atrakcji. Jednak nie jakąś prostacką tablicą reklamową, a raczej dioramą inteligentnie i estetycznie atrakcje miejsca przedstawiającą.

Jest Le Tour, to gra mu Kraftwerk:

*

Dopełniający obrazek, już spoza wyścigu: malutkie miasteczko, stare ale pełne życia i krętych, pochyłych uliczek i ścieżek; stare kamienne domy, w których toczy się współczesne życie. Na zawiniętym wypiętrzeniu skały przed domami, skąpana w słońcu, mała, kamienna kaplica z widokiem na port rybacki i morze. Kaplica już nie pełni funkcji religijnej, ale jest cząstką francuskiego sposobu życia, kultury i wspólnoty.

Oto w środku kaplicy kilkuosobowy zespół muzyków. W rękach mają dawne instrumenty, pewnie z czasów Rewolucji, a może starszych: flet, specyficzną gitarę, akordeon i rodzaj cymbałów. Muzycy ubrani stosownie do historycznych okoliczności: miejsca i klimatu muzyki którą wykonują. Grają i śpiewają. Śpiewają też w jakiejś starej, a może lokalnej odmianie języka francuskiego, niewiele z tego rozumiem, ale nie rozumienie słów jest najważniejsze. Oto bowiem rozgrywa się urokliwe i emocjonalne widowisko: kaplica pełna jest ludzi, przybyszów i miejscowych. Ciasno, więc stoją w odrzwiach i na placyku przed wejściem. Wszyscy śpiewają, wszyscy się w rytm kołyszą chwytając za ręce. Ktoś mnie łapie, ja łapię kogoś, fala radości, brzmień instrumentów i śpiewu zagarnia wszystkich. Są to piosenki bardzo znane, wszyscy więc śpiewają razem, ale i jakieś lokalne, więc niektórzy śpiewają całość, inni włączają się na refren, niektórzy tylko podchwytują frazy; ja zaś tylko nucę łatwo wpadające w ucho melodie. Kościółek wypełnia ludzka radość, z własnej kultury, urody miasteczka i krajobrazu; słońca i bycia we wspólnocie. Z Francji i bycia Francuzem.

La Mer, które wszystko łączy we Francji. Morze i piękna piosenka, którą śpiewali i śpiewają wszyscy wielcy i drobni francuscy piosenkarze i ludzie w domach oraz na wakacjach. Spośród wielu kapitalnych wykonań tego znanego utworu wybieram – mając co prawda krótki dylemat, ale z góry przesądzony – „La Mer” w wykonaniu Dalidy. Ta nieskończoność, ta swoboda, ten urok i ta uroda.

*

Plaża. Zjawisko w Polsce rzadkie i bodaj nieistniejące w szerokim kulturowym kontekście. Cóż powiedzieć o kontekście morza: że mamy na dnie, na dnie twoim lec, z honorem lec – jak głosi niedoszły hymn narodowy? Plaża, dzika plaża Stana Borysa już znacznie lepiej brzmi, ale to lalalalanie drażni, choć Borysa lubię, utwór jednak przepadł gdzieś w piasku plaży i dziejach polskiej piosenki.

Nie da się porównać krajobrazu Polski z krajobrazem Francji. Polska urbanizacja współczesna to ból serca, a i dawna też nie taka. Nie da się porównać historii z historią. W historii Polski morze właściwie nie istnieje. Może jako bajka, w typie zamorskich Niderlandów, to co je sprzedawał Zagłoba szwedzkiemu królowi, zaś polski szlachcic i obszarnik żyjący z eksportu zboża za morza, a głównie do tychże Niderlandów, równie niewiele o morzach słyszał i jego skojarzenia zapewne kończyły się na Gdańsku. Niby Polska była krajem od morza do morza, ale to lipa, która zwłaszcza dziś brzmi fałszywą nutą: do mórz konkretnie nie sięgała, z mórz istotnie nie żyła, żyła interiorem, nie morzem, nie handlem, nie wyzwaniami i odkryciami; nie budową statków, małymi i wielkimi portami czy rybactwem. Dopiero po II wojnie, całkiem świeżo, stała się Polska, najpierw nominalnie państwem morskim, ale szybko też realnie względną potęgą, z powodu gospodarki, która i dziś, głównie dzięki portom i wymianie handlowej, poważnie ją napędza. Jednak słabo się to przekłada na zjawiska w kulturze, znowu więc nie ma jak tego do Francji porównać.

*

A jednak, mam dla was opowieść. Prawie bajkę, bo wśród polskiej suchej nacji takie doświadczenie to rzadkość, co jest wielką szkodą dla stanu społecznej psychiki. O plaży bałtyckiej, a łączącej – na wielu poziomach – naszą plażę z plażą francuską i francuskim morzem. I o czymś znacznie głębszym, chociaż morze niegłębokie.

Lato, wakacje. Dzieciarnia szkolna pędzi co dnia nad morze. Najczęściej grupkami, czasem tłumnie. Chłopaki niosą czarne dętki, zdarzają się wielkie, takie od traktora. Dziewczynki zwykle bardziej kolorowo ubrane i z czymś odpowiednim do urody: dmuchanym kołem w łabądka i w landrynkowych kolorach, czerwonym bądź zielonym wiaderkiem i małymi grabkami, chustką na szyi czy w kolorowych japonkach. Chłopaki banalniej: bardziej rozebrani niż ubrani, wszyscy, często idąc boso, spieszą sie niecierpliwi spotkania z wodą, słońcem, wiatrem i przygodą.

Morze to żywioł. Nie ma żartów. Wraki: ten i ów się zranił, ktoś się utopił. Ale plaża i morze taką mają siłę przyciągania, a wraki bywają przedmiotem fascynacji o wiele większej niż siła obawy. Nie lęk rządzi tam, gdzie morze i ląd się spotykają, a czysta, atawistyczna, potrzeba, pożądanie tego spotkania, tego doświadczenia i nieopisywalna, bo tak pierwotna radość z przeżycia.

Leżysz na białym piasku i doświadczasz jak działa przyroda: stopy rytmicznie głaszcze subtelna fala, wygasająca gdzieś na wysokości kostek, czasem wyżej – łydek lub kolan. Jak kto lubi, a lubią wszyscy. Słońce praży. Ucho przyłożone do piasku i słyszysz całe życie plaży i morza: skrzypienie piasku pod nogami spacerowiczów, a każdy porusza się inaczej. Odróżniasz kroki dorosłego, ciężkiego, chromego, od kroków lekkich, skocznych, równo stawianych. Słyszysz zabawę: ktoś piska, szura nogami, wkręca, wciska je w piasek, by poczuć jego struktury, uziarnienia, różnice w wilgotności, między palce złapać muszelkę; wkręca się tak, by się z plażą zrosnąć w jedno. Takie pragnienie: odczuć jedność.

Słyszysz bieganinę, zmienność rytmów kroków i skoków, puknięcia pięt lądujących w piasku po wyskoku, do piłki albo z czystej, dzikiej radości życia. Słyszysz brzdęknięcia gumowej piłki plażowej i bardziej głuche pacnięcia skórzanej piłki do siatkówki. Wszystko słyszysz i wszystko możesz odróżnić. Zaczynasz mówić językiem plaży i przyrody. Masz w sobie te umiejętności, ale poza plażą o tym nie wiesz.

Czujesz zapachy plaży i morza. Całe, rozległe nuty i gamy. Pachnie piasek: inaczej drobny i suchy, a inaczej gruby i wilgotny. Pachnie, swoiście, linia wygasającej na piasku fali. Ma swój dźwięk, za każdym razem inny. Pachnie kępka wydmowej trawy, pachnie muszla, pachnie kamyk i kawałek drewna wymoczony w morzu. Pachnie mokry ręcznik, gdy schnie razem z tobą i pachnie po swojemu, gdy łopocze na wietrze gdy go okręcisz wokół patyka, albo zawiesisz na szyi.

Roztapiasz się w słońcu leżąc na piasku, jak masło, wsiąkając w plażę. To uczucie nieskończone. Chcesz się stać plażą. Po chwili podrywasz się, paroma susami dopadasz wody i rzucasz się w nią nieprzytomnie. Pod falę albo na falę. Taką ma moc przyciągania morze. Pluskasz się, chlapiesz, nurzasz, nurkujesz, przewracasz, pływasz. Grasz w piłkę z innymi, łapiesz ją i ze złapaną piłką, albo tylko w pościgu za nią – dajesz nura. Ładujesz się do koła, albo w ośmiu ładujecie się na dętkę traktora, a potem trwa przepychanka: kto się utrzyma, a kto wpadnie w wodę.

Między plażowiczami snują się lodziarze. Z niewygodnymi pudłami, pełnymi jednak smakowitej zawartości. Choć mnie kusiły wyłącznie kalipsiaki, zwłaszcza te duże. Też pachnące – śmietaną, słodyczą i słońcem. Jadło się z papierka, nie nadążając za topiącą się zawartością, która ściekała po palcach i rękach, więc była kolejna zabawa: zlizywanie kalipsiaka z rąk lub kolan. Albo jadło się z patyka, co miało podobny efekt: lód ciekł czystą śmietaną, albo tą ciemną, kakaową czy kawową i też trzeba było szybko lizać by nie stracić, zwłaszcza, że pod lodem porafił się znaleźć młodszy braciszek, lub kolega-spryciarz łowiący lody-gołąbki wpadające do gąbki.

Morze też pachnie. Pachnie świeżością wody, pachnie sztormem, czasem portem. Pachnie północą albo zachodem. Pachnie nieznanym światem. Pachnie przygodą i śmigającą w niej rybą. Pachnie, gdy wynurzysz się z meduzą na twarzy: jestem Meduzą! Pachnie wodorostami, złapiesz też czasem zapach zdechłej ryby, albo ropy oblepiającej dryfującą kłodę. Pachnie słońcem, pachnie fotosyntezą bilionów glonowych komórek pracowicie przerabiających energię światła na pożywienie i tlen.
Inaczej pachnie woda chłodniejsza, a inaczej ciepła. Pływasz w morzu, a między jeziorami – wody cięższej i chłodniejszej oraz lżejszej i cieplejszej.

Dajesz nura w głębinę. A tam pokaz laserów i świetlnych mieczy: snopy słonecznego światła, odbijane w żywych lusterkach wody lub puszczane mimo, drążą wodę po dno, rysując na nim szalone wzory, a nieprzewidywalnie ruchliwa powierzchnia morza tworzy na piaszczystym dnie nieustanne sieci, koronki, wydzieranki wzorów będących osnową dla słonecznych snopów. Tak cię wciąga niesamowistość widowiska, że zapominasz o oddechu. Staje się niepotrzebny: słuchasz i patrzysz, masz morze w oczach. Stajesz się morzem.

Na plaży szczęśliwi ludzie. Jedni przyszli tu może o czymś zapomnieć, ale wszyscy cieszą się słońcem, wiatrem, niebem plażą i morzem. Plaża i morze są zmysłowe i są demokratyczne. Zobaczysz tu mnóstwo zgrabnych i pięknie młodych sylwetek ludzi, będzie pełno szczęśliwych zwierzątek plażowych: maluchów nago sie taplająch w morzu albo czołgającyh po piasku. Ale zobaczysz też ludzi niemłodych i nawet starych, zgarbionych, krzywych, naznaczonych cierpieniem, formalnie nieestetycznych. Ale ta nieestetyczność się przemienia w coś ładnego, gdy czujesz organiczne złaknienie i radość ludzi ze słońca i wody, przed którą nie chcą mieć tajemnic, więc i swoje zmęczone ciała odsłaniają chcąc, by słońce, morze i wiatr dobroczynnie na nie działały. Zobaczysz ludzi dawno juz dorosłych, starych nawet, którzy położą się w płytkiej wodzie, by fala nimi kręciła, obracała, poniewierała, a oni bawią się tym jak dzieci, śmiejąc sie i popiskując czy wesoło komentując. Bo może pierwszy raz od dzieciństwa znowu poczuli sie dziećmi, szczęśliwi przypomnieli to sobie, a może też pierwszy raz w życiu w ogóle poczuli się dziećmi. I tak bywa na plaży.

Zdarzy się, że na plaży pojawi się zakonnica. Uwięziona w czarnym, czasem szarym habicie, co boli gdy na więźniarkę patrzysz, ale i ona łaknie odrobiny choć szczęścia w nieuświadomionym nieszczęściu: zdejmie sandały i z lekka unosząc krawędź więziennego stroju, zanurzy gołe, białe stopy w wodzie. Wtedy chcesz krzyknać: mon Dieu, co robisz ludziom!

Pora roku nie ma znaczenia. Niezależnie od tego, czy to skwarny lipiec, listopad czy marzec, ludzie chcą i potrzebują morza, plaży, powietrza i nieskończonego widoku, po daleki horyzont. Nie wiedząc o tym, coś poza świadomym umysłem ich pyta: co jest za tą linią. Coś woła: chcę tam wędrować. Za góry, za lasy, za siedem mórz.
Ludzie się opalają, bawią i nieustannie wędrują brzegiem. Jedną noga po suchszym gruncie, drugą chlapiąc w wodzie. Coś w środku nas, o czym nie mamy pojęcia, tak nam każe.

Afrodyta wynurzająca się morza to archetyp, istota nas samych, o której zapomnieliśmy jako ludzie poddani presji kultury. Jest w nas Wielki Błękit.


*

Kiedy to się działo, nie miałem o tym pojęcia, bo zacząłem pojmować później: na plaży wracałem do pierwotnego stanu – ateisty. Odradzało się we mnie to, co było tłumione: ja sam. Nie żaden katolik, a dziecko plaży, dziecko morza, dziecko ewolucji i Wszechświata. Jestem pełen wody, morskiej wody. W wodzie się urodziłem: każda komórka mojego ciała powstała pierwej w oceanie i każde jej tętnienie z oceanu się wzieło; z wody na świat wyszedłem. Zanim zaś wyszedłem, byłem zarodkiem, rybką z solidnym ogonem. Nic we mnie bez tego nie działa. I to jest dobre, to jest sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, choć zupełnie niereligijne. To mi się podoba i w tym mam upodobanie.
Jestem falą, jestem rybą, jestem morświnem, jestem meduzą. Czyli jestem sobą. I do morza wrócę. Do tego kosmosu, który nie ma końca.

Bo gdzie się kosmos, kurna, kończy, skoro stół się kończy tu?! – jak wykrzyczał, przeczuwając siebie, chuligan Janek w Big Bangu.

Czyż to nie jest też francuskie?

Tanaka

10.07.2019
środa

Zbigniew Ziobro

Jak pan Zbyszek rozprawił się z pedofilią w kosmosie

10 lipca 2019, środa,

A było to tak. Pan Smarzowski i panowie Sekielscy, idąc tropami „Spotlightu”, nakręcili filmy o gwałceniu dzieci przez kapłanów świętego Kościoła katolickiego. Kiedy pan Jażdżewski zaatakował brutalnie święty Kościół, odmawiając mu prawa do bycia moralnym autorytetem, sam prezes Jarosław zagroził odrąbaniem ręki podniesionej na Kościół i Polskę. Ale po „Tylko nic nie mów” zamyślił się i zamilkł.

Reakcja w samym Kościele była polifoniczna. Na różnoraki sposób hierarchowie obwąchiwali trupa w Kościele. Niektórzy panowie w kieckach, jak Gądecki czy Jędraszewski, z oburzeniem stwierdzili, że są to wyssane z palca i prowokujące ataki i że trupa nie ma. Gądecki odmówił wydania prokuraturze dokumentów dotyczących kapłanów dzieciolubnych w swej diecezji. A jakby jakiś niepokorny prokurator chciał te dokumenty zobaczyć, to rzuci na niego klątwę, czyli mówiąc językiem grypsery, każe mu zkiciorować.

Dziwnie zachowuje się prymas Polak – zamiast potępić haniebny atak na Kościół i dołożyć paliwa do klątwy Gadeckiego, o mało się nie rozbeczał, zaczął się mazać, powiedział, że mu smutno i że on będzie się modlił za grzesznego trupa. No ale prymas Polak to taki dobroduszny Polak, co to nawet muchy nie skrzywdzi, tylko się pomodli.

Ale w obozie prawdziwych, pierwszosortowych Polaków postanowiono przejąć inicjatywę i rękę, co to się zamachuje, odrąbać. Oni też nie przepadają za pedofilami. Prezes polecił panu Zbyszkowi coś wymyślić, żeby suweren zobaczył, że nie ma przeproś, że da się i żaden pedofil nie uniknie bezlitosnej kary.

Na Nowogrodzkiej odbyła się burza mózgów. Dwa najistotniejsze punkty, które omawiali spindoktorzy, to:

1. gdzie szukać pedofilów
2. jaką wymyślić dla pedofilów karę, żeby przypadła do gustu suwerenowi.

Ad 1. Marszałek Kuchciński zaproponował murarzy, nie wspomniawszy o ogrodnikach i perukarzach. Ale wtedy profesorka Pawłowicz zasugerowała, by dobrze się przyjrzeć takim pedofilkom jak Lubnauer czy Dulkiewicz. Ale te propozycje Prezes, a za nim pan Zbyszek uznali za zbyt nieśmiałe i trochę niepoważne. Prezes zwrócił dyskutującym spindoktorom uwagę, że chodzi o podkreślenie powszechności pedofilstwa poza Kościołem i że tylko nieznaczny ułamek procenta pedofilów chodzi w kieckach.

Pan Zbyszek pierwszy pojął intencję Prezesa i zaproponował, by ścigać pedofilów wszędzie w Kosmosie, na Merkurym, Jowiszu, a nawet poza Galaktyką, np. w Andromedzie. Ta propozycja została jednogłośnie, demokratycznie przyjęta przez zebranych. Bo rzeczywiście: cóż znaczy kilka tysięcy pedofilów wobec miliardów na tej Ziemi i w całym Kosmosie.

Ad 2. Długo też debatowano nad wysokością kary. Przeprowadzono sondaże w różnych Miastkach, Biłgorajach i sądeckich oraz świętokrzyskich wioskach, by się dowiedzieć, jaka kara zadowoliłaby suwerena. Minister Sasin tak się rozpędził, że zaproponował 500 lat. Ale suweren nie taki głupi i wie, że nikt 500 lat nie dożyje, więc pedofilowi, któremu się zmarło wcześniej, niepotrzebnie zmarnowałyby się te zasądzone lata. Stanęło na 60 latach.

Teraz wysłane przez pana Zbyszka, Kamińskiego i magister Przyłębską w Kosmos brygady tygrysa będą łapać zboków, by ich postawić przed niezawisłym polskim sądem i skazać na 60 lat odosobnienia.

A co! Da się!

Lewy

2.07.2019
wtorek

Polskie wartości w Europie: chamstwo

2 lipca 2019, wtorek,

Od wstępniaka Basi nie chce się człowiekowi odrywać, taka błogość – Basiu, wybacz i przebacz – ale jest mus: polskie chamstwo wlało się do Europarlamentu. Na pierwszej sesji plenarnej w Strasburgu, przyzwoici posłowie w pozycji stojącej dają wyraz szacunku wobec Unii, Europejczyków i hymnu zjednoczenia – „Ody do młodości”.

Polskie chamstwo ma to gdzieś. Dokładnie gdzie, pokazuje europoseł Saryusz-Wolski, obrócony do proscenium dobrze upasionym na Europie tyłkiem, zaś inni demonstratorzy tego samego z PiS-u: niedawna minister tzw. edukacji Zalewska i niedawny minister tzw. spraw zagranicznych Waszczykowski, wymownie siedzą.

Obróceni tyłem stoją też brytyjscy posłowie „brexitowcy”, co też nędzne, choć w jakiś inny sposób. Przynajmniej oficjalnie chcą się Unii pozbyć. Polskie chamstwo chce od Europy tylko forsy i władzy nad tą forsą, czyli polskim wyborcą, a z całą resztą niech Europa spada na drzewo.

To jest prawdziwa Polska, tożsamość Narodu i jej chrześcijańskie wartości.

Tanaka

Źrodło: wp.pl

22.06.2019
sobota

Ej Sobótka, Sobótka… dzień jest długi, noc krótka….

22 czerwca 2019, sobota,

Idzie czerwiec borem , lasem, drogą i bezdrożem

Jedną nogę jeszcze tutaj, drugą już za morzem

Pochylają się topole zapatrzone w wodę

Czyje dziś życzenia spełni sobótkowy ogień.

Hej, hej, sobótka , sobótka

Dzień jest długi, noc krótka

Czas ucieka jak rzeka, jak wiatr

Wianek w dal gdzieś płynie,

Ktoś powtarza twe imię,

Może Wisła, a może ja sam ?

( fragment tekstu z piosenki Trubadurów)

Nadeszło w końcu kalendarzowe lato , a z nim szczególne słowiańskie święto związane z letnim przesileniem słońca zwane Sobótką lub Nocą Kupały. W krajach anglosaskich znane jest pod nazwą Midsummer, w germańskich Mittsonerfest i obchodzone w czasie najkrótszej nocy w roku, co przypada około 21-22 czerwca. Kościół katolicki, nie mogąc w przeszłości wykorzenić corocznych obchodów Sobótki z wywodzącej się z wierzeń słowiańskich obyczajowości, podjął próbę zasymilowania święta z obrzędowością chrześcijańską (stąd późniejsza wigilia św. Jana – potocznie zwana też nocą świętojańską, posiadająca wówczas wiele zapożyczeń ze święta wcześniejszego) – obchodzona w nocy z 23 na 24 czerwca.

Ale Sobótka przetrwała, bo to święto radości i miłości, płodności, ognia i wody, słońca i księżyca, urodzaju, powszechnie obchodzonym na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, ale również w podobnym charakterze na obszarach zamieszkiwanych przez ludy bałtyckie, germańskie i celtyckie, a także przez część narodów ugrofińskich.

Skakanie przez płonące ogniska, muzyka, śpiewy, tańce, puszczanie wianków na wodzie, wróżby, czary, szukanie kwiatu paproci no…. i kojarzenie się w pary ( był to dozwolony czas na wolne uprawianie miłości wśród młodych) – to zwyczaje towarzyszące kiedyś letniemu przesileniu Słońca.

William Szekspir uwiecznił tę szczególną noc w swojej słynnej komedii „Sen nocy letniej”, która stała się później inspiracją utworów muzycznych. Najpierw sięgnął po ten temat Feliks Mendelssohn w uwerturze o tym samym tytule, a później Gustav Mahler w monumentalnej symfonii no 3.

Wraz z początkiem lata mówi się wprawdzie o sezonie ogórkowym, ale zaczyna dziać się bardzo wiele na inny sposób. Bo to przecież bogaty czas wszelkich festiwali sztuki, zarówno wizualnej, jak muzycznej.Wielkie i małe festiwale muzyki klasycznej, jazzu , rocka. Najprzeróżniejsze happeningi na ulicach, placach, dworcach, lotniskach, plażach. No i oczywiście pełne tarasy na ulicach, na które przenosi się życie towarzyskie z wnętrz barów, kawiarń, restauracji. Pojawiają się też masowo przeróżni uliczni artyści, którzy przybywają z różnych krajów i nadają ulicom i placom szczególnego, międzynarodowego kolorytu. Pomyślalam więc, że zaproszę odwiedzających blog LA na letnią wędrówkę po miastach Europy i nie tylko, a potem do podzielenia się własnymi letnimi reminiscencjami.

W Holandii ( kraju w ktorym mieszkam) w sezonie letnim dzieje się na ulicach bardzo wiele. Amsterdam przyciąga wszystkich najbardziej, zarówno turystów, jak ulicznych artystów, więc w przeróżnych miejscach można usłyszeć wiele różnorodnych dźwięków z różnych stron świata. Leidseplein – słynny plac pełen kafejek z tarasami jest jednym z najpopualrniejszych miejsc w Amsterdamie. Tu zawsze są obecni przeróżni soliści, zespoły i zawsze wiele się dzieje. Innymi popularnymi miejscami są De Dam, Rijksmuseum. Tu występują świetni artyści rosyjscy, grając muzykę klasyczną na bardzo wysokim poziomie. Miejce wybrane jest przez nich nieprzypadkowo, bo goście odwiedzający muzeum potrafią na ogół docenić ich kunszt.

Jest też jeden szczególny letni ewenement, Prinsengrachtconcert odbywający się od wielu lat około 20 sierpnia na jednym z kanałów ( po holendersku grachten) w Amsterdamie – Prinsengracht.
Montowane jest wtedy na pontonie specjalne podium dla artystów, a publiczność zbiera się łodziami na wodzie, no i oczywiście wzdłuż brzegów grachtu.
Zawsze koncertują wybitni, światowej sławy soliści muzyki klasycznej.
Na zakończenie tradycyjnie wykonywana jest piosenka Aan de Amsterdamse grachten. Melodię grają najpierw artyści, a potem refren śpiewa cała rozbawiona publiczność.

Ale i Rotterdam ma swoje dwa letnie wydarzenia dużej rangi . North See Jazz Festival, gdzie od lat przyjeżdają najsławniejszi muzycy jazzowi na świecie, no i Zomercarnaval. gromadzący tłumy widzów.

W sąsiedniej Belgii słyszałam kiedyś w Brukseli podobny występ Beatbox. Wzbudzał duże zainteresowanie przechodniów.

Na placyku dalekiej Canberry młody, utalentowany australijski chłopak gra z pasją swoją improwizację na skrzypcach

W innej stronie świata, w Ottawie – na ulicy tańczą Zorbę.

Wspaniały wirtuoz gitary Estas Tonne urządza na ulicy w Madrycie jam session

Jeśli Hiszpania – to oczywiście Flamenco w Granadzie, na placu przed katedrą.

W irlandzkim Galway młoda tancerka prezentuje swoje ogromne umiejętności .

Na Piazza del Pantheon w Rzymie słychać Libertango Piazzoli.

Na placu San Marco w Wenecji – Rosjanie tańczą Kalinkę

Utalentowane dziewczyny z Norilska śpiewają Młodą kozaczkę w Moskwie na Placu Czerwonym

Artyści używają do występów nie tylko ulic i placów.

W popularnym pasażu w Brukseli przewija się wielu artystów. Pojawił się tam również zespół Trylogi z popularnym tematem z filmu Mission Impossible.

We Francji artyści wykorzystali jako scenerię jeden z supermarketów Carrefour Market, aby zaprezentować dokonującym zakupów dwa fragmenty z musicalu Mamma Mia.

W Zurychu w czasie festiwalu Zurich Tanzt, Tonhalle Orchestra wykonuje Bolero Ravela. na ogromnym dworcu

W centrum handlowym Mexcico City zwraca uwagę przechodniów duet tańczący The time of my life. z filmu Dirty dancing.

A na ulicy w Santa Monica 11 letnia Karolina Protsenko z ogromną swobodą gra na skrzypcach Lambadę ciesząc zarówno dorosłe audytorium, jak i najmłodszych słuchaczy.

Letnią wędrówkę zakończę na szczególnym wydarzeniu w Polsce, w Kostrzyniu nad Odrą.
Tak, to rockfestival Jerzego Owsiaka i jego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – Przystanek Woodstok, organizowany od roku 1995. W ubiegłym roku zmienil nazwę na Pol’and Rock Festival.
Ta wspaniała impreza ciesząca ogromną popularnością, była i jest solą w oku wszelkich typów, którym obca jest spontaniczność i radość zabawy. Do nich w pierwszym rzędzie zawsze zalicza się kk i jego rządowi poplecznicy. Pomimo niezliczonych utrudnień i szkalowania festival odbędzie się również i w tym roku 1-2 sierpnia.

Przeczytałam wiele entuzjastycznych wypowiedzi uczestników festiwalu pod linkami na youtube
Jedna spodobała mi się szczególnie Na Woodstock się nie przyjeżdża, na Woodstock się wraca
Jest też inna bardzo znamienna – Po prostu pokażę wam, dlaczego kocham Woodstock
Tak ogromna liczba uczestników i entuzjastow Najpiękniejszego Festiwalu Świata potrafi zawsze obronić tę piękną imprezę przed zakusami wszelkich karłowatych ponuraków.
Tego serdecznie życzę Jerzemu Owsiakowi i jego Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.


basia.n

ps.dla wszystkich ode mnie niech Eliane Elias zaśpiewa letnią sambę Samba de Verao- So nice, a Oskar Peterson zagra Gershwina < a href="https://www.youtube.com/watch?v=uPlU9xYmWKI">Summertime

20.06.2019
czwartek

Wpis przy kawie z tartą, czyli całkiem bełkotliwy

20 czerwca 2019, czwartek,

Siedzi sobie człowiek w kawiarnianym ogródku. Piękne okoliczności przyrody: letnie słońce, piękne niebo, przed nim plaża i morze. Ludzie na piasku i w wodzie. Nad wodą fruwają kejterzy. Spacerowicze, rowerzyści, rolkarze. Na stoliku kawa i smaczna tarta z malinami.
Nad wszystkimi fruwa Maryja.
Jest dobrze.

Jest i głośniczek kawiarniany, z którego wydobywa się audycja. Radiowa. Z eteru wydobywa się pani Wanda Półtawska. Największa i najbliższa przyjaciółka, współpracowniczka i powierniczka Karola Wojtyły i Ojca Świętego. Od niej – jak wieść głosi – dowiadywał się Karol Wojtyła tego, co to takiego kobieta i mężczyzna i w ogóle o co w tym wszystkim chodzi. I pewnie całej reszty.

Audycja jest długa, nie wiem jak długa, ale jak już siadłem przy stoliku, czekając na kawę, a potem ją popijając w towarzystwie pogryzanej tarty, to słuchałem. Z pół godziny tak słuchałem, do samego końca. Z rosnącym z chwili na chwilę zdumieniem, które jest mi bardzo znane. Z zasady tak mam, że mnie pewne umysły i ich manifestacje zdumiewają, poniekąd fascynują, nawet wtedy, gdy z góry wiem, czego się mam po nich spodziewać.

Słuchając, postanowiłem robić notatki, żeby ton myśli i zasadnicze sensy oraz charakterystyczne frazy nie umknęły w letnie niebo. Nie daję gwarancji za absolutną ścisłość i kolejność wypowiadanych zdań, do tego trzeba by być mistrzem stenografii lub skrupulatnym nagrywaczem. Nie w tym jednak rzecz. Rzecz bowiem w całości: w zawartości umysłu, specyfice jego sformatowanego działania, zebranych sensach, aurze mowy i kwalifikacjach etycznych mówcy. W kanonach pewności i żądań jakie ogłasza.
Bardzo charakterystyczne słowo, które powtórzyła w audycji dobre kilkadziesiąt razy: głupi.

Oto, co zanotowałem.

* * *

Ja nie wierzę, ja wiem. Wszystko dookoła jest stworzone przez Pana Boga, popatrz na słońce, na wszystko dookoła i nie ma co wierzyć, to się wie. Ja wiem i nie potrzebuję w nic wierzyć.

Ludzie są głupi. Nie ma szarości, tylko wszystko jest albo białe, albo czarne, a szarość to jest całkiem osobno.

Po co Pan Bóg dał Ewę Adamowi? Żeby zrozumiał, że nie jest gorylem.

Kobiety są głupie, nie lubię z nimi dyskutować, wolę z mężczyznami. Bo kobiety tylko reagują czuciem, a mężczyźni mają rozum.

Mężczyźni są głupi. Bo popatrzcie co się dzieje: ludzie są coraz głupsi, nie słuchają Pana Boga, w ogóle nie rozumieją kim są i po co są. A nie są po to, żeby dobrze żyć i wygodnie, bo co to jest wygoda – nic! Tylko mają żyć dla Nieba. Takie mają zadanie dane przez Pana Boga, a oni są głupi i nic nie rozumieją.

Co kobieta ma do roboty jak zachodzi w ciążę? Nic nie ma do roboty, bo to mężczyzna robi wszystko.
Karol Wojtyła zawsze powtarzał: mężczyźni, na kolana przed kobietami!

Jak byłam młoda, to ludzi nie było na ulicach, na ulicach były tylko prostytutki. Ty nie masz chodzić z panną pod rękę, bo pod rękę to się idzie do ślubu.

Dzieci są bardzo mądre. Już naukowcy w USA od psychologii zbadali, że iloraz inteligencji dzieci jest znacznie wyższy niż dorosłych. Dziecko zawsze wie, kiedy skłamie i kiedy szatan je kusi. Byłam raz na spacerze z wnuczką, miała 4 lata. I ona woła: mamusiu, dzisiaj dwa razy nie dałam się skusić szatanowi! Bo on chciał, żebym kopnęła Józka, a ja go tylko pogłaskałam!

Dzieci są bardzo głupie, bo one nie wiedzą kim są. Ale dorośli całe życie nie wiedzą kim są, dlatego wszyscy są głupi i nie rozumieją, co robią.

Znam bardzo dużo bardzo mądrych ludzi. Ludzie wykształceni są głupi, tacy profesorowie potrafią być głupi, a najmądrzejsi to są niewykształceni ludzie na wsi.

Mężczyźni są głupi. Są nieodpowiedzialni. Znam tylko jeden przypadek, że kobieta poszła do szpitala zabić swoje dziecko a on poszedł za nią i powiedział, że nie pozwala zabić swojego dziecka!

Kobieta tylko daje ciało, odżywia ciało nowego życia, mężczyzna daje życie. A to Pan Bóg daje życie.

Święty Karol Wojtyła ciągle powtarzał: uczcie się i rozwijajcie rozum, żebyście wiedzieli kim naprawdę jesteście. Musicie być odpowiedzialni!

Ludzie są głupi, mężczyźni są głupi, kobiety są teraz głupie, bo nie wiedzą, nawet nie chcą wiedzieć kim są. A przecież Karol Wojtyła wszystkich uczył i tyle książek napisał! Bo on dostał zadanie od kardynała Sapiehy, żeby uczyć młodzież i ją uświadamiać kim jest i jakie ma zadanie. Ale nawet nie musiał Karolowi dawać zadania, bo Karol bardzo młodzież lubił i się z zadania świetnie wywiązał. Ale ludzie nie czytają Karola Wojtyły.

Ty się nie tłumacz, ze masz ojca alkoholika i matkę prostytutkę, bo każdy ma zadanie i ma się z niego rozliczyć przed Panem Bogiem. Masz mieć rozum i masz zrozumieć kim jesteś, a nie się tłumaczyć i winę za własną głupotę zwalać na innych. Masz zrozumieć i masz to zrobić. Bo już Święty Karol Wojtyła napisał książkę: „Osoba i czyn”. To po co ty jesteś? Masz mieć rozum, masz zadanie, masz rozpoznać Prawdę w sobie, masz czytać książki Karola Wojtyły i masz zrozumieć i masz to wcielić w czyn!

Dzieci są mądre, są mądrzejsze od rodziców. Ludzie są głupi, wystarczy popatrzeć na statystyki: jedna żona, druga żona, trzecia żona. Ludzie się rozwodzą. Głupi są i nie wiedzą kim są. Jest coraz gorzej. A dzieci to potrafią przyjść do sądu jak się rodzice rozwodzą i powiedzieć, że się nie zgadzają na rozwód bo one chcą z mamusią i z tatusiem mieszkać. No i mądry sędzia zarządził że nie będzie rozwodu.

Mężczyźni są głupi, bo oni tylko się oglądają za panienkami. Mężczyzn nie trzeba chronić przed kobietami, to kobiety trzeba chronić przed mężczyznami. Kobiety są głupie, bo nie myślą tylko się kierują czuciem.
Kobiety i mężczyźni nie nadają się do małżeństwa wcześniej zanim nie mają dwadzieścia kilka lat. Wcześniej to oni są głupi. Potem też są głupi, bo nie wiedzą kim są i nie chcą wiedzieć.
Bo co to jest: dziewczyna ma piętnaście-szesnaście lat i dzieci rodzi? To głupie.

Karol Wojtyła zawsze uczył młodzież, to wie. On zawsze bardzo mądrze młodzież uczył: masz być odpowiedzialny! Wiem, bo kilkadziesiąt lat razem z nim pracowałam, ręka w rękę.

Jest coraz gorzej: mężczyźni są coraz głupsi i coraz gorsi. W internecie siedzą, a tam nic mądrego nie ma. Ja w ogóle nie wiem nic o internecie, nic nie wiem o skrzynce i nie mam. Trzeba myśleć, trzeba wszystko zrozumieć, być mądrym i pojąć jakie się ma dane zadanie, a nie robić głupoty.
Kobiety są głupie, bo też siedzą w internecie. Taki mąż, zamiast być rozumnym i zająć się kobietą, to siedzi w tym internecie. A kobiety są głupie, bo pozwalają mężom siedzieć w internecie. A życie i małżeństwo to jest wielkie zadanie i absolutnie poważne. Kto tego nie rozumie zmarnuje dar od Pana Boga, a człowiek ma trafić do nieba.

Ateiści to są tacy, ludzie, że chociaż mogliby zrozumieć, że jest Szatan. Przecież to widać dookoła: ludzie się zabijają, są wojny, ludzie kłamią, to jest Szatan. To mogliby zrozumieć.

Ale ludzie nie chcą zrozumieć, że Szatan jest od nich nieskończenie bardziej inteligentny. I oni, jak nie mają w sobie Ducha Świętego, ale Ducha Świętego zawsze ludzie mają, tylko go nie rozumieją, to oni na Szatana nie poradzą i zawsze będzie nimi rządził.

* * *

I tak dalej i temu podobne, to nie ma końca i gdyby audycja radiowa mogła trwać dalej, „pani doktor Półtawska” gadałaby tak równie długo, a nawet znacznie dłużej. W końcu do czegoś jest ta wieczność. Może zacząć, ale nie może skończyć gadać. A nawet jak nie gada to i tak cały czas gada. Z całkowitą pewnością tego, co gada. Bo ona WIE. Wie jak jest. I nie musi w nic wierzyć.

Nie pytam, jak się te wszelkie pewne i Duchem Świętym natchnione myśli, wynikające z pełnego zrozumienia, absolutnej powagi, sześćdziesięcioletniej przyjaźni z Karolem Wojtyłą i przeczytania jego wszystkich książek i encyklik we wszystkich kierunkach po wiele razy i wysłuchania po sto razy jego wszelkich nauk, wykładów i kazań, mają do jakoś poznawalnego i dyskutowalnego realu. Ani do swobody własnego bytu i własnej, tak zwanej duchowości.

Pani Półtawskiej w ogóle nie pytam o nic. Ani Karola Wojtyłę o nic nie pytam, ani pozostałych biskupów. Kiedyś dostawałem odpowiedzi bez pytań, kiedyś pytałem i się dowiedziałem.

Pani Półtawska jest doktorem nauk, katolickim naukowcem. Wygłasza mowy, które się zgadzają z dogmatami i odgórnymi tezami. Obudowuje je własnymi tezami i kolejnymi dogmatami. W audycji dała nieświadomy wykład tego, na czym polega katolicka naukowość. Siebie ma za świadomą, rozumną, chociaż jest wykształcona i jest kobietą, więc spełnia własną definicję głupoty, w przeciwieństwie do Bożej Prawdy, na której najlepiej się znają niewykształceni chłopi i ich ojcowie – niewolnicy pańszczyźniani.
Ba, jest psychiatrą. Faktycznie – daje tego liczne dowody.

Ja mam inaczej: wychodząc z katolickiego stanu przeczy, zacząłem się zastanawiać nad zawartością owych dogmatów i tez, weryfikując ich zasadność. Odstawiłem kawał roboty, w zupełnie przeciwnym kierunku niż Półtawska – rosnącej swobody dociekania w miejsce związania. Wyniki mojej pracy zaprzeczają wynikom orzeczeń pani Półtawskiej, które są uroszczeniami i szantażami, maskowanymi raz staranniej, raz całkiem niechlujnie.

* * *

Idę nad morze popatrzeć na bieg fal, na piszczące ze szczęścia głupie dzieciaki pluskające się w wodzie jak wróble, które to dzieciaki są znacznie mądrzejsze od głupich rodziców co mieli ojców alkoholików i matki prostytutki, czym się teraz głupio tłumaczą.

Jak inni głupi rodzice, patrzę się w niebo, patrzę na ludzi spacerujących po mieście i trzymających się za ręce i myślę sobie, że to są źli ludzie, których trzeba chronić przed ich własną durnotą, bo nie znają myśli Karola Wojtyły i Wandy Półtawskiej i nie rozpoznali w sobie, czego naprawdę oczekuje od nich Duch Święty. Chociaż sami katolicy.
Myślę też sobie, że ci ludzie są tacy głupi, że nie dają się chronić przed własną durnotą, choć Kościół katolicki od dwóch tysięcy lat im tłumaczy, że są głupi i tłumaczy co jest rozumne, słuszne i zbawienne. A następnie durniów karze, za tą ich durnotę. A oni dalej durni.
Czyni to Kościół katolicki typem przemocowego ojca-alkoholika, ale już wiemy, że tym nie wolno się tłumaczyć, bo to głupie i nieodpowiedzialne.
Wedle stanowczego orzeczenia Wandy Półkawskiej, ani ona ani Karol Wojtyła z całym Kościołem nie osądzają nikogo, tylko osądzają czyn: czarny, czy biały. Powiedzieć „głupi człowiek” nie jest osądem czynu.

Pani Półtawskiej należy się krótka i treściwa odpowiedź, ale działa we mnie Duch Święty i jestem grzecznym chłopcem. W którym, niewątpliwie, działa Szatan, więc nie odróżniam jednego od drugiego. Co bardzo dziwne, bo nie powiem pani Półtawskiej tego, co jej się należy, więc jednak odróżniam. Ale skoro nie powiem, to grzech, bo trzeba być człowiekiem integralnym – jak nakazuje Karol Wojtyła i pani Połtawska – zawsze mówić prawdę i być w Prawdzie przezroczystym. Więc nie powiem prawdy, czyli jestem Duchem Świętym Szatana we własnej osobie. Ewentualnie odwrotnie.

Chyba jestem z tego zadowolony. Ale przecież jestem głupi, bo jestem mężczyzna. Ale jestem mądry, bo mężczyźni są mądrzy i dlatego pani Półtawska woli z nami rozmawiać niż z kobietami, bo one są głupie. Ale pani Półtawska jest kobietą, więc ona woli samej siebie nie słuchać.
To jak jej słuchać?
Widzę jeden powód: ciekawość poznawania osobliwości przyrody.

* * *

Trzeba wejść na plażę. I zanurzyć się w oceanie. Tym, w którym samorzutnie powstało życie. Pierwsza bakteria, pierwsza meduza. Jestem meduzą. Zbyt klarownie przezroczystą na działanie Ducha Świętego, który woli co innego.

Wolę wejść do białej budki telefonicznej i zadzwonić do umarłych. Tych, których utopiło tsunami w 2011 roku. Tak zrobili Japończycy w mieście Otsuchi i jest w tym nieskończenie więcej ducha niż w pani Półtawskiej i Karolu Wojtyle. Razem z ich Duchem Świętym i Panem Bogiem, który ma swoją tajemnicę cierpienia przyrody z człowiekiem w środku, ale nie wolno nam o to pytać ani tego odrzucać.
Oni są zamknięci w absolutnej słuszności, ja nie mam ograniczeń.

Tanaka