Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

15.02.2020
sobota

Biskupi

Biskup Szkodoń: wzorcowa mapa katolickiej przemocy

15 lutego 2020, sobota,

„Gazeta Wyborcza” donosi:

Kraków w szoku po publikacji „Dużego Formatu” w sprawie biskupa Szkodonia.

„GW” tak zażartowała sobie z tego szoku w Krakowie. Kraków sobie jeszcze mocniej zażartował. Nie po to jest Krakowem, nie po to więcej w nim kościołów niż mrówek i nie po to jest stolicą Świętego Ojca Świętego oraz Kaczyńskiego w wawelskiej krypcie, żeby się szokować. Jest jak zawsze z katolikiem: dobrze.

Czytaj całość »

7.02.2020
piątek

Omar Chajjam, uczony, matematyk, filozof, poeta

7 lutego 2020, piątek,

Abu Hafiz Hakim Ghias-ud-Din Abol Fat’h Omar ibn Ibrahim Al-Chajjami Niszapuri, powszechnie zwany Omar Chajjam, urodził się w mieście Niszapur, stolicy prowincji Chorasan, w roku 1048, spędził tam część życia i tam zmarł w 1131 r. Obie daty są dosyć niepewne. Poza ogólnikowymi wzmiankami w starych księgach, brak jest wiarygodnych szczegółów jego biografii czy informacji na temat jego charakteru, czy wyglądu.

Niszapur, jedno z najstarszych miast Iranu, został założony przez Aleksandra Macedońskiego w 330 roku PNE, potem przebudowany przez sasanidzkiego szacha Szapura I w 3 wieku NE. Dogodnie położony na szlaku handlowym ok. 600 km na wschód od dzisiejszego Teheranu, Niszapur był kwitnącym ośrodkiem handlu i nauki, rywalizującym z egipskim Kairem. Mógł się pochwalić 12 szkołami wyższymi, wyposażonymi w zasobne biblioteki, i był centrum perskiej kultury, literatury i nauki, w czasach gdy Europa pogrążona była w mrokach Średniowiecza. Przyciągnął licznych wybitnych uczonych – matematyków, historyków, geografów, filozofów, poetów i teologów.

Ta era świetności skończyła się gdy w połowie 12 wieku nastał czas konfliktów religijnych, zakończony inwazją Mongołów (Tatarów), która obróciła miasto w ruinę. Nigdy już nie odzyskało dawnej świetności. Chajjam miał jednak szczęście. Urodził się i żył w czasach, gdy schodzący w swe średniowiecze islam pozwalał jeszcze na swobodny rozwój nauki, filozofii i na dysputy światopoglądowe, a Persja pod rządami sułtanów seldżuckich cieszyła się względnym pokojem i dobrobytem.

Literackie nazwisko Omara – Chajjam (producent namiotów) wywodzi się od zawodu jego rodziny. Ojciec Omara, Ibrahim, był producentem namiotów i markiz używanych przez wojsko. Zapotrzebowanie na te płócienne pawilony było duże i Ibrahimowi bardzo dobrze się powodziło. Podobno Omar pomagał ojcu w prowadzeniu biznesu. Jeśli to prawda było to zapewne w dzieciństwie, zanim został uczonym.

Po ukończeniu nauki w podstawowej madrasie prowadzonej w Balkh (obecnie w Afgaistanie) przez sławnego nauczyciela Szejka Muhamada Mansuri, Chajjam wstąpił do Zgromadzenia Akademickiego(*) Imama Khwadżach‘a Mowaffaq-ud-Din’a Niszapuri, wybitnego sunnickiego doktora teologii i uczonego, gdzie studiował literaturę, retorykę, historię, geografię i medycynę. Idąc za swymi skłonnościami, poświęcił się jednak głównie matematyce, astronomii i filozofii, w których to dziedzinach celował.

Po ukończeniu studiów udał się do Samarkandy, gdzie został asystentem gubernatora i Najwyższego Sędziego, Abu Tahira. Poza pełnieniem swej oficjalnej funkcji prowadził też badania naukowe. To właśnie tam napisał swą wybitną „Rozprawę o Algebrze” (została przetłumaczona na francuski w 1851 r., była entuzjastycznie przyjęta przez matematyków Europy i używana do niedawna jako podręcznik na europejskich uniwersytetach).

Sława, którą przyniosła mu „Rozprawa” sprawiła, że władca Buchary, Szams-al-Malik stał się jego patronem. Później, wybitny Wielki Wezyr (Pierwszy Minister) rządzącego z Isfahanu seldżuckiego władcy Persji Malik Szacha, Nizam-al-Malik, zaproponował mu stanowisko ministra w swym rządzie, ale Chajjam odmówił, twierdząc, że chce tylko spokojnego kąta, gdzie mógłby kontynuować swe badania naukowe. Mimo tej niechęci do polityki Chajjam został jednak tytularnym doradcą Malik Szacha, który postawił go na czele zespołu pracującego nad badaniami astronomicznymi i reformą kalendarza. Po czterech latach pracy Chajjam wydał kompilację „Astronomiczne tabele Malik Szacha” i projekt kalendarza „Dżalali”, który zaczął obowiązywać w Iranie od 15-go Marca 1079, został zreformowany w 1925 r. i jest używany tam do dzisiaj (obok islamskiego i gregoriańskiego). Kalendarz, oparty na obliczeniach ekstrapolujących czas na 70 tys. lat do przodu, był dokładniejszy od gregoriańskiego, wprowadzonego w Europie 500 lat później. Po zamordowaniu protektora uczonego, wezyra Nizama al-Malik przez Assasinów i śmierci wkrótce potem samego sułtana, Chajjam wypadł z łask, wyschły finanse na obserwatorium astronomiczne gdzie pracował i na dalsze badania nad kalendarzem, znalazł się na celowniku islamskich ortodoksów, ale udało mu się zachować pozycję na dworze, dzięki demonstracyjnej pielgrzymce do Mekki. Pod koniec życia mieszkał przez jakiś czas w mieście Merv (dziś w Turkmenistanie) gdzie napisał kilka rozpraw o matematyce i geometrii.

Tradycja utrzymuje, iż Chajjam wiedział, że Wszechświat nie krąży wokół Ziemi, jak twierdził paradygmat ptolomejski, ale że to Ziemia krąży wokół Słońca, co potrafił podobno udowodnić przy użyciu map gwiezdnych, podświetlonych świecami na ścianach okrągłego pomieszczenia, i obrotowej platformy pośrodku, naśladując ruch konstelacji na nieboskłonie. Jeśli to prawda, to był prekursorem holoconetryzmu 400 lat przed Kopernikiem.

Chajjam zyskał też sławę wyśmienitego lekarza i humanisty. Charakteryzowała go nienasycona dociekliwość intelektu i zdolność pamiętania wszystkiego, co kiedykolwiek przeczytał. Dzięki temu zyskał sławę najwybitniejszego uczonego swej epoki.

Niewiele pism zachowało się z jego dorobku, może po prostu nie pisał wiele, a może jego dzieła nie przetrwały 800 lat burzliwej historii, ale to co zostało ma sporą wagę i w dziedzinie nauki i poezji. Najwybitniejsze prace, z dziedziny geometrii i algebry, były wielkim krokiem naprzód, dotarły, często we fragmentach, do Europy, gdzie przyczyniły się do rozwoju zachodniej matematyki.

Jest ironią losu, że ze wszystkiego co stworzył, najbardziej znane są jego Rubajjaty (Ruba’iyat – liczba mnoga od Ruba’i, czterowiersz), których nie traktował zbyt poważnie. Zawarł w nich swe poglądy na życie, religię, prawdę, cel stworzenia, los, śmierć, wolną wolę. Mimo, że urodził się w epoce zdominowanej przez ortodoksyjną religię, w społeczeństwie coraz mniej tolerancyjnym wobec odszczepieńców, Chajjam nie był zbyt religijny, w wielu czterowierszach krytykował dogmę i ortodoksję, ale na pewno nie był hedonistycznym ateistą, o co oskarżali go jego religijni krytycy. Wydawał się występować nie przeciw wierze, ale raczej przeciw zorganizowanej religii i jej sprzecznym z nauką dogmatom, odrzucał predestynację i zmartwychwstanie. Wierzył, jak się zdaje, w wyrozumiałego i dobrotliwego stwórcę, nie mieszającego się jednak do tego co się na Ziemi dzieje, choć równocześnie miał problemy z pogodzeniem tej dobrotliwości z teodycją – powszechnym w świecie złem i cierpieniem. Jak na 11/12 wiek były to bardzo oświecone poglądy.

Za ich głoszenie Chajjam popadł kilkakrotnie w kłopoty z autorytetami religijnymi i musiał się tłumaczyć, uniknął jednak losu gotowanego heretykom i niedowiarkom przez islam w późniejszych, mniej tolerancyjnych czasach. Jego Ruba’iaty, potępiane jako bluźniercze przez muzułmańskich teologów, zostały zepchnięte w niepamięć na 700 lat.

W 1856 roku rękopis zawierający 158 wierszy został przypadkowo znaleziony wśród orientalnych rękopisów w Bibliotece Bodleiańskiej w Oksfordzie. Ruba’iyaty dostały się w ręce Edwarda FitzGerald’a, poety, historyka i początkującego orientalisty, któremu tak się spodobały, że przetłumaczył je na na angielski. Od tego czasu cieszą się niezmienną popularnością, zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i są jedną z najbardziej popularnych publikacji po Biblii i sztukach Szekspira.

FitzGerald był niezłym poetą, ale o wiele gorszym orientalistą, miał duże kłopoty ze zrozumieniem perskiego oryginału i jego tłumaczenie często wypacza, lub przekręca wersety Chajjama. Nowsze tłumaczenia na j. angielski – np Ahmad’a Saidi, są o wiele wierniejsze, choć może mniej poetyckie. Tak czy inaczej, Ruba’iat to fascynująca poezja dla każdego zainteresowanego mądrościami Wschodu.

Chajjam stał się dzięki nim najbardziej znanym na Zachodzie i w świecie perskim poetą i uczonym. Ta popularność przywróciła jego sławę w Iranie, gdzie, po wiekach zapomnienia, dołączył do Ferdausiego i Hafiza w panteonie perskiej poezji. W Niszapur wystawiono mu w 1963 roku piękne symboliczne mauzoleum, które – jak groby innych perskich poetów – jest co roku, w marcu, celem pielgrzymek i miejscem obchodów perskiego Nowego Roku (Noo Ruz).

(*) Średniowieczne islamskie szkoły wyższe były często gronami uczniów/studentów skupionych wokół wybitnego i znanego uczonego, któremu płacili za lekcje/wykłady, itp.

The sphere upon which mortals come and go,

Has no end nor beginning that we know;

And none there is to tell us in plain truth;

Whence do we come and whither do we go.

In tmeple, church and mosque – whate’er the creed –

Are those of Hell in fear, of Heav’n in need;

But he who knows the mysteries divine,

Within his heart would never sow such seed.

Powyższe to Ruba’iyat 75 i 147 w angielskim tłumaczeniu Ahmad’a Saidi, https://www.bookdepository.com/Rubaiyat-Omar-Khayyam/9780895818980

Polskie przekłady to:

https://www.legimi.pl/ebook-rubajjaty-chajjama-w-przekladach-andrzeja-gawronskiego-andrzeja-sarwy-i-antoniego-lange-omar-chajjam,b121754.html

Herstoryk

29.01.2020
środa

Weź na wstrzymanie!

29 stycznia 2020, środa,

– rzucił Stasiek i rzucił pudełko pigułek powstrzymujących to co wszędzie reklamują ostrzegając, że przedawkowanie może się czymś przykrym skończyć dla zdrowia lub życia.

Ciało astralne (gwiazdy mniemane: Pawłowicz Krystyna, Piotrowicz Stanisław i w ostateczności nawet magister niefarmacji Przyłębska oraz różni AD: anonimowi dublerzy) – Trybunał Konstytucyjny orzekł, że wstrzymuje wykonanie uchwały Sądu Najwyższego. Kolejne usiłowania podejmowania działań na drodze do ostatecznego zniszczenia systemu prawa i demokracji w Polsce. A ponieważ Konstytucja i ustawy są jedynym powszechnym i ustalonym spoiwem państwa i społeczeństwa, oznacza to zamiar zniszczenia tak pierwszego jak i drugiego. Coś takiego robi okupant w czasie wojny, nie zaś władza reprezentująca obywateli. Tak jednak mamy. Polska to kraj jedyny taki, o czym zapewnia każdego dnia każdy prawdziwy Polak i biskup też. Bo też prawdziwy z niego Polak.

Marszałek Senatu, przeciw któremu katolicy z rządu, partii rządzącej, kościoła oraz niezłomnych wobec opozycji i złomnych wobec rządu mediów popełniają codziennie przestępstwo z art. 8 dekalogu: „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” , proponuje „okrągły stół” w sprawie sądownictwa w Polsce.

Minister magister (jak słychać na „dostatecznie”, co jest oceną dowodnie zawyżoną o „n” kategorii) od sprawiedliwości, wskutek wizyty pani Very Jourovej, wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej, mówi coś o „kompromisie”, o którym nic jej nie wiadomo, mając niewątpliwie na myśli to, że Unia Europejska zgodzi się z ministrem i jego pryncypałem.

Naiwność i niezborność opozycyjnych propozycji „okrągłego stołu” , „otwartych debat” czy „kompromisów” śmieszy, zatrważa i oburza. „Okrągły stół z PiS-em? Z terrorystami się nie negocjuje” – mówi dziennikarka Eliza Michalik i ma całkowitą rację. Nie negocjuje się z terrorystami; nie negocjujemy, czy wolno nam żyć, mieć prawa i możliwość godnego życia. Ma też zupełną rację Eliza Michalik, gdy mówi, że „milczące marsze” są pozbawione istoty rzeczy i sprawczej siły: nie wolno iść, czy stać milcząc ale trzeba krzyczeć i podłej władzy okazać głośno gniew: ¡No pasarán! Wymowność milczenia może pojąć garstka subtelnych intelektualistów i wykształciuchów, nie działa to jednak w skali powszechnej i nie działa na rządzących. Tam nie ma ludzi subtelnych, pełno zaś łajdaków. O tym właśnie przypomniał – nie wprost, a tak wymownie – Marian Turski, były więzień Auschwitz, gdy mówił o stopniowym odbieraniu wolności i godności: najpierw godzimy się na jedno ustępstwo, drugie, wreszcie przestajemy to zauważać i godzimy się biernie na całą resztę, aż po kres.

Polska zasługuje sobie na swój los, skoro tak mało jest dziennikarzy takich jak Eliza Michalik. Wśród większości przedstawicieli mediów kojarzonych z opozycją panuje albo wielka naiwność, albo pełna hipokryzji subtelność, która jednak z hipokryzją przegrywa. Eliza Michalik bowiem potrafi być i subtelna i wyrazista i bardzo trafna w sądach. Ma jednak mocną zaletę, której najwyraźniej nie mają inni: nie ma złudzeń co do istoty i roli kościoła katolickiego w Polsce, który tworzy żyzną glebę dla przemocy i oszustwa. Może więc widzieć związek jednego zła z drugim.

Polska, podobno, zasługuje na lepszy los. To by wynikało z reklam podpasek: zasługujesz na najlepsze! Był taki czas, gdy garstka ludzi w Polsce tak sądziła i doprowadziła do reform w niektórych dziedzinach życia Polski, która była przecież doskonała: rządzi pan, pod nim cham. Oni jednak uważali, że wprost przeciwnie z tą doskonałością. Doprowadzili nawet do tego, że powstała pierwsza polska konstytucja, w dodatku jedna z pierwszych w świecie. I cóż z tego, skoro została uchwalona gdy już Polska realnie nie istniała.

Od tamtej pory lat minęło dobrze ponad dwieście i jak to w Polsce: powtórka z rozrywki. Inaczej się nie da, taka Tożsamość Polaka. Garstka ludzi zakotwiczyła Polskę w Unii Europejskiej. I tylko dzięki garstce i tylko dzięki temu, że Polska jest w Unii, jest poważna szansa na modyfikację losu – na to, że tak jak ponad dwieście lat temu Polacy sami znicestwili Polskę, tak dzięki tej podłej, wyznającej kulturę śmierci Unii Europejskiej – co wiemy od biskupów i prawdziwych Polaków, nie uda się Polakom Polski zniszczyć.

Profesor Strzembosz wyjaśnia: Trybunał Konstytucyjny nie jest środkiem odwoławczym od Sądu Najwyższego. Zaś Trybunał w Luksemburgu zawiesi „ustawę kagańcową” Kaczyńskiego, Ziobry, Morawieckiego i Dudy.

Bodaj najważniejszego z tej garstki, tego który zapewnił wejście Polski do UE, a wcześniej przyjęcie Konstytucji – prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – poddano bezprawnej, przestępczej akcji ze strony służb specjalnych państwa, gdy rządził Kaczyński, co wynika z zeznań „agenta Tomka” i innych poszlak. Wszystkie więzy zła prowadzą wprost do Kaczyńskiego, w każdej praktycznie sprawie. Kaczyński tak bardzo chciał zobaczyć „układ” w którego środku tkwi Kwaśniewski, że sam stworzył taki układ, jakiego – co najmniej – od 1989 roku nie było.

Jednym z głównych i złowieszczo haniebnych narzędzi do stworzenia tego układu było wytworzenie religii „zamachu w Smoleńsku” opartej na samych katolikach, czym spotwarzył Rosję, premiera Tuska i porządnych Polaków. Spacyfikował – z siłą siekiery – wszystkich subtelnych wykształciuchów i obywateli (wśród nich, co szokuje naiwnością i nierozumieniem z czym ma do czynienia, także prezesa PAN Michała Kleibera, który wzywał do „otwartej debaty” ekspertów komisji Millera i ponurych „badaczy” od Macierewicza), którym się zdawało, że grzecznie badając, przypominając fakty i „otwarcie debatując”, rozbroją to narzędzie śmierci i z Kaczyńskiego zrobią emeryta siedzącego w parku na ławeczce i karmiącego bułeczką ptaszki.

Tanaka

22.01.2020
środa

I jak tu szanować „władców”?

22 stycznia 2020, środa,

Historia dzisiejsza – tytuły tekstów na portalu TVN24 – spowodowały, ze przeczytałem ponownie mój tekst z roku 2010, który zaproponowałem Tanace na wstępniak (o szanowaniu autorytetów):

„Umiar w słowach jest bardzo ważny. Wszyscy powinni uważać z podważaniem autorytetu instytucji”

„Sposób, w jaki sprawuje urząd prezydent Duda, to demonstrowanie pogardy dla konstytucji”

„Czara goryczy przelała się”. Sędzia skrytykował prezydenta, błyskawicznie zajął się nim rzecznik dyscyplinarny.

Okazuje się, że mówienie prawdy o prezydencie jest „znieważeniem”. Od kiedy prawda znieważa?

Szanowni blogowicze!

Chyba już zauważyliście, że mój świat jest specyficzny, dla normalnych ludzi niezrozumiały. Żyję przeszłością, może nie pełnej chwały, ale przynajmniej z pozorami normalności. Reagowałem na wszystkie zauważone przeze mnie bezeceństwa wszelkich władców pisaniem satyrycznych komentarzy, co mi ulżyło w losie osoby niepełnosprawnej w „dzikim” kraju, w którym przyszło mi żyć, bo nie chciałem opuścić mojej „małej ojczyzny”. Moje felietony z dawnych lat już znikły bezpowrotnie w nirwanie globalnej sieci (to się podobno teraz nazywa „chmurą”?), ale mój twardy dysk, to jedyny twardy element, który mi pozostał. Myślę tu o charakterze, rzecz jasna, bo ten zmiękł niesamowicie i na wiele spraw patrzę, a nie powoduje to już skoków ciśnienia, tylko chce mi się … no wiecie co!

Czytam czasem moje wypociny i ze zdziwieniem stwierdzam, że wypowiadane myśli są jakby leninowskie, tzn. wiecznie żywe. „Nihil” za bardzo „novi”, tylko w wykonaniu innych władców – te same, a nawet gorsze świństwa!

Mój stosunek do władz wszelkiego autoramentu wyraziłem na bazie rzeczywistości przeszłej… i zaprzeszłej (nie znam dobrze gramatyki, ale chodzi mi o bardzo dawne dzieje w moim długim życiu) opisałem 8 lat temu (prawie 10) w pewnym felietonie. Nic ująć, tylko dodać lub uzupełnić o nowe świństwa, popełnione przez władców Umęczonej (np. zniszczenie systemu prawnego). Oceńcie, czy miałem rację w roku owym – 2010, a w załączniku (jeśli się odważę na jego napisanie) może będzie garść informacji na temat aktualnej rzeczywistości – „wyimaginowanej” jak Unia zdaniem superwładcy!

Wracam do przeszłości – mamy złowrogi rok 2010 – początek kłopotów państwa polskiego po tragedii smoleńskiej. Przeżywajcie to ze mną jeszcze raz!

Uwaga: Współczesne wtręty do starego tekstu będą kursywą!

Mili młodzi Panowie w Szkle Kontaktowym (niedzielnym) zmagali się z problemem „majestatu” funkcji prezydenta, którego należy jakoby szanować głęboko, niezależnie od tego co sobą reprezentuje i co wyprawia prezydent na tym stanowisku. Osobiście uważam, że na szacunek musi sobie zasłużyć człowiek piastujący wysokie stanowisko i wtedy wszyscy będą go szanować. Różni ludzie różnie podchodzą do tego problemu, przeważa opinia tych, że prezydenta musi się szanować, bo formalnie jest tzw. głową państwa. Trzeba sobie jednak uzmysłowić, że mądrość ludowa nie zawsze dobrze mówi o głowach. Ryba podobno zaczyna śmierdzieć właśnie od głowy, więc ostrożnie z tym bałwochwalczym szanowaniem urzędu a nie człowieka. Jeśli jednak chce ktoś tak nierozważnie postąpić, wtedy powinien być konsekwentny. Według mnie należy się wtedy szacunek i Jaruzelskiemu i Wałęsie, a nawet człowiekowi, którego trapi choroba filipińska. Wprawdzie burzy mi się krew i szczękają zęby, gdy myślę o przymusie szanowania byłego elektryka, choć znów nie z powodu zajmowanego stanowiska elektryka, które szanuję, a z powodu „walorów” osobistych człowieka, „psującego” jakieś wózki akumulatorowe. Czy dobrze pamiętam wyposażenie muzeum w stoczni? Zasada jest zasadą, musiałbym po jej przyjęciu przez cały naród przełknąć tak gorzką pigułkę, zresztą „co mnie nie zabije, wzmocni mnie”!

Przeciwnicy Jaruzelskiego podają jako argument nie poszanowania go, że nie został wybrany przez cały naród. Pozostali prezydenci – również filipińsko chory – niby poddali się testowi wyborczemu i grając umiejętnie na fobiach, wykorzystanych przez ich piarowców, przy niskiej zresztą frekwencji, pozwolili np. Panu K. na zameldowanie wykonania zadania partyjnego swemu prezesowi partii. Czy za to mam go szanować? Sami Panowie KK niezbyt szanowali jednego z poprzedników, paląc jego kukłę, więc nie powinni się dziwić, że ich też ludzie mają prawo nie szanować. Pewna Pani zwróciła na to uwagę, ale miły Pan Grzegorz Miecugow zasugerował stosowanie „grubej kreski” dla takich wybryków. To jest absolutnie błędne, trzeba to właśnie pamiętać i wykorzystać w dniu wyborów, bo wysoki urząd nie uszlachetnia nikogo, wręcz przeciwnie. Ś.p.(?) sekretarz Katowicki PZPR (Żabiński) wypowiedział kiedyś znamienne słowa (myśląc o przywódcach Solidarności): „Nie znam człowieka, którego by władza nie zdemoralizowała..”, a znał dużo ludzi z światka polityki. Był chyba prorokiem – może fałszywym – ale przepowiedział idealnie rządy pana Śniadka w Solidarności, która z prawdziwą solidarnością między ludźmi nie ma już nic wspólnego, jest tylko narzędziem politycznym – aktualnie w służbie pewnej „dynastii”.

Wspaniale kontynuuje jego działalność „druga” Duda w symbiozie z „pierwszą”.

Całe swoje dorosłe życie miałem kłopoty z pewnym jakoby wymogiem obywatelskim – szanuj swoje władze! Jedyne hasło w tej materii, które mnie przekonywało, było: „Szanuj kierownika swego, bo możesz mieć gorszego!” Przeciw ogólnemu wymaganiu zawsze burzył się mój umysł – o sercu nie wspomnę. Mój brak uwielbienia dla wszelakiej władzy miał dla mnie wiele przykrych konsekwencji, ale nigdy nie przestałem pyskować, choć byłem też zawsze lojalny mimo braku szacunku.

Starałem się zawsze być jak najdalej od wszelkiej władzy – nawet najdrobniejszej, lokalnej – co oczywiście wpływało negatywnie na stosunek „władców” do mnie. Wypływało to z wpojonej mi przez ojca zasady: „Gehe nicht zum Fürst, wenn Du nicht gerufen wirst”! (Nie idź do księcia, jeśli cię nie woła).

Ojciec wiedział o czym mówi, bo miał służbowe kontakty z pewnym księciem (Hohenlohe ze Sławięcic).  

Stąd na wstępie moja deklaracja ideologiczna! Zawsze uważałem za kretynizm żądanie „wielkich” ludzi (polityków), że naród ma obowiązek szanować jakiś abstrakcyjny twór – Urząd – (np. prezydenta RP, ale nie tylko), a nie człowieka piastującego wysoki urząd, którego czyny często daleko odbiegają od sytuacji, która pozwoliłaby go szanować. Sam „Urząd” to równie dobry fetysz co „pałac” lub „pseudo krzyż”. Dlaczego mam np. szanować budynek albo dwa zbite kawałki z drewna, czy dlatego, że garstka ludzi obłąkanych chce umrzeć przed tą specyficzną budowlą dla takiego tworu? Szanuję krzyże, symbolizujące religię chrześcijańską lub jakieś poważne zdarzenie, związane z śmiercią bliskich osób, nawet obok dróg jako „memento mori” dla nierozumnych kierowców, ale nie to co się dzieje w Warszawie. Mnie to tylko śmieszy oraz coraz bardziej denerwuje. Szlag mnie trafia, że państwo nie może zaprowadzić porządku w stolicy mając do dyspozycji wiele środków „uspakajających”.

Nie szanowałem w swym długim życiu wielu ludzi piastujących najwyższe stanowiska w państwie – podam kilka przykładów i powodów:

Wałęsy za bezgraniczną pychę i zarozumialstwo, głupotę i brak podstawowego wykształcenia (o 100% chciał obniżyć ceny – śmierć handlu!) i również nienawiść do wszystkich, którzy go nie uwielbiali – był mistrzem w niszczeniu jak nie przymierzając Macierewicz (poza tym okradł Skarb Państwa o pół miliona dolarów podatku).

Kwaśniewski nie zasłużył na mój szacunek za ewidentne, i zupełnie niepotrzebne okłamanie narodu w sprawie wykształcenia, do tego trochę się dołożyła nieuleczalna i skrywana „choroba filipińska”.

Jaruzelskiego szanowałem dość długo, bo nie zauważyłem u niego dążenia do wykorzystania władzy do prywatnych interesów. Trochę zwątpiłem, gdy jeszcze na początku grudnia „wyciągał rękę” do Solidarności (prawie wypadała ze stawu), ale na wszelki wypadek drukował już ogłoszenia o stanie wojennym. Później mu to wybaczyłem, gdy przypomniałem sobie buńczuczną wypowiedź Wałęsy z tego okresu, że to on zamierza stosować „rozwiązanie siłowe”, ale wybierze odpowiedni moment konfrontacji – nie zdążył, biedaczek i musiał napisać wiernopoddańczy list kaprala W. do generała J., o którym nie lubi pamiętać, ja niestety pamiętam i nie powiem co o tym myślę!

Gomułka też wzbudzał u mnie pozytywne emocje – do czasu kiedy stracił zupełnie kontakt z rzeczywistością, od której go „ochraniało” szczelnie otoczenie partyjne. Cyrankiewicza nawet lubiłem za klasę i dowcip. Bierut i inni „władcy” byli mi obojętni, wyrzuciłem ich z pamięci.

Przechodzę do dynastii bliźniaków Kaczyńskich – tak nierozerwalnie ze sobą związanych, że praktycznie nie można ich oddzielnie rozpatrywać – nawet po śmierci jednego z nich. Już w dzieciństwie pokazali, że potrafią się urządzać cudzym kosztem, podobno wygryźli z filmu inną parę bliźniaków, którzy mieli zająć się „Srebrnym Globem”. To oczywiście „…wężykiem…” – nie była to ich zasługa a raczej świadczyło o tym, że ich rodzice wspaniale radzili sobie w tym brzydkim PRL’u. Drobnym dowodem zażyłości z problematyką tamtych czasów jest wpis mamusi do pamiętnika Lecha z wierszykiem o Leninie. Teraz ta „pisarka”, która niedawno temu była już umierająca, chce stanąć na czele Komitetu Budowy Najważniejszego Dla Narodu Polskiego, Wiekopomnego Dzieła Artystycznego – najlepiej gigantycznego pomnika nieudacznika, najgorszego prezydenta w historii Polski, który ją ośmieszał systematycznie na całym świecie. Do tego dąży brat-bliźniak z uporem maniaka wszelkimi siłami wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Już osiągnął cel i są początki pomników na Placu Piłsudskiego!

Pomniki stawia się bohaterom po zweryfikowaniu ich czynów przez historię przez wiele, wiele lat, czasem wieki, a nie przed ogłoszeniem raportu o przyczynach katastrofy lotniczej, której być może był głównym, moralnym winowajcą. Przykro byłoby zobaczyć obalanie pomników (jak np. Saddama w Iraku) oraz wyrzucenie sarkofagu z Wawelu na bruk, jeśli raport komisji wskaże „bohatera” jako winowajcę – przynajmniej pośredniego – bo pilot nie chciał być „…zabitym za nie lądowanie…”(wołał ryzykować i zabić się sam przy lądowaniu) – tyle już wiemy, jak również to, że prezydent „…nie podjął jeszcze decyzji…” – o czym tak dumał krótko przed katastrofą, jeśli nie hamletowskim wzorem – „lądować, czy nie lądować – wot jejst the woproz?”, jeszcze po rozmowie z osobą, która nim przez całe życie sterowała („panie prezesie – melduję wykonanie…itd.”)? Czy znowu chciał dumnie zameldować prezesowi wykonanie zadania partyjnego, tylko nie zdążył? Nie dowiemy się nigdy, ale nie można tego wykluczyć. Palikot jest jaki jest, stawia jednak niewygodne pytania, na które wiele osób chciałoby znać odpowiedzi, nie maja tylko odwagi zapytać publicznie. On jest niezależny finansowo i może sobie pozwolić na ryzyko.

Działanie prezesa JK przypomina mi audycję rozrywkową z PRL’u, w której prowadzący kwiz zadawał pytania pewnemu widzowi. Widz był absolutnym kretynem, nie odpowiedział na żadne pytanie – nawet nie wiedział, jak się nazywa stolica Polski, nie pomogły nawet szczegółowe podpowiedzi typu – założyli to miasto Wars i Sawa. Z całą mocą powtarzał tylko po każdym pytaniu: „Ja chcem skuter!” (główna nagroda kwizu). Prezes oraz jego fani postępują dokładnie tak samo. Na wszystkie pytania, argumenty lub zastrzeżenia innych ludzi żądają tylko tego umownego skutera, tzn. pomników i władzy. W monologu – bo przecież nie dyskusji – Giżyński – obok siedzącego w studiu Kutza, też nie odpowiedział na żadne pytanie, zadawane przez redaktora, tylko jak katarynka powtarzał jaki to kiepski rząd mamy obecnie. Po trzecim razie nawet do mnie to dotarło mimo pewnej ociężałości umysłowej, do której się przyznaję, a on dalej swoje, aż Kutz wezwał niepotrzebnie Matkę Boską do pomocy – ale Ta niestety nie przyszła!!! Była pewnie zajęta przyglądaniem się z rozkoszą sukience z wkomponowanym kawałkiem sedesu z ustępu dla pasażerów tupolewa. Dlaczego sadzę, że to z sedesu? Pamiętam z Boeingów, że sedesy są białe i mają śrubki a tak scharakteryzowano klejnot, którym ma się cieszyć Królowa Polski w Częstochowie. Wkurzyła mnie megalomania hierarchy kościelnego, który autorytatywnie stwierdził, że Matka Boska bardzo ukochała Naród Polski – skąd ma takie przecieki? Odwrotnie to rozumiem, wolno każdemu kochać Matkę Bożą, ale w tę „wzajemność” nie bardzo wierzę, bo próbowałaby uratować tenże naród przed kompromitacją przez klan Kaczyńskich. Jej syn (i Jego Ojciec) rozporządzają chyba środkami technicznymi, aby nas uratować (przykład Sodomy i Gomory świadczy o możliwościach usuwania nierządu). Może próbuje to robić, ale np. pioruny nie trafiają dokładnie w te miejsca gdzie trzeba (np. przed pałac prezydencki), tylko uderzają w niewinnych ludzi (ostatnio często)?

Bawarczycy też twierdzą podobnie obwołując Matkę Boska „Patrona Bavariae”, nie pytając o zgodę istoty zainteresowanej, ale hymn pod takim tytułem jest piękny, jak i wczorajszy ewenement z Radia Horeb, odpowiednika Radia Maryja w Niemczech, gdzie chłopak życzył sobie dla swojej babci pieśń o „Czarnej Maradonie”(Diego Armando?).

Niestety można dalej ciągnąć analogię z kwizem, przypominając sobie, że chodzą słuchy, iż jeden z bliźniaków – wielki patriota – nie zna nawet słów polskiego hymnu – to informacja z sieci. Fakt, że prezydent nie wiedział w meczu międzypaństwowym, jakiej drużynie piłkarskiej kibicuje, widziałem na własne okulary. Z uporem trzymał szarfę z napisem „Polska” literkami do siebie, aby sobie od czasu do czasu przypomnieć, czy kibicuje Pereirze, czy Olisabebe, natomiast widzowie nie wiedzieli po co tę szarfę trzyma i za kim kibicuje.

To wszystko jest jednak nieistotne, gafy się zdarzają każdemu i nie stanowią powodu do tego, aby kogoś nie szanować, ale te przechwałki i przepychanki z samolotami, krzesłami, glorią przewodniczenia każdej delegacji i wyjazdami zagranicznymi na wydarzenia, gdzie nikomu nie był potrzebny, tylko przeszkadzał premierowi Tuskowi, to już poważniejsza sprawa. Dziurę w dnie wybił sam wtedy gdy był faktycznie potrzebny – nie potrafił zająć żadnego stanowiska bez konsultacji z premierem Kaczyńskim w kraju. Zachodni politycy nie są wszyscy kretynami, zrozumieli o co chodzi i nie pytali już polskiego prezydenta nawet o nazwisko lub menu na bankiecie, tylko od razu dzwonili do Polski do premiera w każdej sprawie – hańba! Na miejscu prezydenta popełniłbym seppuku, a on się tylko uśmiechał i był zadowolony z własnej genialności. Bardzo dobrze rozumiałem Komorowskiego, gdy scharakteryzował nieco oryginalnie wizytę prezydenta w ogarniętej wojną Gruzji – proszę mi wybaczyć, ale ja dołożyłbym jeszcze sarkastycznie po Smoleńsku – „jaki prezydent, takie lądowanie”. Zatargi z pilotem i przebieg wizyty w Gruzji to było tak żałosne widowisko, że można było tylko pukać się w czoło. Przyjaciel przyjacielem, ale „Głowa Państwa” polskiego nie ma prawa narażać się za awanturnika z pod znaku „Dżugaszwili”. Przy okazji „przyjaciel” odsunął kretynów-borowców na koniec konwoju i naraził prezydenta innego kraju na „odgłosy” strzałów pograniczników. Pewnie nie byli to snajperzy, bo prezydent zidentyfikował hałas jako pochodzący od Kałasznikowów. Snajperzy (np. agent Tomek z CBA) mają karabiny za ponad sto tysięcy dolarów sztuka, aby łatwiej uwodzić idiotki z PO. Stąd też był uzasadniony drobny przytyk „odległościowy” Komorowskiego, który ma doświadczenie z pukawkami z czasów chodzenia po lesie w poszukiwaniu zwierzyny („co to jest 30 m dla snajpera”?). Czego szukał polski prezydent nad granicą Osetyńską w nocy? Oficjalnie miał wizytować obóz uchodźców (w zupełnie innym miejscu, dalekim od granicy) – czy chciał o tak późnej porze sprawdzić, czy mężowie śpią ze swoimi własnymi żonami albo – co nie daj Boże – z kolegami? Taka informacja byłaby pewnie niezwykle istotna dla bezpieczeństwa narodowego Polaków i dlatego prezydent wybrał się na tak niebezpieczną wyprawę. I takiej „Głowie Państwa” teraz mają być stawiane wielbiące ją pomniki? Idiotyzm lub jak kto woli – paranoja!

Zdążający teraz do władzy prezes jest i tak gorszą częścią nieistniejącej kategorii politycznej bliźniaków. Za życia kierował z ukrycia czynami prezydenta, a teraz nie chce go słuchać ten przeklęty nowy prezydent. To straszne! Nie dziwię się, że nie szanuje nowego, demokratycznie – choć przez pomyłkę i po trupie Lecha – wybranego prezydenta. On już wcześniej nie szanował nikogo, jednego prezydenta nawet symbolicznie doszczętnie i publicznie spalił, tak bardzo go szanował, prawie go uwielbiał i dlatego nosił mu piwo do okrągłego stołu! Żąda jednak, aby szanowano pamięć jego brata. Dlaczego miałbym to uczynić ja lub inni obywatele? Żyjąc i działając tak jak to robił, nie zasłużył na szacunek co najwyżej na chrześcijańskie wybaczenie i zapomnienie. Jego reakcja na śmieszne porównanie niemieckiej gadzinówki do kartofla (plus hasło ogólne zbioru felietonów – „Łajdacy, którzy rządzą światem”) spowodowało ciężką chorobę, jego zdrowie (psychiczne?) szwankowało i nie pojechał na ważne dla Polski spotkanie weimarskie. Miejsce takiej „mimozy” jest w ogrodzie botanicznym a nie w pałacu prezydenckim, gdzie potrzebny jest ktoś posiadający przysłowiowe „balls”.

Kłamcami i oszustami przedwyborczymi są – lub byli – obaj bliźniacy. Niedotrzymanie obietnic wyborczych nie jest tylko zastrzeżone dla polityków PO, popisywali się nim obaj Kaczyńscy. Nie wspomnę o milionach wybudowanych mieszkań, ta obiecanka to był oczywiście zrozumiały dla każdego wspaniały żart, ale przysięganie na „…jądra świętych młodzianków…”, że nie obejmie stanowiska premiera, jeśli naród wybierze jego brata prezydentem, było wielkim i niepotrzebnym świństwem. Miał średnio dobrego premiera, spolegliwego, który był akceptowany przez wielu Polaków, ale nie wytrzymał przy pociąganiu sznurków z ukrycia, zamarzyły mu się jupitery i kamery i wypędził kolegę. Na szczęście związał się z szumowinami i z kretesem przegrał wybory i dlatego tak nienawidzi narodu polskiego. Jak naród mógł go tak skrzywdzić i to dwukrotnie mimo demonstrowania jagnięcej delikatności? Chciał przecież tak dobrze, zlikwidować wszystkie układy, z układami współrzędnych w matematyce włącznie i wzorem Kononowicza nie miało pozostać niczego oprócz dynastii Kaczyńskich i grupki wiernych poddanych – nie będę wymieniał nazwisk, bo lista za długa. Zachował jednak cechę typową dla satrapów – niszczy lub nienawidzi wszystkich, którzy są mu życzliwi. Pokazał to po przegranych wyborach prezydenckich swym stosunkiem do ludzi, którzy sobie żyły wypruwali pracując na jego rzecz w kampanii, myślę że często brzydzili się sami sobą za takie postępowanie, wytrwali jednak dzielnie. Nie może przeboleć, że uległ perswazji rozsądnych ludzi i ubrał się w te owcze skóry, kochając nawet „Przyjaciół Moskali” – i Gierka, choć dzięki takiemu oszustwu rosły mu słupki i przez kilka minut koło północy dawało mu to nawet zwycięstwo nad Komorowskim.

Cnotę straciliśmy, a rubla nie zarobiliśmy”

mówi JK obecnie swoim wielbicielom, potwierdzając swe oszustwo przedwyborcze. Również zmarły prezydent popisał się niezłym oszustwem. Uśmiechał się z billboardów w otoczeniu wzorowej, wzorcowej, zdrowej katolickiej rodziny, aby zachęcić mohery do swojej kandydatury, a doskonale wiedział, że Martusia rozwodzi się z mężem dla postkomunisty, z którym nadal żyje w śmiertelnym grzechu i spłodziła dziecię, a żadnemu z bliźniaków to nie przeszkadzało i nie przeszkadza – tacy to katolicy i prawdomówni obywatele – tylko naśladować i dzieciom postawić za wzór. Nie wspomnę nawet „dziadka z Wehrmachtu”, który zniechęcił wielu wyborców do Tuska i obniżył jego „słupki”, bo jako zmarły nie mógł bronić swych racji. Bulterier PiS’u – pomocnik, który to wymyślił – nadal ma się dobrze, mimo tak chamskiego ataku.

Teraz JK jest tylko istotą, przeżartą własnym jadem, którym pluje na wszystkie strony, kłamie i pomawia, przekręca wszystko tak jak mu wygodnie i nie wierzy już w demokrację – bo gdyby takowa istniała, to on zostałby lokatorem pałacu i z Martusią i Alikiem pełniliby honory domu. Krzyż mógłby nawet zostać i można by pobierać opłaty za prawo do modlenia się do zmarłego i wnet wyniesionego na ołtarze brata.

Wiadomo powszechnie, że demokracja jest kiepskim ustrojem. Dlaczego głos kretyna i głos mędrca mają mieć tę samą wagę? Statystycy wierzą jednak w działanie prawa dużych liczb, ale czy słusznie? Przypomnę tu cytat z dobrej książki: „Nawet jeśli miliony ludzi mówią głupstwa, to nie przestaną być głupstwami”. Mam też zastrzeżenia do demokracji, szczególnie jeśli ma dodatkowe przymiotniki (np. Ludowa lub Parlamentarna). Wiem jednak, ze nawet takie demokracje bywają niszczone przez zamachy, szczególnie przez niezadowolone wojsko. Obawiam się, że premier Tusk za mało wagi przywiązuje do „głaskania” generałów, mogą dokonać przewrotu. Ci, którzy zginęli, kochali wodza klanu Kaczyńskich, obiecano im dodatkowe gwiazdki, dlatego polecieli na śmierć i pewnie „pomagali” w kokpicie. Za czasów Wałęsy też istniały szanse na przewrót i były tajne knowania wojskowych, tylko nam się wydaje, że te czasy słusznie minęły, a jeśli nie? Minister od wojny i pokoju jest psychiatrą, ale czy aby dobrym? Rozróby w Gromie i Pułku Lotnictwa mnie niepokoją. Może Jareczek się dogada z wichrzycielami, wtedy jesteśmy zgubieni. Mogłoby nas uratować podanie do publicznej wiadomości treści rozmowy bliźniaków – jeśli prezes nakazał prezydentowi lądować mimo mgły, jak niektórzy sugerują. Niestety po wymianie fachowców z WSI (tych brzydkich) na harcerzyków Macierewicza obawiam się, że premier Tusk nie dysponuje nagraniem tej rozmowy, ci skauci pewnie nie umieją nawet składać pałatek w namiot wieloosobowy, a mogliby się znać na sygnałach satelitarnych? Rosjanie pewnie mają zapis, choć nic by nie dało odtajnienie, żaden Prawy Polak nie uwierzy oprawcom z Katynia, a superprzyjaciel USA nie chce nam przekazać tej informacji, bo oficjalnie przecież nie szpieguje się przyjaciół – fe! Prezes oczywiście nie pamięta niczego istotnego, rozmawiali podobno tylko o chorobie mamusi, nawet o swoje zdrowie nie zapytali a lądowanie lub mgła to były sprawy tabu. Przyjdzie nam więc oczekiwać dalszych rozrób i kompletnej destabilizacji państwa, „ukrzyżowanego” w centrum stolicy. I tym to optymistycznym akcentem przerwę moje smutne rozważania na temat przeszłości. Następnych może nie być, jeśli „prawda zwycięży” (cytat JK).

Szanse na to są, bo nowy władca – prezydent – już pokazuje, że jest tchórzem i oportunistą. Jeszcze nie zamieszkał w pałacu ani nie wypoczywał w Juracie, a chyba już myśli o drugiej kadencji, wpisując się w nurt wielu poprzednich i aktualnych przedstawicieli władzy, który nazywam „powszechną pederastią polityczną – tzn. włażenie bez wazeliny w d**y wszystkim czynnikom, które mogą mieć wpływ na duszyczki wyborców – szczególnie hierarchii kościelnej, która toleruje i po cichu wspiera awanturnika z miasta Kopernika, miesza się do wszystkich istotnych spraw świeckich, gdy jej to wygodne, ale nie chce brudzić rączek poskromieniem oszołomów pod pseudo-krzyżem, tam „nie jest stroną”, ale przy „in vitro” i szkoleniu młodych dusz za społeczne pieniądze i owszem, majątki (dobra doczesne) też chętnie przyjmuje, wtedy czuje się stroną, oczywiście pokrzywdzoną, ale łaskawie akceptującą „dary” służalczych rządzących „świeckim” krajem..

Podobno ponad 95% Polaków to katolicy. Wprowadźmy podatek kościelny jako jedyne źródło utrzymania kleru, żadne „datki” i „co łaska, ale nie mniej niż…” za wszelkie posługi religijne oraz szkolenie ideologiczne młodzieży – w salkach katechetycznych, a nie w szkołach publicznych – i zobaczymy co się stanie. Może wróci normalność z czasów Chrystusa albo początków zakonu franciszkańskiego, gdy reguły zakonu zabraniały posiadania własności? Może kościół odda swój ogromny majątek dla biednych rodaków i wdzieje zamiast purpurowych szaty pokutne? Rozmarzyłem się, to nie jest możliwe, już sam podatek zapewnia inne stosunki, ale będzie przejrzyściej i bardzo dużo pieniędzy podatników może być wykorzystanych dla likwidacji biedy. Ogromne rzeszy kapelanów – oficerów i wykładowców religii zrzeknie się apanaży i zacznie pracować dla chwały Bożej – co za wspaniała idea! Pewnie okaże się też, że liczba 95% jest „nieco” zawyżona, niektórzy „głęboko wierzący” wypiszą się z kościoła, jak nagminnie robili to polscy robotnicy sezonowi w Niemczech.

Na koniec muszę podkreślić mój smutek i rozczarowanie nowym prezydentem (Komorowskim), którego wybierałem z wielkim poświęceniem – psychicznym, bo złamałem swe zasady i nie olewałem tym razem wyborów i fizycznym, bo musiałem tego dokonać w wózku inwalidzkim i to w lokalu nieprzystosowanym do potrzeb osób niepełnosprawnych. Żałuję teraz bardzo. Szkoda było mojego i mojej opiekunki wysiłku! Czekałem i czekam, aby prezydent powiedział jasno i otwarcie, że nie widzi potrzeby ani sensu w uhonorowaniu kiepskiego poprzednika żadnym pomnikiem, bo na to nie zasługuje. Pomijam tu zupełnie problem ewentualnej odpowiedzialności za śmierć setki znakomitych obywateli w katastrofie. Byłaby to godna odpowiedź na szantaż moralny Jarosława K.. Na taką deklarację czekałem, a nie na pertraktacje jego kancelarii z terrorystami pisowskimi, lub obłędny strach przed egzekwowaniem prawa przez siły porządkowe stolicy. Przynajmniej w tym przypadku wszystko jest w rękach Warszawiaków, bo wybory ich prezydenta są blisko!

To ostatnie zdanie znowu jest bardzo aktualne!!!

Niech żyje opolski fircyk „w galotach”! To nie błąd ortograficzny, tylko śląskie określenie części ubrania prawdziwego mężczyzny, którą trzepie wiatr histo(e)rii, jak to pisał pewien komunista. Jeśli go wybierzecie, aby rządził „stolycą”, to będziecie sobie sami winni, ja was nie będę żałował. Czy ja przypadkiem nie popełniłem „bocika”?

Komentarze w sieci (do mojego wpisu):

Raimundo Silesius 2010-09-05 19:24

Miasto Warszawa wydało już ponad 3 miliony na ochronę tej garstki półgłówków pilnujących skradzionego harcerzom krzyża.
A przecież na tym można dobrze zarobić: Ulicę zamknąć,ustawić kasy biletowe. Za wstęp do cyrku zawsze się płaci.Trzeba to tylko zareklamować w Europie.Oni jeszcze takich małp nie widzieli.

Jurek De Lacroix 2010-08-29 15:18

Stosunek innych do demokracji: Wyrok śmierci na Sokratesa za wypowiadanie niepopularnych poglądów zniechęcił Platona do tego systemu rządów. Platon twierdził, że demokracja w końcowym etapie prowadzi do degeneracji i zepsucia moralnego i w efekcie tyranii jednostki. Przeciwstawiał temu rządy najlepszych – t.j. arystokracji. W Komorowskim mamy zaczątki rządów arystokracji, teraz tylko należałoby zawiesić konstytucję i nastanie Nirvana. Tusk, Komorowski i Jaruzelski i może paru innych będzie odpowiedzialnyc h za wybór „najlepszych” do sprawowania rządów.

Andrzej Kukuła 2010-08-26 04:56

Artykuł mi się podobał, mocny. Parafrazując Churchila Nigdy w prasie tak wiele treści, o tak licznych politykach nie napisano takimi małymi słowami. Ale Ci, których Pan opisał nie zasługują na słowa wielkie. Nie zasługują na żadne pomniki, na wspomnienie nawet. Sprowadził ich Pan do należnego im poziomu, czyli zrównał ich z ziemią. I chyba na szczęście dla niektórych (a dla nas szczególnie) zdążyli oni uciec pod nią.

Słowo końcowe:

Tekst jest już tak długi, że nie sposób go przedłużyć opisem aktualnych łajdactw władców i ich kłamstw, te ostatnie są szkodliwe jedynie dla kurskowego ludu, który każdy idiotyzm z szlachetnych ust spija jak koliber nektar z kielicha kwiatu. W tym otumanieniu narodu celują obecnie prezydent i premier Rzeczpospolitej w kampanii wyborczej ich partii. Jeśli udział premiera-bajkotwórcy w kampanii PiSu można jeszcze zrozumieć, to ujadanie prezydenta w nie swojej kampanii wyborczej to już prawie przestępstwo, przecież jest to nasz władca, nawet dla gorszego sortu, a nie pacynka prezesa pewnej partii. Fe! Tak się nie godzi, o „głowo państwa”! Wypada przecież przynajmniej udawać, że się nie jest członkiem jednej partii, gra pozorów obowiązuje każdego, w miarę przyzwoitego i/lub uczciwego polityka!!!

Wprawdzie określenie „uczciwy polityk” jest typowym oksymoronem, ale nie powinno się tak zupełnie zapomnieć o złożonych przysięgach! Nie wspominam o konstytucji, nie chcę skalać ust tak brzydkim wyrazem, bo brzydzę się wszelkiego gwałtu, a nawet ofiar gwałtu – są często same sobie winne. W tym przypadku należało użyć rozumu w dniu wyborów, olewając propagandę (jakieś „boty”?).

PS

Moje uwagi na temat roli prezydenta zawarłem w osobnym tekście, który być może ujrzy „światło dzienne” na jakimś blogu.

Co ja myślę o morale aktualnego prezydenta pozostanie na razie moją tajemnicą, bo „mam żonę i dzieci” (cytat autorstwa Mariana Załuckiego).

Antonius

8.01.2020
środa

Windows

8 stycznia 2020, środa,

Kiedy okno tylko oknem było,

Zawsze mogłem się przez nie wychylić

I dlatego prościej mi się żyło,

Choć zdarzało mi się czasem pomylić.

Dzisiaj siedzę przy oknie, lecz patrzę przez Windows,

Widzę jakby więcej, lecz rozumiem niewiele.

Jak gdybym dokądś jechał ekspresową windą,

Albo też wsiadł na jakąś wściekłą karuzelę.

Kiedy okno tylko oknem było,

Świat się kręcił uczciwie, powoli.

Tyle rzeczy mnie wtedy bawiło.

Teraz większość z nich mnie tylko boli.

Dzisiaj siedzę przy oknie, lecz patrzę przez Windows,

Cały świat mogę mieć na wyciągnięcie ręki.

Jeden drobny ruch i na ekranie zastygną

Wielkie ludzkie nadzieje, zwycięstwa i klęski.

Kiedy okno tylko oknem było,

Spotykałem wśród ludzi człowieka.

Teraz tak się jakoś porobiło,

Że na wszystkich patrzę z daleka.

Dzisiaj siedzę przy oknie i piszę te słowa.

Nie wiem, kto je odczyta i kto je zrozumie,

Ale wciąż mi powtarza moja biedna głowa,

Że nie uda mi się zagubić w tym koszmarnym tłumie.

Qba

2.01.2020
czwartek

Trzej królowie

2 stycznia 2020, czwartek,

Nie tylko wszyscy wszystkim ślą życzenia, ale wszyscy się zastanawiają, jaki będzie 2020 r. Nad Wisłą, pod Wisłą i Polacy pod Pskowem – przez tego Putina. Podobno 2020 to astrologicznie bardzo nadzwyczajna kombinacja: Saturn w kwadrancie z satyrem, Księżyc w pełni z księżycówką, Milo w koniunkcji z Wenus, a Nike to z Samotraki. Albo odwrotnie. Wszystkim zaś przyświeca gwiazda pomyślności. Gwiazdo, Polskę prowadź!

Czytaj całość »

19.12.2019
czwartek

Po drugiej stronie lustra – Polska i Iran

19 grudnia 2019, czwartek,

Dominującym wśród Polaków nastawieniem do muzułmanów, w tym Persów/Irańczyków, jest połączona z lękiem pogarda i nienawiść. To „śniadzi fanatycy, brudasy, zacofane dzikusy”. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wiele podobieństw łączy Polskę i Iran, który jest, w pewnym sensie, po drugiej stronie lustra. Poniższy tekścik jest próbą ich pokazania.

Zacznę od króciutkiego nakreślania paraleli historii nowożytnej, bo wcześniej podobieństw raczej nie było. W XVI i XVII w. zarówno Rzeczpospolita Jagiellonów i Wazów jak i Persja Safawidów były wielonarodowymi mocarstwami, połączonymi dosyć blisko zarówno więzami handlowymi i dyplomatycznymi, jak i wrogością wobec będącej u szczytu swej potęgi Turcji.

Pod koniec XVII w. oba państwa weszły w okres upadku i słabości.

Wiek XIX to dla Polski rozbiory i powstania, dla Persji odkrawanie po plasterku terytoriów przez Rosję i Imperium Brytyjskie. To drugie stopniowo zdobyło prawie całkowitą kontrolę na perską gospodarką i finansami. Persja nie straciła całkowicie suwerenności tylko dlatego, że drapieżnicy konkurowali ze sobą zamiast współpracować, jak zaborcy Polski, i że żaden nie widział w tym korzyści przed odkryciem ropy. O tym co działo się gdy ją znaleziono można przeczytać (po ang.) tutaj – http://english.khamenei.ir/news/2165/Britain-s-Major-Plunder-of-Iranian-Oil-in-1903

Oba kraje odzyskały kulawą niepodległość po pierwszej wojnie światowej i oba budowały nowoczesne instytucje państwowe przy pomocy pół lub pełnej dyktatury.

Polska stała się silnie uzależnionym krajem wasalnym Rosji Sowieckiej w 1948 r., podobny los spotkał wkrótce Iran po zorganizowanym przez USA i Wlk. Brytanię w 1953 r. przewrocie, który oddał władzę Szachowi – amerykańskiej marionetce. Trzeba tu nadmienić, że jego dyktatura była bardziej brutalna i bezwzględna niż prawie równoległa post-stalinowska PZPRu w Polsce. Oba reżymy próbowały dokonać przyspieszonego procesu modernizacji swych krajów i społeczeństw. Obu udało się zbudować nowoczesną infrastrukturę, choć bardzo często nieefektywną i marnotrawną, i poprawić położenie materialne większości poddanych. Żadnemu nie powiodła się jednak laicyzacja społeczeństwa. W obu powszechna była korupcja i nieudolność władzy.

Po tym przydługim wstępie przejdę do kwestii interesujących bywalców LA – religii i wpływów kleru i losów najnowszych.

Jaki jest polski katolicyzm wszyscy wiedzą. Szyicka odmiana islamu, państwowa religia w Iranie, jest do niego zadziwiająco podobna. W odróżnieniu od purytańskiego sunnizmu, Szyici mają hierarchiczny kler, choć różni się on od hierarchii katolickiej tym, że ajatollachów wybierają ich koledzy mułłowie, na podstawie (przynajmniej w teorii) ich wiedzy religijnej i zasług. Do rewolucji islamskiej nie było też w Iranie żadnego papieża – władcy absolutego nieomylnego w sprawach wiary, a kwestie kanoniczne decydowano kolegialnie. Nawet i po ustanowieniu „welajat e-fakih” (dominacji/władzy eksperta prawa kanonicznego, ang. https://www.britannica.com/topic/velayat-e-faqih), poszczególni ajotollachowie oficjalnie i legalnie mieli i mają sporą swobodę interpretacji kanonów wiary, często mocno odmienną od innych, a wierni mogą wybierać sobie „guru” wedle upodobań.

Dyktatura w Iranie padła w 1979 r., w Polsce 10 lat później, w obu krajach pod hasłem wprowadzenia demokracji, przywrócenia sprawiedliwości społecznej, naprawy gospodarki i uniezależnienia się od obcej dominacji.

W obu krajach większość tych celów okazała się mirażem.

Iran był w o wiele lepszej sytuacji politycznej i gospodarczej (dzięki nafcie), a kler nie był jedyną alternatywą dla upadłej dyktatury, istniały tam struktury i organizacje o orientacji marksistowskie i centrowo-liberalnej, oraz wpływowa klasa średnia złożona z inteligencji, mniejszych lub większych przedsiębiorców i tradycyjnej kasty kupieckiej „bazarich”. Ci ostatni, choć po islamsku konserwatywni, niekoniecznie chcieli zastąpienia dyktatury Szacha tyranią mułłów.

W Polsce tymczasem jedyną alternatywną dla PZPR zorganizowaną strukturą był Kościół a wąska klasa średnia składała się prawie wyłącznie z inteligencji.

Irański kler przejął pełną władzę w znacznym stopniu (o ironio losu!) dzięki podszczuciu Iraku Saddama Husseina do napaści na Iran, przez USA, nie mogące darować buntu satelicie, a zwłaszcza wzięcia zakładników z amerykańskiej ambasady. Chomeini wykorzystał zagrożenie wojenne i wynikły z tego stan wyjątkowy do brutalnej likwidacji świeckiej opozycji i ustanowienia dyktatury kleru. Równocześnie kler, wraz z krewnymi i znajomymi, uwłaszczył się na majątkach Szacha/dynastii i przeciwników politycznych.

W Polsce Kościół usadowił się jako polityczny kierowca z tylnego siedzenia, zagarnął poprzez często sfałszowaną rewindykację ogromny majątek, a na „państwowym” uwłaszczyli się mniej skompromitowani aparatczycy partyjni, często poprzez szaleńczą hurtową wyprzedaż tego „państwowego”, często koncernom zagranicznym.

Dla obu krajów skutki, w dziedzinie politycznej, prawnej i obyczajowej są podobne, choć w Iranie bardziej otwarte i drastyczne. W obu kler jest ponad prawem, silnie skorumpowany, arogancki, używający życia i „ubogacony” materialnie.

Jeśli idzie o społeczeństwa, to zarówno dla Irańczyków jak i Polaków, identyfikacja narodowa zlała się do tego stopnia z wyznaniem, że nawet jeśli znaczna część nie akceptuje dominacji kleru i krytykuje jego zepsucie, etykietka Irańczyk-szyita i Polak-katolik jest dominującym wyznacznikiem tożsamości. Maszhad, gdzie jest grób Imama Rezy i Qum gdzie pochowana jest jego siostra, Fatima al-Masumeh to irańskie Częstochowa i Licheń. Za granicami kraju, leżą odpowiedniki Rzymu – Mekka w Arabii Saudyjskiej oraz w Iraku Nadżaf z sanktuarium Imama Alego i Karbala gdzie pochowany jest Imam Husejn. Irańczycy pielgrzymują równie ochoczo i gromadnie jak Polacy, do wymienionych powyżej świętych dla nich miejsc, ale też i do grobów poetów narodowych – Hafiza w Szirazie i Omara Khayma w Niszapur.

Iran jest w ciężkiej sytuacji gospodarczej, z powodu drastycznych sankcji USA, które nigdy nie darują buntu wasalom, zwłaszcza że są w tym merdane przez swój bliskowschodni ogon, ale zachował niezależność polityczną i militarną.

Polska, która gospodarczo nie wypada najgorzej, zamieniła kuratelę Moskwy w dziedzinie polityki zagranicznej i wojskowej na kuratelę Waszyngtonu, różniącą się od tej pierwszej tylko bardziej estetycznym opakowaniem.

Herstoryk