Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka Listy ateistów - Blog obywatelski. Pod redakcją Jacka Kowalczyka

15.08.2018
środa

Na co Polsce wojsko?

15 sierpnia 2018, środa,

Tak mi się zdaje, że jeśli jest się osobą poważną, dorosłą, rozumną i w miarę rozeznaną, to nie da się nie być przerażonym stanem polskiego wojska. Nie będzie poważnie ryzykowną tezą stwierdzenie, że Polska wojska nie ma. Zostało rozwalone. Choć od dawna nie było wielką siłą. To co jest, to jest nie wojsko, a fantazmat o wojsku. Przerażenie jednak opiera się na pewnym założeniu, które wcale nie musi być wyartykułowane, bo przerażenie to stan głębokiej psyche, a nie racjonalny umysł. Owym niewypowiedzianym założeniem jest to, że Polsce wojsko jest niezbędne. W dodatku w określonym rozmiarze, sprawne, silne i skuteczne. I druga część założenia: przewiduje się, uważa za możliwe, a nawet bez mała pewne, zagrożenie wojenne wobec Polski, które zamieni się w wojnę. To poważne powody, by czuć uzasadnione przerażenie stanem polskiego wojska.

Możliwa jest jednak, mająca swoje uzasadnienia, inna perspektywa widzenia: Polsce wojsko nie jest potrzebne. Może nie w znaczeniu absolutnym, może jakieś kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy. Dobrze wyszkolonych i uzbrojonych komandosów, na misje specjalne, no i defilady – dla samopoczucia. Głośne trzaskanie butami, równy krok, żonglerka karabinkami z dawnych czasów, salutowanie politykom i szczęśliwemu narodowi. Politycy uwielbiają się bawić w wojsko. Brzuchaty minister obrony, wduszony w mundur z którego wycieka, szczęśliwy prezydent grzebiący plastikową łyżką w wojskowej grochówce „na misji”; ten sam, albo jakiś inny prezydent przymierzający się do karabinka snajperskiego, z obowiązkowym fachowcem wojskowego BHP co dopilnuje, żeby się politykowi nie pomyliły końce, no i żeby komora nabojowa była pusta. Mógłby sobie strzelić w oko. Proca jednak bezpieczniejsza. Prezydent też przyjmie defiladę, wygłosi ładną mowę, którą się bardzo wzruszy i wydmucha nos w prezydencką chusteczkę. Zaś dawny żołnierz, jeszcze z czasów II wojny, taki z AK i Powstania – bo przecież nie z wojska ludowego, które było, jak głosi oficjalne państwo, formacją zbrodniczą – dziś prawie stulatek, jak coś zacznie mówić, to się go złapie za łokcie, w czym pomoże prezydent, mikrofon zabierze i łobuza wyprowadzi. Bo i żołnierz z AK już jest niedobry i mówi nie to, co należy gadać. Dobrzy i święci są „żołnierze wyklęci”. Którzy co prawda w ogóle nie byli żołnierzami, a z owego „wyklęcia” bardziej adekwatne jest „przeklęcie”, ale nie o realność żadną chodzi. Chodzi o coś zgoła innego: o gry i zabawy niewyrośniętych nigdy z podwórka chłopaczków, udrapowujących się na mężów stanu. Ci mężowie klaszczą „inwazji w Normandii”, która się odbywa na Helu. Popadają w zachwyt oraz ronią łezki na ludobójstwo na Wołyniu, ładnie przedstawione przez innych chłopaczków, też dobrze odżywionych i szczerze patriotycznych: „grupy rekonstrukcyjne” . Dzięki nim, możemy znowu wygrać pod Grunwaldem i znowu dać Wiedniowi odsiecz. Jak widać, bez problemu możemy mieć inwazję w Normandii na plaży w Helu, na którą się będą gapić pospołu oniemiali: tatuś z synusiem przedszkolnym, właśnie na wakacjach i kiełbasą z grilla w buzi. Wypadnie z tejże, bo się buzia z wrażenia szeroko otworzy: takie cudne lądowanie!
I chwatit! Wszyscy są zadowoleni, a zwłaszcza właściciele helskich i okolicznych biznesów. Sprzeda się wszystko, każdy kit wpada do żołądka i głowy. Jako kit jest niestrawny, więc tam zostaje. Dlatego tiszert z kotwicą Powstania na spoconym brzuchu i napis: jestem dumnym powstańcem !

Gdy się powróci do stanu powagi, widać jak na dłoni: wojska nie ma. Nie tyle chodzi tu o sprzęt, jego nędzę i nędzę braków łatwiej się zauważa, choć politycy śmiało kłamią. Nierównie ważniejsze jest coś innego: ludzie, żołnierze i stosunki wewnętrzne. Kilkudziesięciu generałów wywalonych, bądź zmuszonych do odejścia. Większość – doświadczonych, niektórzy wybitni i mający poważanie w NATO. Setki . Jeśli nie więcej, oficerów wyższych. Zwłaszcza pułkowników. Dezorganizacja i dewastacja. Ale nie tylko w liczbach rzecz. Rzecz w deprawacji. Rozbiciu moralnym, zniszczeniu zaufania: dowódców do żołnierzy, żołnierzy do dowódców. Część żołnierzy – przekupiona, inna – omamiona. Nie tyle ze słabości umysłu – po nich się spodziewamy krwi zimnej – ale z żądzy władzy. Po cywilnych trupach kolegów wywalonych z armii – w górę, kolejne gwiazdki, premie i zaszczyty. B.M.W. – taka nowoczesność armii. Admirał (kontradmirał?) zdymisjonowany za to, że, czując obowiązek żołnierza, wyznał głośno, że Marynarka Wojenna jest w zupełnej zapaści, a politycy mamią i kłamią zamiast zaopatrywać wojsko? Tak się traktuje żołnierza? I tak dziesiątki generałów wywalono. Za to należy się honor, nie dymisja. Za cywilną odwagę żołnierza, poczucie obowiązku, lojalności wobec państwa, nie partii i jej mikrego szefa. Dymisja, wreszcie kajdanki i sąd, należą się politykom. To się jednak w Polsce nie zdarzy, bo się nie zdarzyło. Politycy to dzieci, dzieci mówią co złego to nie ja!, a dzieci się do lochu nie wsadza. Daje się lizaka i kieszonkowe. Politykom daje się prezesury i fotele w radach nadzorczych wojskowych spółek skarbu państwa. I lizaki: im bardziej rozwalisz wojsko ale chwacko odstawisz defiladę huzarów, tym pewniej wygrasz wybory. Historia się nie powtarza? Podobno tak, drugi raz jako farsa: mamy więc 31 sierpnia 1939. Wojsko zwarte i gotowe. Trzeba tylko iskry. Dziś – „Iskandera”. Który z Kaliningradu doleci do Warszawy w 2 minuty. W tym czasie chwacki rekonstruktor nie zdąży nawet zmienić cywilnych ciuchów na gacie ogólnowojskowe. A że nie zauważy nadlatującego „Iskandera”, bo nie ma jak i czym dostrzec, wyjdzie z szatni i od razu się ucieszy: Oj, jak pięknie zburzona Warszawa! Zrobimy, z chłopakami, pyszną rekonstrukcję Powstania!

Średni wiek sprzętu wojskowego oscyluje w okolicy czterdziestu kilku lat. Przez kilkanaście lat cały polski przemysł obronny nie był w stanie zrobić porządnego podwozia do nowej haubicy. Każde pękało. Trzeba było w końcu kupić w Korei. Przez dziesiątki lat cały polski przemysł obronny nie był w stanie zrobić porządnego pocisku czołgowego. Teraz – ponoć – są już w produkcji. Ile warte, to się dopiero okaże. Albo i nie okaże. Wojsko bardziej ćwiczy „na sucho”. Są fundusze na dwa luksusowe samoloty dla VIP-ów – chłopcy udający mężów stanu lubią latać, na partyzantów zza krzaka – Obronę Terytorialną, brak dla wojsk operacyjnych. Przez lata były problemy nie do pokonania z dostosowaniem karabinów czołgów „Leopard II” do polskich warunków. Nie wiem, czy już skutecznie pokonane. Lata temu zlikwidowano zespół żołnierzy zajmujących się profesjonalnymi analizami światowego rynku uzbrojenia i badaniami broni. By jak najdokładniej wiedzieć, co jaka broń może, czym grozi i czy dla polskiej armii jest optymalna. Czy taki zespół i takie kompetencje zostały odbudowane? Po stanie spraw należy w to wątpić. Także dlatego, że aby móc odpowiedzieć na pytanie o celowość, optymalność i czasowy przedział zakupu, najpierw trzeba wiedzieć, jaka jest doktryna obronna, a właściwie – wojenna. Jaka jest, poza tym, że jest bałagan, niemożność, robota na kolanie i pod partię, oraz sprzeczności? Należy się też obawiać o to, że doktryna wojenna nie bierze pod dostateczną uwagę innych niż wojenne uwarunkowań, które mogą być ważniejsze w dzisiejszym świecie.

Cóż mówić o stałej, jasnej i pewnej doktrynie, skoro można sobie kupić raport specjalistów, którzy dowolną tezę udowodnią. Minister zamówił raport i dostał: Polsce nie potrzeba okrętów nawodnych, a podwodnych. Sławetny program „Orka”. Podobno ktoś raz widział orkę na Bałtyku. Nawet jest chyba jakaś fota. No i bywają z wizytą inne wieloryby, co się dla nich źle na ogół kończy. Jak nazwa, to musi być dumna i bardzo żarłoczna. Niech się przeciwnik boi. Jaki przeciwnik? Mówmy jasno – Putin. Putin się orek nie boi, bo to słowiański macho: wskoczy orce na grzbiet i powozi, a orka słucha. Trzeba go bardziej przestraszyć: „potwór z Loch Ness” bardziej będzie pasował. Są foty potwora, ale nawet Putin jeszcze go nie ujeździł. Potwór się nada. Okrętów nawodnych nie trzeba – jak dowodzi raport ministra, bo Marynarce Wojennej potrzeba okrętów podwodnych, najlepiej z hybrydowym napędem i z pociskami samosterującymi wystrzeliwanymi spod wody oraz takim zasięgu i celności, żeby Putina wszędzie dopaść. Których to okrętów nikt na świecie w oczekiwanej konfiguracji nie produkuje. Nic nie szkodzi – ma wyprodukować polska stocznia. We współpracy z tym, co wygra przetarg na okręt. A może nie będzie przetargu, ale „pilna potrzeba operacyjna”? „Pilność” ma uzasadnić omijanie prawa zamówień publicznych. Wskaże się palcem dostawcę i ma się okręt. Palcem się wskaże znowu, bo wskazywanie ma już historię. Na cały Bałtyk śmierdzi to zdechłą rybą lobbingu, niekompetencji, zmarnowanych miliardów i korupcji.

Jest Stocznia Marynarki Wojennej, w Gdyni. Założona jeszcze przed wojną, za Piłsudskiego. Była tam tymczasowa baza wojenna. Były trzy dumne niszczyciele, dwa pachnące farbą. I dwa stare. Stare zostały i zaraz padły ofiarą niemieckich nalotów oraz ostrzału. Trzy pierwsze odeszły, w ostatniej chwili – do Anglii. No i sławny ORP „Orzeł.” Sławny, ale tragiczny. Tradycja – piękna rzecz, co widać na defiladzie i po tym też, że Marynarka Wojenna ma admirałów. Admirał to poważna figura. Od dowodzenia całą flotą: ze trzy lotniskowce, kilkanaście krążowników, parę atomowych okrętów podwodnych, ze dwadzieścia niszczycieli i mnóstwo drobnicy okrętowej. Polska marynarka od dawna nie ma nawet niszczyciela. Dogorywają stare i małe okręty podwodne wzięte od Norwegów, typu „Kobben”. Produkcja z lat 60-tych ubiegłego wieku. Do niedawna był w sprawności operacyjnej „Orzeł”. Nie tamten, rzecz jasna, ale radziecki, z lat 80-tych. Ciągle niezły i jedyny taki. Ale coś się w nim spaliło, podobno. Do służby chyba już nie wróci. Nawet jeśli – na krótko i pewnie już nie operacyjnie.

Mamy dwie fregaty, od Amerykanów, typu „Oliver Hazard Perry”: „ORP. Kościuszko” i „ORP Pułaski”. Oba zostały pierwotnie wycofane ze służby prawie dwadzieścia lat temu. Remont i przystosowanie tylko jednej z tych fregat do służby kosztowało Marynarkę około 120 milionów złotych. Tyle, za ile można zbudować nowy okręt, choć pewnie niższej klasy, z wyposażeniem. Powiedzmy – korwetę. Do tego stare uzbrojenie i stare śmigłowce „Kaman” w niczym nie kompatybilne z resztą floty śmigłowców wojska polskiego. Co nietypowe, a do tego wyeksploatowane, kosztuje potrójnie a niewiele może.

Stocznia Marynarki Wojennej istnieje, na papierze. Co nieco widać w terenie – skorupy budynków. Od bodaj 17 lat nie udaje się w niej wybudować niewielkiego i prostego okrętu wojennego. Ta bezskuteczna męka kosztowała polskiego podatnika już dobre kilkaset milionów złotych. Miała być korweta, wyjdzie z tego (o ile wyjdzie) coś w rodzaju patrolowca. Za pieniądze na jakieś dwa niszczyciele. Ta sama dumna stocznia miałaby, wedle zapowiedzi rządzących podstarzałych chłopaczków, budować najnowocześniejsze na świecie i nieistniejące jeszcze w realu nigdzie – okręty podwodne. Będzie wspaniały zysk – „transfer najnowszych technologii”. Czym miałaby stocznia budować, jak i kim? Pytanie śmieszne, żałosne i rozpaczliwie. Kim? Polscy spawacze są już w Norwegii. Owszem, są i po sąsiedzku, w cywilnych stoczniach Trójmiasta. Tyle, że żadna stocznia, odpowiedzialnie zarządzana, nie podejmie się takiej realizacji. Specjalne warunki, konieczność spełnienia niezliczonych obostrzeń, w tym technicznych i kontrwywiadowczych, uzyskania wyśrubowanych i specjalnych certyfikatów wojskowych, konieczne zamrożenie sporej części potencjału; nieznane warunki i ryzyka budowy zleconej przez politycznych, niekompetentnych szaleńców dłubiących ciągle w budżecie – to prosta droga do bankructwa. Program „Orka” zdycha, właściwie już zdechł. Prezydent leci do Australii, ma kupić używane – znowu – okręty marynarki wojennej Australii, których ta się chce pozbyć. Rzekomo po to, by przez najbliższe lata polska marynarka miała cokolwiek do pływania. A w międzyczasie odbuduje się zdolności produkcyjne stoczni wojennej w Gdyni . Jak się je odbuduje, skoro „w międzyczasie” nic się nie będzie w tejże stoczni budować, co najwyżej drobnostki? Skompletuje się teraz załogę najwyższej klasy fachowców, zakupi najnowsze maszyny i przebuduje infrastrukturę produkcyjną? Pod nieznane, bo to będzie znane nie wcześniej niż „za kilkanaście lat” warunki, standardy i wolumen produkcji? Czy najpierw się poczeka te kilkanaście lat, a potem będzie szukać i ludzi i techniki? W „międzyczasie” cała stocznia się zawali. Rdza ją co zna zeżre. Co się wtedy i jak będzie „odbudowywać”, jak nic nie będzie? Stocznia ma to do siebie, że nie może stać. Musi produkować. Jak ma czekać na polską produkcję wojenną, to w międzyczasie musi produkować na eksport. Co? Kto zechce kupić to, czego nie mamy i nie umiemy produkować, albo dlaczego takiemu niezdolnemu dawać do produkcji własne projekty? Że siła robocza najtańsza na świecie? Żarty. I nie w przemyśle zbrojeniowym.

Miały być „transfery technologii” wojskowych, bo jak zapowiedziała, tupnęła lakierkiem w posadzkę, ścisnęła wojennie okrągłe piąstki i zrobiła minę „na najeżkę” rozpaczliwie nic nie rozumiejąca i żałośnie pozbawiona wszystkiego była premier Szydło – Polska nie będzie już dłużej krajem magazynów i montowni, a krajem najnowocześniejszych „technologii” w świecie. To właśnie – centrum kompetencji, centrum współprojektowania, wciągnięcie polskiego ośrodka w orbitę działania unijnego giganta cywilnej i wojskowej produkcji – Airbusa, żywotne wzmocnienie Łodzi męczącej się z kulturową i społeczną spuścizną sfeminizowanego przemysłu lekkiego, a wielkim niedomiarem „najnowszych technologii” w gospodarce regionu oferował Airbus, wraz ze zwycięskim w zamówieniu publicznym śmigłowcem „Caracal”. PiS wyrzucił Airbusa z Polski, w – mówiąc wprost – chamski i graniczący z łamaniem prawa sposób, a z pewnością łamiący obietnice i grzebiącym dobre relacje biznesowe na dekady, bez żadnej racji poza ideologiczną. Wiceminister Obrony zaś pogroził Francuzom widelcem – polskim wynalazkiem high-tech. Zaraz potem, minister obrony o bardzo specjalnych właściwościach głowy zapowiedział, że Polska sobie sama zrobi własne śmigłowce, lepsze od europejskich, z Ukrainą. Głowa tego pana nie miała pojęcia, albo może miała, ale specjalnie tak powiedziała – u niego nie jest jasne, co jest – że tak jak polscy spawacze okrętowi są od dawna w Norwegii, tak ukraińscy konstruktorzy śmigłowców i samolotów są od dawna w Rosji. Skutki widzimy: czarna dziura, śmigłowców o uniwersalnym zastosowaniu w polskiej armii nie będzie. Przez długie lata. Potrzeby są co prawda bardziej niż gorące – znakomite, ale już dawno na granicy żywotności, radzieckiej produkcji Mi-8, za chwilę będą musiały zostać zdjęte ze stanu wojska. W każdej, dosłownie, dziedzinie wojskowej (może poza lekką bronią strzelecką), poza jaśniejszym drobiazgiem technicznym – „Rosomakami”, jest to samo – rozpacz, degrengolaga, deprawacja, szaleństwo niekompetencji. W nadmiarze zaś są mity i kłamstwa, którymi nas się karmi. Im gorzej w wojsku, tym więcej defilad z huzarami i Zbyszkiem z Bogdańca. Zbyszko też lipny, sama kukła, bo żywy Zbyszko musiałby dostać apopleksji na widok tego, co z własnym wojskiem robią sami Polacy, mając przy tym czelność powoływania się na Jagiełłę i jego wielkie – wtedy – państwo Europy.

Wśród tego szaleństwa w jakim tkwimy, którego już bodaj nie widzimy i się nim karmimy jak helską rybką trzeciej świeżości mrożenia udającą świeżość o najwyższym standardzie technologicznym świata, może znacznie lepsza, zdrowsza psychicznie, racjonalniejsza, tańsza i bardziej perspektywiczna jest inna droga: żadnej wojny, bezpośrednio Polski dotyczącej, nie będzie. Ani pewnie pośrednio. Bałtyk jest za małym morzem na współczesną wojnę. Samolot naddźwiękowy przeleci w poprzek w kilkanaście minut. Do zatopienia polskiej floty nie potrzeba prezydentowi Rosji floty, wystarczą rakiety, do tego nieduże i tanie. Takie cele: też małe i nieliczne. Putin, konsumując pierwszej świeżości kawior z jesiotra w złotej sali Kremla może pomylić dżojstika do grania w „czolgista.pl” z dżojstikiem do wypuszczania rosyjskich rakiet frunących bezgłośnie i niewidocznie na polskie okręty, bazy nadbrzeżne, stocznie, porty wojenne i handlowe, mosty i inne instalacje. Bałtyk jest tak mały i ciasny, że statek na statku. Najwięcej połączeń promowych na świecie. To w ogóle nie jest morze do prowadzenia wojny. Każda wojna na Bałtyku równa się zapaści Unii, końcowi cywilizacji Europy, co przewodziła światu i stała się tak bogata, ale to się kończy. Teraz Europa musi gonić świat, by pozycję utrzymać, co wcale nie jest pewne. Europejczyk nie chce żyć gorzej niż dziś. A woli nawet lepiej. Co jest nie do zrobienia przy jakiejkolwiek realnej wojnie w środkowej Europie. Zwłaszcza bałtyckiej. Jakby miał żyć gorzej – będzie populizm do kwadratu, do sześcianu i kolejny Hitler gwarantowany. Mężowie stanu to rozumieją. Populiści, fantaści, mitomani, husaria polska kwalifikująca się do lecznictwa zamkniętego – nigdy. Wystarczy parę drobnych awarii: rurociągu „Przyjaźń” (polsko-radzieckiej, tak jest!), portu naftowego w Gdańsku wraz z rafinerią, porządnej dziury w jakiejś autostradzie i stacji rozrządowej kolei, przewrócenia się dwóch zbiorników na gaz płynny w Świnoujściu imienia tego, co się kulom ruskim w Gruzji nie kłaniał – i Polska się skończyła: nie ma infrastruktury, nie ma ropy, nie ma gazu. Nie ma gospodarki. Tu, bo w Chinach i gdzie indziej tylko się od tego poprawi. Nie ma gospodarki, to zadam pytanie – a co w takich warunkach jest? Trzeba iść. Po rozum do głowy.

Zadaję też pytanie: jaki ma mieć powód Rosja by napadać na Polskę? Na co taka wojna, na czym polegać mają zyski wobec nieuchronnych kosztów? Na co wojsko, bardziej nieistniejące niż realnie mogące, skoro Rosja likwiduje polskie siły powietrzne w 4 godziny – jak powiedział doświadczony generał wywalony z armii, w książce „Generałowie”, a wojsko rosyjskie, niezależnie od polskich prób, w trzy dni dochodzi do Warszawy? A być może cztery godziny: desant na miasto i jego obezwładnienie jest dla Rosji wykonalne bez wielkiego wysiłku. Całe NATO przyjdzie Polskę ratować? Oceńmy to racjonalnie: Europa weźmie udział w w wojnie, na którą będzie reakcja wojenna Rosji wobec całej Europy? USA mają własne interesy. I w realny udział Ameryki w takiej wojnie jest powód racjonalnie wątpić. Byłaby to konfrontacja zupełnie innego rodzaju niż w Wietnamie, a później Iraku, Afganistanie, Jemenie, Somalii, Syrii i jeszcze innych miejscach świata. Tam USA miały miażdżąca przewagę. I z tą przewagą albo przegrywały, albo też zamiast problemy rozwiązać, wzniecały jeszcze gorsze – vide IS i zapaść Afganistanu, w którym rządzą i narkotyki i – już niemal znowu – talibowie. Bezpośrednia konfrontacja z Rosją, kto wie czy nie wspieraną przez Chiny, to zupełnie inna wojna, światowa, o której nikt nie ma żadnego pojęcia, żadnej kompetencji i żadnego przygotowania. Poza tym, że będzie po takiej wojnie zabawa maczugami.

Nie widać, nie słychać żadnej przytomnej odpowiedzi. Ani w „doktrynie wojennej”, ani w ustach rządzącego Polską „obozu patriotycznego” – co samo z siebie brzmi zarówno sarkastycznie, bezczelnie, durnowato jak i strasznie kiczowato. Niewiele rozsądniej gada opozycja. Porażenie bezmyślnością jest – jak widać – powszechne. Żyjemy we wzajemnym szantażu. Jeden drugiego szantażuje fobiami antyrosyjskimi a gra się toczy o to, kto bardziej pryncypialnie antyrosyjski sie okaże. To gra odwrotna od tego, w co się przytomni Europejczycy nauczyli grać: zamienianie przeciwnika w sąsiada i współpracownika. Każdy na tym wygrywa. W Polsce nie chcemy się nauczyć tej ciężko zapracowanej lekcji: dobra droga, w istocie jedyna droga, to droga współpracy. Niemcy i Rosja to rozumieją, dlatego zaczyna się budowa drugiej nitki gazociągu na dnie Bałtyku. Który w trakcie wojny niezwykle łatwo zniszczyć. I nikt rozumny nie ma interesu, by to robić. Ten gaz z Rosji to najtańszy gaz, więc i najlepszy. Polska woli gaz droższy – z USA albo Norwegii. Chce więc wyższych kosztów w całej gospodarce i w gospodarce komunalnej czyli przyspieszenia opróżniania kieszeni podatnika. Czy „suweren” głosując na prostego posła i jego „dobrą zmianę” został poinformowany „za czym” głosuje? Na złość Rosji, którą to wcale nie złości a dziwi, a na szkodę – sobie. Taki ma być patent na zamożną i zdrową Polskę?

Czytelniku: idź na spacer, idź na defiladę husarsko-partyzancką, powzruszaj się razem ze wzruszonym prezydentem i całą resztą patriotycznie wzruszonych, poruszaj nogami, co poprawia krążenie, poruszaj skutkiem tego głową – i daj przytomne, mądre, poważne odpowiedzi. „Polska ci tego nie zapomni” – jak uroczyście gadają gadające głowy.

Tanaka

12.08.2018
niedziela

Jak działa katolik co się zna na pszczółce Mai

12 sierpnia 2018, niedziela,

Mówiąc między nami, ateistami – katolik w ogóle nie działa. Katolik twierdzi odwrotnie, zaś najodwrotniej – jego biskup. Też zresztą katolik. Jest to pożyteczne, dzięki temu dowiadujemy się kto to taki – katolik, oraz jak działa. Pożyteczność ta jest bardzo daleko idąca, bowiem dzięki niej ateista dowiaduje się, że nie jest katolikiem, ale właśnie ateistą. Jest to wielka zasługa w niebie katolika, że tak pomaga ateiście, chociaż katolik ma nie pomagać ateiście być ateistą, tylko odwrotnie. Co jest jeszcze większą zasługą w niebie. A ściślej – jedyną Prawdziwą zasługą. Gdyby biskup był cwany, to nie demonstrowałby sobą, ani swoją owieczką, jak działa katolik. Wtedy ateista byłby całkiem pogubiony i nie miałby pojęcia, że jest ateistą, bo by się miał za katolika. Taki katolik zacny. No ale, jak wiadomo, biskup jest cwany tylko do jednego. Nie powiem do czego, bo to dosyć wstydliwe. Babcia mówiła, że „o pieniądzach nie rozmawiamy” . No to nie rozmawiamy.

Porozmawiajmy więc o seksie! Że co? Że to sprawa jeszcze bardziej wstydliwa od pieniędzy i już całkiem nie wypada o tym gadać? No, jak nie, jak – tak? Sam pamiętam: na kursie nauki do karty rowerowej (uważacie – katolik mówi, że niekatolik żyje z babą nie na sakramenckość, ale „na kartę rowerową”. A pedał – to już w ogóle: na dyszę i tłok, jak orzekł nieoceniony katolicki naukowiec – ksiądz dr hab. Oko Dariusz. Już on ma oko na te sprawy.) dowiedziałem się, że jest taki znak: gołoledź ! No, jak tak, to tak. Skoro to jest przepis państwowy, znaczy nie ma co żadnej krępacji robić i trzeba na goło lecieć, czyli o seksie gadać. Taki prikaz. W gadaniu – w zasadzie – chodzi o to, żeby się dogadać. A trudno się dogadać z katolikiem, który mówi, że sieksa u nas niet! Bo u niego to tylko komunia ciał odchodzi. Ale i to jest powszechnie znane, że katolik sam ze sobą nie może się dogadać, bo u niego nic tylko Pan Jezus już się zbliża, już puka do (jego) drzwi… I tak od dwóch tysięcy lat. Ale jak się nie gada, to się coś robi. Bo tak całkiem nic to sie nie da. Taka konstrukcja, z Dnia Szóstego. Wiadomo czyja. To zaś co się robi w takich warunkach, musi być w niezgodzie z tym, o czym tak się gada, że wcale.

Jak powszechnie wiadomo, ksiądz to nic tylko o seksie by gadał, bo nie ma nic innego do roboty. Oprócz tego, żeby inkasować. A jak gada, to ciągle pomstuje i najgorszymi wyrazami powtarzanymi po parę razy – przeklina, wyklina, potępia. Bo co do reszty – to ta reszta taka nudna, tak katolik w ogóle nie ma o niej pojęcia ani zainteresowania – w czym bardzo przypomina księdza – że dlatego ciągle i ciągle ten seks. Znaczy: seks to wynalazek szatana, a komunia ciał – Wszechmogącego. To się samo rozumie: drugie jest dobre, pierwsze jest diabelskie. Najlepiej to się na tym znał nasz Święty Ojciec Święty, co się znał na teologii ciał. No, tak miał.

O fachowości księdza w sprawie dowiaduje się każde dziecko przedkomunijne: ile razy dokonywałeś samogwałtu i w jakich okolicznościach? Fachowo przepytuje przedkomunijne dzieciątko boże ksiądz dobrodziej schowany w drewnianej skrzynce. Dzieciątko nie wie nawet co to „gwałt”, bo nawet jak jest świadkiem lub ofiarą gwałtu w domu, to jest mu to fachowo i po katolicku wytłumaczone: tatuś ma chwilę słabości, zaś mamusia niesie swój krzyż. Jak niesie, to i dobrze – jest to wielki honor i przestać nie można. Jak dziecię ksiądz gwałci osobiście, sprawa tak samo jasna: dziecię, w ten sposób, zbliża się do Boga. Za pośrednictwem księdza dobrodzieja. Taką ma robotę: dawać przykład i pośredniczyć. No i robi co trzeba, za aprobatą nieba. Jakże więc takie dziecko ma wiedzieć, na czym polega „samogwałt”? Nieważne, czego nie wie, ważne, co orzeka ksiądz naukowiec wszelkich tytułów, czyli Oko Dariusz: tak się odbywa seksualizacja dziecka. On to, co prawda, gadał na nieco inną okoliczność – choć i tak nie wiedział co gada, ale też o seksie. Jak seksualizacja, to seksualizacja.

Ponieważ już tylko tego realnie się trzyma Kościół kat. – nadzorowania seksualności owieczek bożych, co inni – i trafnie – nazywają biowładzą, seks – jak zawsze i wszędzie gdzie się doń miesza władza – to pole walki i zamordystycznej kontroli. Reszta to (oprócz pieniędzy) drobiazgi mętnej treści i niewarte zachodu, co Kościół kat demonstruje jak chwat. Stąd biskupie wrzaski o zakaz gumki, tabletki, tabletki „dzień po”, świeckiej edukacji rodzinno-seksualnej; o lekarskich sumieniach, aptekarskich takoż, a nawet sumieniu drukarza, co ma sumienie – rzecz jasna – katolickie, bo niekatolik sumienia nie ma. Poznawalne po tym, że sumienie odmawia mu zgody na druk plakatu zamówionego przez organizację LGBT, albo jakoś tak. Nawet spojrzenie chłopca na panienkę, rozmarzone i doceniające jej kobiece uroki, jest już grzechem w sumieniu. Taka Prawda. Katolik przestrzega też ściśle szóstego przykazania, a nawet przedostatniego, nie mówiąc o każdym innym z pierwszymi trzema na czele. Bo te mają ważność nad ważnościami, znacznie ważniejszą niż pieśni nad pieśniami. Żeby obraz rzeczy dopełnić: raptem dni temu kilka okazało się, że i motorniczy tramwaju ma katolickie sumienie: odmówił jazdy (Poznań – wielkie miasto, ludzie światli i tak dalej) tramwajem zaopatrzonym w malutką, tęczową flagę. Flaga została umieszczona zgodnie z umową między miejskim przedsiębiorcą tramajów a organizacją reprezentującą społeczność LGBT i promującą tolerancję oraz równość. Motorniczy zaopatrzony w sumienie katolickie tak odmowę wyjaśnił: Treści, które reprezentują organizacje skupione wokół symbolu tęczowej flagi, dążą do zalegalizowania pedofilii jako orientacji seksualnej na równi z orientacją heteroseksualną. Jako ojciec siedmiolatka nie mogę się zgodzić, aby reklamować swoją pracą w/w treści. Jak to mówią: sumienie najważniejszą instancją człowieka. Sumienie tramwajarza podjęło trafną decyzję moralną: homoseksualista to pedofil! Nie inaczej cenia to w sumieniu moralnym, w dodatku posiadającym doktorat i katolicką habilitację, nasz milusiński – ksiądz Oko Dariusz, z którym już jesteśmy solidnie zaznajomieni. Ma na to nawet odpowiednie wyniki badań! Wyniki mają inni naukowcy katoliccy. Pierwsi z brzegu (jeziora, po którym Jezusek itd..): dziecko z in vitro ma bruzdę dotykową na czole. Nie ma się co dziwić, że grono światłych poznaniaków też uruchomiło swoje sumienia katolickie, oburzyło się moralnie na te flagi na tramwajach, co głoszą chwałę pedofila, a w ślad za ich sumieniami objawiło się sumienie w prezesie tramwajów poznańskich. Też zrozumiał, że na dachach jego tramwajów jeźdżą pedofole. Flagi kazał zdjąć, a umowę – zerwać.

Katolik nadwiślański nie stosuje więc seksu, nie wie, o co się rozchodzi. W sprawie tego o co się rozchodzi wie jak działa pszczółka. Że zapyla i bzyka. Tak mu mamusia z tatusiem wyjaśnili, bo i sami tyle wiedzą. Z przykładu Maryi. Dlatego, oprócz kolęd, wszyscy chętnie śpiewają hymn do pszczółki Mai. Dziewczątka katolickie zaś pytają w necie: czy od buziaka można zajść w ciążę? Nie przeszkadza to dziewczątkom i chłopcom katolickim uprawiać – w gimnazjum – zabawy w słoneczko. Słusznie więc się stało, że pisoidy zakazały gimnazjum. Teraz zabawa w słoneczko będzie w podstawówce. Wszyscy są zadowoleni. Po ślubie sakramentalnym więc (ściśle biologicznie heteroseksualnego mężczyzny i heteroseksualnej kobiety – jak biskup wyjaśnia, a Pawłowicz Krystyna powtarza), dochodzi wyłącznie do komunii ciał. Komunia zaś musi być nakierowana na powołanie nowego życia, czytaj – katolickiego dzidziusia. Mąż katolicki, komunizując małżonkę katolicką, bardzo wysila myśl i pragnienie: ma być z niej dzidziuś! Inczej komunia nieważna, a grzeszna. Dzidziuś jako taki u katolika nie występuje: najpierw jest dzieckiem poczętym, a jak się urodzi – jest już katolikiem. Za pomocą pokropienia wodą. Co się odpowiednio nazywa, ale o tym teraz nie rozmawiajmy, bo – tytułem przykładu – zanurzenie w wodzie jest już nieprawidłowe. I wiadomo, kto tak robi. Co dziwne, bo Jezus tak właśnie zrobił: wszedł do rzeki Jordan i był zadowolony. Katolicka komunia ciał to straszna męka. Dlatego tak na okrągło gada o bolesnej męce. Najbardziej – biskup. Męczy się za tych, co się tak męczą. Cały się wziął z umęczonych to i sam teraz męczy, bo musi.

W ten sposób katolik nadwiślański góruje nad każdym innym i w ogóle – nad Europą i nad wszystkim. Dowód na to znajduje się w Świebodzinie i ma prawie 40 metrów wzrostu. Co dowodzi, że góruje, bo ten dowód w Rio de Janeiro ma parę metrów wzrostu mniej. Naszemu nikt nie podskoczy. O czym upewniał tak pewnie nasz Święty Ojciec Święty.

Skoro mówimy o fachowości i górowaniu naszych katolików nad nienaszymi: oto najświeższe dane w sprawie komunii ciał Polaków, co to są sami katolicy, więc sieksa u nich niet [1] :
– od II połowy lat 1980-tych („wczesny Wojtyła”) następuje w Polsce gwałtowny wzrost (aż do dziś) liczby dzieci pozamałżeńskich (miasta – obecnie – ok. 27% dzieci to dzieci pozamałżeńskie, wieś – ok. 20-22%)
– największy odsetek dzieci pozamałżeńskich – ponad 20%, do 40% (generalnie) w najbardziej rozwiniętych regionach Polski (centrum-zachód-północ), najmniej w regionie południowo-wschodnim (poniżej 20%, z wartością najniższą 12,5% w podkarpackiem).
– zdecydowanie najwięcej dzieci pozamałżeńskich rodzą kobiety bardzo młode (15-19 lat), około 850/1000.
– zdecydowanie najwięcej takich dzieci rodzą panny, aż do przedziału wieku 35-39 lat, kiedy odsetek ten schodzi poniżej 50%.
– na tle Europy Polska wypada statystycznie skromnie, katolicko zaś – tragicznie. Najwięcej dzieci pozamałżeńskich rodzi się (od dawna) w arcykatolickiej Irlandii (70%), którą to arcykatolickość tak właśnie definiują Irlandczycy. Co jest substancjalną obrazą Boga, a znacznie większą – biskupa i jego Wojtyły. Ale nic nie szkodzi: tam gdzie to tak obraża, nie można się o tym głośno drzeć. Przecież to jedyna substancjalna i i ostatnia zamordystycznie poważna instancja Kościoła kat. Mają być pozory. Wszechmogący musi się z tym zgodzić, skoro biskup jego się zgadza. Polska jest pod koniec stawki, ze skromnym wynikiem ok. 26% dzieci urodzonych nieślubnie, co w mowie katolickiej zawsze oznaczało bękarta. Dziecko najgorszego sortu, pozbawione należnych mu praw. Nic nie szkodzi – po tym właśnie poznaje się katolika: że pozbawia. I dlatego mówimy (wśród katolików, rzecz jasna): wszystkie dzieci są nasze. No i że wszystkie kochamy. Jak własne. O ile te też w ogóle kochamy. Bo weźmy takiego tatusia Adolfa Hitlera: bękart! W dodatku żydowski. A już katolik wie, co to znaczy i co się z tym robi. I dlatego te skutki.

Jest więc po katolicku dobrze – czego dowodzi góra, czyli odwrotnie – czego dowodzi dół. Obojętnie – wstępniaka, czy życia. Nie może nad Wisłą być inaczej, skoro jakaś połowa kleru to homoseksualiści (czyli w mowie katolickiego społeczeństwa: zboki, pedały, parówy, pedryle – co dowodzi, że katolik to katolik i kocha bliźniego swego. Może nie wszyscy ci homoseksualiści są seksualnie czynni, wszyscy zaś – co do jednego – cyniczni albo głęboko nieszczęśliwi). Kilkanaście procent to pedofile (także, z pewnością, nie wszyscy to aktywnie grasujący zbrodniarze), a reszta to substancjalni samotnicy, cudzołożnicy, klienci burdeli, wieczni onaniści, dziecioroby, uschłe drzewa, alkoholicy, uzależnieni od innych używek – wśród których nie brak skrajnych cyników i karierowiczów, co tylko czyni ich zagubienie, zakłamanie i ostatecznie samotność – głębszą. I niejaka drobna garstka rozmarzonych naiwniaków, po swojemu samotnych: w życiu i w firmie, w której nie ma z kim i o czym gadać, bo i gadać nie wolno. Zwłaszcza zaś – po co.
Z powyższego wynika też inny ciekawy wniosek: ostatni okop Prawdy Kościoła kat rozpada się, a za niedługą chwilę porośnie chwastami. Ostatnia transzeja obrony fantazmatów i uroszczonych a bezwzględnie zamordystycznych żądań sypie się w gruzy. Podtrzymują ją jeszcze przekleństwa, zastraszania, próby przerażania i odrzucania. Ale gdy nikt postronny nie widzi, proboszcz z biskupem idą na rękę i na układy. Jak nie w tej parafii, to w tamtej, bękarta da się ochrzcić. Byle pozór działał i miał jeszcze pewną moc wyklinania zamienną na moc uwodzenia, co ma dawać profity. O to tylko chodzi. By pozorem wyjaśniać kurczowy sojusz religii z władzą polityczną i w braku autorytetu oraz substancjalnej prawdy móc się posługiwać opresyjną aparaturą państwa, by „katolicyzm był ciągle żywy”, a nawet coraz bardziej. W tym jego pozorna żywość: w pustce i strupieszeniu.

A teraz, drogi czytelniku, wpłać na „Boże dzieło” fundacji w Toruniu księdza dottore, albo innej pokrewnej, co łaska, ale nie mniej niż 5000 złotych. Zaś minister wpłaci – w tym tygodniu – ze 30 milionów. Znowu. I spadaj. Po tym się pozna, żeś katolik.

Tanaka

[1] Zebrane dane GUS, Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, Eurostatu., Opracowanie Polska Grupa Infograficzna: https://kobieta.onet.pl/dziecko/niemowle/juz-co-czwarte-dziecko-w-polsce-jest-pozamalzenskie/z4c0d84

6.08.2018
poniedziałek

Jak pokazać światu polską niepodległość? Co nas (jeszcze) łączy?

6 sierpnia 2018, poniedziałek,

Oglądam w telewizji : dorośli, dzieci. Dorośli rozmawiają przy stole. Dzieci się nudzą . Jedno z dzieci podchodzi do fortepianu i… intonuje „Mazurka Dąbrowskiego”. Na baczność stają wszyscy, starsi i młodsi, w mundurach z Powstania Warszawskiego, innych mundurach, ale większość w koszulkach z odpowiednio patriotycznym napisem. Króluje oczywiście orzeł biały, hasła patriotyczne prawie jak z PRL, a wszystko okraszone „100 lat niepodległości Polski”.
Całość w stylu opisanego tu kilka tygodni temu powitania naszych dreamlinerów opasanych biało-czerwoną szarfą. Tylko Mazowsza zabrakło. I górali…
Na szczęście to tylko reklama społeczna. Podobno na zlecenie kierownika/dyrektora Onet.pl, p. Bartosza Węglarczyka
Miałam wrażenie, ze to kopia powitania naszych dreamlinerów w barwach narodowych. Podobno nawet sam pomysłodawca odżegnał się od wykonania. Sądziłam, że to wyrób Polskiej Fundacji Narodowej. Autorstwa brak. Nigdzie nie widać. [*] Widzieliście?
Mnie strasznie kłuje tak podawana niepodległość. Musi być z patosem, patriotą, białym orłem, koniecznie z biało-czerwoną, z Mazowszem, ze Śląskiem – i w ogóle podlane gęsto patriotycznym sosem. Jakby nie można było inaczej.
Jakbyście świętowali i jak pokazalibyście światu 100 lecie polskiej niepodległości? Zakładam, że jeszcze świat interesuje się Polską, ale… puśćmy wodze fantazji – wszyscy się interesują. I są nas ciekawi. I jesteśmy krajem jak sprzed jesieni 2015 r.

Konstancja

* * *
Tanaka: dodałem tytuł. [*] autorem filmiku jest Wojciech Smarzowski. Link: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/100-lat-polsko-i-laczy-nas-hymn-w-wizerunkowej-kampanii-onetu-wideo  .

1.08.2018
środa

Warszawa moja miłość

1 sierpnia 2018, środa,

Tak się składa, że kocham Warszawę, w której wprawdzie się nie urodziłam, choć pochodzą  z niej  moi przodkowie, ale spędziłam w stolicy pół wieku.
 Pamiętam jeszcze odcinek  „parterowej” Marszałkowskiej, wzdłuż którego powstawała wysoooka  Ściana Wschodnia, ruiny Zamku Królewskiego, ale także słynny Super Sam (pierwszy w stolicy super market rodzimego chowu), dzieło polskiego modernizmu w powojennej architekturze. Niestety,  został wyburzony pod „dzieło” bezimiennego [czegoś*]. Cedet, łącznie z neonem, pierwszy w Warszawie po wojnie  dom towarowy (centralny).
W zamkowych ruinach zdarzało mi się pijać paskudne winko w towarzystwie bynajmniej nie menelskim, lecz studentów i studentek  UW.
Modne były kolejne piosenki o Warszawie i nie chodzi mi  o „grzeczną” Irenę Santor z jej „Jest na mapie świata maleńki znak”, ale o Niemena z jego „Znam to miasto jak ty” albo „gondolierów znad Wisły, o których śpiewała Irena Jarocka. Moja ulubiona warszawska piosenka to utwór   Muńka Staszczyka  z T.Love „Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz”.
Dlaczego „wzięło”mnie  akurat na Warszawę?
Za chwilę kolejna rocznica powstania warszawskiego, absolutnej hekatomby, która zniszczyła miasto i zabiła ponad 200 tys. jego mieszkańców.  Nigdy nie pogodzą się obrońcy tej masakry („młodzież tak rwała się do walki, że…”) z tymi, którzy uważają, że zgoda dowódców AK na wybuch powstania była zbrodnią. Mój tata siedział  wtedy w oflagu i  rwał włosy z głowy, bo miał podobne zdanie, jak gen Anders. (swoją drogą córcia niezbyt mu się udała).
W powstaniu zginął młodszy brat mojej mamy, jej przyjaciele i dalsi krewni. Czułam jednak, że nie powinnam  komentować sensowności ich „ofiary” w gronie najbliższych. Mieli i mają prawo do legendy, choć nie jest to legenda z pozytywnym morałem.
Patrzę na dzisiejszą Warszawę, która wyrasta na prawdziwą europejską metropolię z  wielką… ulgą i nadzieją.
 Duch tego miasta jest naprawdę niezłomny. Ufam, że nie podda się jakiemuś Jakiemu z PIS.
Warszawa”jest w kwiatach”, jak zwykle latem. Autorem przedwojennego  hasła o  ukwieconej  Warszawie był prezydent Starzyński. Oby nigdy tych kwiatów szlag nie trafił.
Przepraszam za nutki patosu, ale mnie „wzięło”.

 mag
 
[*] – dodano, Tanaka

28.07.2018
sobota

Do Europy marsz na rękach. Casus prezes Gersdorf w Karlsruhe

28 lipca 2018, sobota,

Rok 2018: Państwo polskie, wraz z milionami mieszkańców zapada się w głębokie mroki głów dymiących trującymi wyziewami wstecznej mentalności pełnej złych i autokratycznych emocji, zanurzonej w fantazmatycznych mitach o Polsce, Polakach i Europie. Mentalności niezdolnej widzieć rzeczywistość, bo opartej o wzmożenia autokratycznej religii i histerię przewrażliwienia na własnym punkcie; usiłującej kryć zwykłość i małość pod maską heroiczną. Niezdolnej widzieć realne problemy, stawiać trafne diagnozy i znajdować trwałe rozwiązania budujące tak Polskę, jak i Europę. To mentalność narzucania własnej a chorej „Prawdy” wszystkim, rozdętej gangreną uzurpacji i moralnej deprawacji do wielkiego „P”. To mentalność zawziętej walki z kanonami demokracji i panstwa prawa; ludzkiej wolności kształtowania się wedle własnego sumienia i odpowiedzialności za wybory w złożonym świecie. To mentalność niezdolności do swobodnej, twórczej współpracy i współżycia w oparciu o demokrację wartości, kompromis, szacunek dla cudzych wyborów, a nie odgórne i jedyne wartości, wmuszane wszyskim. To mentalność złodzieja, co nas okrada z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Ten złodziej okrada nas z życia.

Wielowiekowa choroba umysłu: mity i kłamstwa, uświęcona deprawacja moralna, pogarda zlepiona w jedno z nienawiścią. To choroba która jest ustawicznie wypierana ze świadomości, co tworzy fundament jej wiecznotrwałości i bujnych odrodzeń. Słabo i niekonsekwentnie przytłumiana w krótkich chwilach przejaśnien w polskiej historii. Szczepionką byłoby spojrzenie prawdzie w oczy – zmierzenie się z bólem własnej realności wobec mitu wielkości. I przyznania do tego, że tacy jesteśmy: w niczym herosi, w wielu sprawach byle jacy, a zakłamani – do imentu. A jeśli zdarzy się chwila nadzwyczajna, to jest ona raczej wynikiem histerii: panicznej reakcji na chwilowy przebłysk kontaktu z bolesnym stanem rzeczy, nie zaś trwałej i konsekwentnie działającej twórczej dyspozycji wspólnoty.

Pojedyncze i niewykorzystane wiktorie, w międzyczasie zaś nieustające gnicie państwa urządzanego przez nielicznych przeciw licznym: stała opozycja pomiędzy śladowo występującym w państwie, ale pełnym pychy Polakiem – czyli wyłącznie dobrze urodzonym i dobrze ustosunkowanym – a niewolniczą masą ludzką niemającą praw, perspektyw, i godności życia; ludzie którzy nie mieli prawa zwać się Polakami; upadek rozdętego państwa które samo siebie zjadało – przez samych Polaków głównie sprokurowany a zwany w języku kłamliwego wyparcia „krzywdą od wrogów”. Liczne i nieudane powstania, emigracja nielicznej i światłej elity i w miliony idącej nędzy. Opresyjna, deprawująca państwo i ludzi rola Kościoła i katolicyzmu, zwana w tym samym kłamliwym języku wyparcia świętą opieką, jedyną tożsamością Polaka i wyłącznym źródłem moralności. Zawzięta walka tegoż Kościoła przeciw ludzkim prawom świeżo wyzwolonego – przez obcych mocarzy – niewolnika pańszczyźnianego oraz wolnościom ogółu. Wszystko to zaś zwane odwiecznie „miłością bliżniego swego”.

Szczęśliwie odrodzone państwo – dzięki zbiegowi okoliczności Wielkiej Wojny skutecznie wykorzystanych, co chwalebne, acz krótko bo szklany dom stanie się kratą autorytaryzmu – kulawe jednak i słabe, bo zaplątane w historyczych sprzecznościach, nie przyznanych i nie zadość uczynionych niesprawiedliwościach. Żyjące ćwierćdostatnio w drobnych punktach mapy, a w biedzie, często wykluczeniu a nawet czynnym prześladowaniu – na jej wielkich połaciach.

Ta Wojna. Ludzie porażeni szokiem przegranej obnażającej próżność mitu, zdrady elit i kolejnego upadku państwa; nieustannego zagrożenia, śmiercią na co dzień i widokiem obracanych w pył, płomień i popiół miast, wsi i całych krajobrazów. Próbujący się desperacko bronić aż po samobójcze Powstanie; bez szans na zwycięstwo i zdani w tym na innych; dający upust pielęgnowanej długo nienawiści bądź deprawacji sprowadzenia sąsiada do towaru zamiennego na 3 kilo cukru, ludzie – Polacy zamrożeni wśród niezałatwionych spraw poza jedną, jak się wielu złych cieszy: jaki Hitler był taki był, ale dobrze że się Żydów pozbył; niewyleczeni z dawnych konfliktów, a już przygnieceni chorobą wojny; pozbawieni dachu, drobin majątku, podstaw życia i bliskich; edukacji, zdrowia i złudzeń; wyzwoleni i zbawieni od młyna śmierci nie tyle własną zasługą a cudzą, jedni cieszą się ze zwycięstwa co daje życie i perspektywę, inni – przeciwnie: chcą kolejnej wojny, a zwycięstwo mają za wielką klęskę i drugą okupację. Prawdziwy Polak poniósł klęskę, zaś nieprawdziwy i jego centrala w Moskwie – zwycięstwo. Wygrana i ratunek to nowa okupacja, nie lepsza od hitlerowskiej, właściwie gorsza i bardziej deprawująca, trwającą dekadami. Nie te granice, nieprawdziwa Polska. Najbardziej rujnujące doświadczenie – jak brzmią głosy nowych autorytetów i jak za chwilę zabrzmi głos jednego z nich. Nieuleczalna choroba.
* * *
O Polsce Ludowej nie będę tu mówił, przecież Polski przez te lata nie było, co jest formalnym oświadczeniem państwa. Do trzech nie umiejąca zliczyć elita już po Drugiej Rzeczpospolitej zacina się w liczeniu i wywala Polskę Ludową do śmietnika. Odrzuca artytmetykę szkoły i rzeczywistość – jak zwykła to robić przez stulecia. Rzeczpospolita nr 3 zaczęła się w 1989 roku. To samo państwo jednak uroczyście oświadcza, że oto mamy 100-lecie niepodległości, liczone od roku 1918. Zamiast mnie, w sprawie Polski Ludowej i Polski w ogóle głos zabierze pani profesor Małgorzata Gersdorf, pierwszy prezes Sądu Najwyższego. Pani prezes, parę dni temu, wygłosiła mowę w Karlsruhe, do przyjaciół Niemców, do Europejczyków, mowę prawdy w obronie prawdy o Polsce przed uzurpatorem i despotą który niszczy Polskę tejże prawdy i tegoż prawa na rzecz jakiejś innej prawdy i innego prawa. Prawda jest jedna, co każdy Polak i każdy dziennikarz co rano ujawnia: prawda jest taka, że… Pani prezes ujawnia prawdę.

Całe wystąpienie zamieściła „Polityka” [1], nie będę więc go powtarzał, a przedstawię cytaty z głosu pani prezes Sądu Najwyższego. Cytaty są o szerszym stanie rzeczy, jednak pod ich powierzchnią siedzi te 45 lat ze stu, co to ich niby nie ma. Mówi pani prezes:

* Zgodnie z art. 2 Konstytucji RP z 1997 r. Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej [,,,] Niezliczone orzeczenia polskiego Trybunału Konstytucyjnego oraz sądów napełniły je konkretną treścią przez dwadzieścia pięć lat stopniowego wychodzenia ze stanu komunistycznej dyktatury. Jak zatem doszło do tego, że obecnie możemy mówić o kryzysie państwa prawnego w Polsce?

* Podważany jest powojenny konsens demokratyczny. Przywództwo stało się miałkie, wartości uległy zapomnieniu, a przynajmniej są bagatelizowane. Ważniejsze od nich stają się wyniki ekonomiczne. Społeczeństwa europejskie zostały uprzedmiotowione, sprowadzone do roli maszynek do głosowania. Czują się oszukane, a w najlepszym wypadku zagrożone. W takiej chwili do głosu dochodzą siły skrajne, wrogie zasadom godności człowieka, wolności jednostki i rządów prawa.

* Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie – okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu – nadal ciąży nam jak kamień u szyi. [podkr. T.]

* Doświadczenie ruchu „Solidarności” lat 80. poprzedniego stulecia bardzo wiele zmieniło na lepsze. Przeorało świadomość społeczną. […] Procesowi demokratyzacji kraju nie towarzyszyła wystarczająca debata ani akcja edukacyjna na masową skalę. Obywatelom nie pokazano, co to jest prawo, jak ono działa i dlaczego trzeba go przestrzegać. […] Wprowadzenie Polski do zachodnich struktur politycznych „odhaczono” jako wielki i trwały sukces, patrząc bardzo powierzchownie na różne liczbowe wskaźniki, a nie na głębokie struktury, które zawsze ulegają zmianie w długim cyklu. [podkr. T.]

* W każdym narodzie i ustroju, pod każdą długością i szerokością geograficzną, zrodzić się może cyniczny gracz, „rentier rewolucji”1 , perfekcyjnie analizujący słabości społeczeństwa i państwa po to, aby wyzyskać je do zbudowania autokracji. Ofiarą bezwzględnej walki politycznej zawsze są sądy – jako najsłabsza z władz, która stoi na straży praw jednostek. [podkr. T.]

* […] prawnikom nie wolno milczeć w obliczu zła, które zostało wyrządzone polskiemu wymiarowi sprawiedliwości przez ustawy uchwalone w ciągu ostatnich dwóch i pół roku. Te szkody są niestety bardzo poważne i nic nie zapowiada ich naprawienia w najbliższej przyszłości.

* Kanclerz federalny Konrad Adenauer, powiedział kiedyś zdanie, które szczególnie wryło mi się w pamięć: „Dzieje świata są również sumą tego, czego można było uniknąć” [podkr. T.]

* * *

Pani prezes Gersdorf dała się poznać na szerokim forum publicznym bodaj wtedy, gdy głośno powiedziała o niezgodzie na łamanie prawa przez władzę i potrzebie stanowczego sprzeciwu wobec tego zamachu. Wielu ufnych ludzi, będących po stronie opozycji i głośnego bądź milczącego protestu, szanujących konstytucję, rozumiejących fatalność i głębię zamachu na państwo jaki realizuje Kaczyński z pomocą swoich janczarów, szybko zapałało sympatią do pani I prezes Sądu Najwyższego, pani profesor, pani Małgorzaty Gersdorf. Ja również. Żywotnie – dosłownie – potrzebne i konieczne są bowiem głosy z takiego miejsca i poziomu i potrzebne są działania. Elita ma szersze uprawnienia od ogółu i ma głębsze obowiązki, a sędziowie są w jej szpicy, nieliczni – jakieś 10 tysięcy – a ponad proporcję ważni. Albo to idzie w parze, albo nie ma elity. Niedługo jednak po tym mocnym i dramatycznym głosie pani Gersdof, usłyszeliśmy jej kolejne słowa: za 10 tysięcy może da się wyżyć na prowincji, ale nie w Warszawie. Zdziwienie i cień powątpiewania, czy aby pani prezes dobrze wie, co mówi i do kogo, mówiąc publicznie.

Po tych uwagach wprowadzających, czas na odniesienie się do mowy prezes Gersdorf w Karlsruhe. Cel przemówienia – szczytny i godny pochwały: apel, nie wprost wyrażona sugestia pod adresem gospodarzy by wesprzeć Polskę chcącą być Europą bo inaczej zostanie zagrabiona przez cynicznego despotę, oraz wyjaśnienie powodów dla których zło się dzieje w Polsce, ale i jest coś z niego w Europie i świecie. Cel szczytny, wykonanie – no właśnie, jakie? Myśl w jednym cytacie kłóci się z myślą w następnym, jedna chce w prawo, druga w lewo, wnioski budzą wątpliwość, lub sporo więcej, a rzeczy fundamentalne są jak uderzenie głową w słup. Autorka wystąpienia zadaje główne pytanie – o powody kryzysu państwa prawnego, ale odpowiada nie w kategoriach rozważań prawnych, a społecznych, politycznych, wręcz cywilizacyjnych. Szeroko i ryzykownie, lecz wypowiedzi są śmiałe i pewne. Dziwię się nieporównanie silniej niż za pierwszym razem. Ale oprócz mocnego zdziwienia, pojawia się coś dalece większego.

Oto kluczowy cytat: Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie – okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu – nadal ciąży nam jak kamień u szyi.

To wyjaśnienie, mające być fundamentem wyjaśnienia zła przez prezes Gersdorf, zszokowało mnie. Najgłębiej się z nim nie zgadzam i – by sprzeciw oddać możliwie łagodnie – nazwę słowami zagubienia i nierozumności. By sprawa była jasna: zszokowało mnie to, że słowa zostały wypowiedziane przez Małgorzatę Gersdorf jako osobę o takiej roli i pozycji oraz w takim miejscu i wobec Europejczyków. Znacznie mniej mnie zaskoczyło to, że w ogóle takie słowa wybrzmiały, ponieważ słychać je, od dawna, jako obowiązkowy i niedyskutowalny slogan. To taki kanon fałszywej mowy współczesnej Polski, po którym swój i słuszny rozpozna drugiego w tym samym gatunku. Oto pani Gersdorf, osoba co najmniej pięciu cnót w jednym – I prezes SN, sędzia, profesor, przedstawiciel wąskiej i światłej elity i przypisanej mądrości z powagą w jednym, o czasach najgłębszej demoralizacji i okrucieństwa, zaprzeczenia wszelkim zasadom europejskiego rozwoju, czyli czasach ostatecznego upadku Rzeczpospolitej i zaborach mówi z nadzwyczajną miękkością: długi cień, oraz oraz daje mocne, a fałszywe usprawiedliwienie: każdy naród ma takie mroczne zakamarki. Nieprawda – takie ma tylko Polska. Zaś gdy jej myśl ogarnia Polskę Ludową, z której wszyscy przeszliśmy do Polski wolności, rządów prawa i demokracji, przez nas, tych przychodniów zbudowanej, nie zaś anioły, to ma dla niej wyłącznie najniemiłościwsze słowa potępienia i żadnej wątpliwości: najbardziej rujnujące doświadczenie. Jak należy rozumieć – w całej historii Polski, owych sławetnych tysiącu i pięćdziesięciu lat! Co to za postać: profesor niemający żadnej wątpliwości? Bez żadnej wątpliwości zatem pani Gersdorf najbardziej rujnującym doświadczeniem nazywa i swoje urodzenie, życie, rozwój osobowy i karierę naukową. Jak i wielu milionów innych Polaków. Najbardziej rujnującym doświadczeniem było też dla niej odbudowanie z ruin Warszawy, do czego i polska, niepeerelowska ręka się przyłożyła, oraz zbudowanie całej powojennej materii, kultury i życia. Tego wielkiego zasobu firm i przedsiębiorstw, który był prywatyzowany i stał się podwaliną dzisiejszej Polski, tych wielkich państwowych spółek infrastrukturalnych – od portów morskich i lotniczych poczynając, przez rafinerie ropy, gazownie, elektrownie, elektrociepłownie, kopalnie węgla czy miedzi i ich systemy rurociągowej, wodnej, kolejowej czy samochodowej dystrybucji i zaopatrzenia całego kraju – bez czego nic nie działa a Polak żyje z piastowskiego szczęścia w kurnej chacie (Polak byle jaki, dodam, bo współczesna elita – cokolwiek słowo znaczy – żyje bogato: obsadziła te przedsiębiorstwa swojakami i z nich żyje bez racji innej niż nepotyzm i prywata. Nie od Kaczyńskiego bynajmniej się to zaczęło, choć tenże ma tu już najwybitniej złe zasługi, glosząc przy tym obłudnie, że nie dla pieniędzy idzie się w politykę). Aż po żłobki, szkoły, uniwersytety; kursy dokształcające, bursy, stołówki, ochronę zdrowia; wypoczynek, sport, kolonie i obozy – a wszystko bezpłatne, lub na symbolicznym poziomie. I emerytury dla każdego. Jaki rodzaj myślenia, rozumu, namysłu i poczucia etycznego trzeba mieć w sobie, by to wszystko nazywać – bez żadnej wątpliwości – najbardziej rujnującym doświadczeniem w całej historii Polski?

Jest też jeszcze inny aspekt przemówienia pani prezes Gersdorf w Karlsruhe, nie mniej ważny. Nazywając najbardziej rujnującym doświadczeniem Polskę Ludową, mówiła te słowa do Niemców. Do Niemców Willego Brandta, który w 1970 roku klęknął w Warszawie przed pomnikiem, przepraszając za krzywdy, za ludobójstwo Polaków, za zrujnowanie Warszawy i innych miast, zaś pani Gersdorf to co odbudowano nazywa największą ruiną. Mówiła też do Niemców kanclerza Helmuta Schmidta , równie jak Brandt Polsce Ludowej (sic!) życzliwego i kontynuującego dzieło budowania wzajemnie pozytywnych relacji i współpracy, upewniania Polski Ludowej w granicach na Odrze i Nysie przeciw tym Niemcom, którzy nieustannie zamierzali odebrać te granice Polsce. Z czym by Polska wtedy została? I wreszcie, po Helmuta Kohla, z którym już Tadeusz Mazowiecki serdecznie się ściskał, co jednak nie miałoby miejsca, gdyby nie – przeciwnie do tezy pani Gersdorf o ruinie – wcześniejszy wspólny dorobek obu państw i narodów. Z mocnej tezy pani prezes wynika więc i to, że Niemcy bratali się i kolaborowali z tą zbrodniczą Polską Ludową, współczyniąc z niej ruinę. Kolejny raz spalili Warszawę? Jakich odczuć u Niemców spodziewa się pani prezes po takim dictum? Jakiego zrozumienia, podzielania poglądów, pomocy i wciągania Polski do Europy, a przeciwstawiania się dzisiejszej rujnacji Polski?

Pani prezes Gersdorf zdaje się, że z takimi wyobrażeniami i czynami pomoże Polsce jasnej przeciw Polsce ciemnej. Nic z tego nie będzie: skutki jej słów i czynów są przeciwne fantazyjnym, choć dobrym intencjom. Swoimi słowami pełnymi skrajnego niepojmowania, choć pojąć może i ma obowiązek – jej członkostwo w elicie do tego zobowiązuje – umacnia poczucie „suwerena”, tego co się z Polski Ludowej wywodzi i niesie jej wyposażenie w sobie, że „elita” to pojęcie słusznie deprecjonujące, bo jej elitarni członkowie są zarozumiali i zwyczajnie głupi. Są szkodnikami, egotykami, zamkniętymi w swojej luksusowej kaście, nierozumiejący życia i pełni nierozumnej pogardy – trzeba więc z nimi walczyć i taką elitę rozpędzić. Zaś sędziowie i sądy to gniazdo żmij, nieuczciwości, przekupstwa, niesprawiedliwości wobec „zwykłych Polaków” . Tych co z PRL-u wyszli, tych których ojcowie oraz oni sami, budowali fabryki, drogi, porty, uniwersytety, odbudowali Warszawę i jej Zamek. Tych którzy się kształcili, odpoczywali w górskich czy nadmorskich zakładowych domach wczasowych, naprawiali zdrowie w komunistycznych szpitalach czy uzdrowiskach i małym fiatem odkrywali z radością Polskę – czyli jedną wielką ruinę, niegodną imienia Rzeczpospolitej, a w pełni godną pogardy. Kaczyński – którego tak zasadnie pani prezes potępia, tak samo zasadnie wygrał i tak zasadnie zamienia Polskę w ruinę. Ta zasadność opiera się na tym, co ma głowie pani Gersdorf i inni nosiciele jedynie słusznych, a tak nietrafnych ocen i wyobrażen. Pani prezes żyje fantazmatycznością wyobrażeń, podobną do tych, przez którą I Rzeczpospolita się rozpadła. Skoro mówi o długim cieniu, to owszem, takie rozumowanie pozostaje w długim cieniu polskiej choroby mentalnej – dawnej nienawistnej sprzeczności między panem – Polakiem, a pańszczyźnianym chamem, który Polakiem nie był. Skoro mówi o głębokich strukturach, które zawsze ulegają zmianie w długim cyklu, to owszem, mówi o głębokich strukturach psychicznych wśród Polaków, do dziś nie uwolnionych w pełni z konfliktu pana i plebana z chamem , który to pleban jest panem i dziś. Do dziś też zakleszczonym w sprzecznościach tożsamości: czy dawny niewolnik panszczyźniany, a poźniejszy czlonek dumnej klasy robotniczej to ciagle cham i zatruty zamordyzmem oraz bezpłatnością wszystkiego pomiot „komuny”, czy godny twórca Trzeciej – czyli czwartej – Rzeczpospolitej? Tępa tłuszcza to i żądna grabieży czern – jak mówił Sienkiewicz, czy dumny suweren panstwa polskiego? Nie PRL był źródłem konfliktu głębokich struktur , ale jego ofiarą i kontynuatorem na przetworzony sposób, bo to jest niezmienny mechanizm głębokiej psychologii. A jeśli miałby się zmienić, to musi się zacząć od spojrzenia w istotę konfliktu, pojęcia go i przyznania się do własnej roli w tym niegasnącym konflikcie. Jak werbalnie chce pani Gersdorf, choć temu następnie wewnętrznie zaprzecza – takie konflikty zawsze ulegają zmianie w długim cyklu. Niekoniecznie zawsze, celem zaś powinno być ich zdrowe wygaszenie, uwolnienie się wreszcie od tego polskiego przeklenstwa – tak osób jak i społeczeństwa. Nie zaś „zmiana”. Im więcej takich nieprzemyślanych, a potępiających fantazji jakie wygłasza autorka przemówienia, tym lepiej ma się Kaczyński i jego suweren. Tym żywiej dręczy polską wspólnotę ta zabójcza choroba. On bowiem, Kaczynski, jest tym cynicznym graczem, który perfekcyjnie analizujen słabości społeczenstwa i panstwa. Świetnie widzi te słabości i sprzeczności w mowie i myśli pani prezes, to fatalnie ulokowane potępienie, to podawanie w nieintencjonalną wątpliwość pewność wartości i obowiązki elity. Widzi, odbiera emocje, używa i rozgrywa. Pani prezes pyta o przyczyny kryzysu i sama sobie, odpowiedzi nie słysząc, odpowiada.
Pani prezes Gersdorf zdaje się już stawiać kropkę nad „i” nierozumienia istoty rzeczy także takimi słowami, w innym miejscu wypowiedzianymi: mam się przykuć do biurka? Odpowiada jej sędzia Tuleya: tego się po pani prezes spodziewaliśmy. Elita, jeśli nie jest konsumentem miłych rojeń o sobie a jest elitą, ponosi koszty nią bycia. Też i takie, gdy czas taki. Gdy elita nie pojmuje, wzgardza i się odwraca, zostają obywatele. Sami i bez złudzeń co do mniemanej elity.

Piszę te słowa ze smutkiem, z poczuciem, że kolejna osoba spośród tych, co do których należy mieć poważne spodziewania, co powinna być latarnią, wyłącznie pomocą, wsparciem i wzorem dla dobrych ludzi sprzeciwiających się złu, gubi się, w zły sposób myli miarę rzeczy, mimowolnie napędza współpracowników zła, zawodzi i rozczarowuje. Tym bardziej to martwi, że tak dobrze zaczęła – za co, wśród krytyki mam dla niej wielkie uznanie – gdy stojąc w drzwiach Sądu Najwyższego przypominała swoje przyrzeczenie na wierność konstytucji, jej wartości i procedur demokratycznych – którą jej zdrajcy i krzywoprzysięzcy nazywają konstytucją komunisty Kwaśniewskiego.

Nie byłbym jednak sobą, więc musiałbym zjeść snickersa i łyknąć pepsi, gdybym nie był przewrotny i nie był wyznawcą panów Przybory i Wasowskiego: przełom w Wilku Morskim może się zdarzyć. Pani prezes ma i potencjał i możność i wsparcie dobrych ludzi, by wrócić do dobrego początku i tak kontynuować. Czego jej życzę słowami z Klossa: a ja ciągle, ciągle nie tracę nadziei…

[1] [https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1757274,1,wystapienie-prezes-gersdorf-w-karlsruhe-polskie-panstwo-prawne-stracone-szanse.read ]

Tanaka

23.07.2018
poniedziałek

Bóg „dał rozum i wolną wolę” i poszedł

23 lipca 2018, poniedziałek,

Spotykają się na blogu ludzie, między którymi porozumienie bywa sporadyczne lub wcale nie bywa. Oczywistych przyczyn niebywania porozumienia jest 776. Rzucę lewym okiem na jedną: różnice w wyuczonej umiejętności myślenia. Myślenie to nabywana przez uczenie się i ćwiczenia umiejętność – jak wbijanie gwoździ czy podnoszenie ciężarów – a nie gotowy dar z nieba jednakowy dla wszystkich. Co wmawia Krk („Bóg dał rozum i wolną wolę”), ale nie tylko Krk – małpy same sobie wmawiają po przyswojeniu prostych umiejętności egzystencjalnych, że potrafią myśleć (potrafią tylko w obszarze prostych spraw egzystencjalnych – ale o tym nie wiedzą). Ilu powie szczerze: „Nie wiem, nie rozumiem, za gupi jezdem”? Z czegoś się wzięło przekonanie, że umiem myśleć nie gorzej niż myśliciel czy profesor. Choć żadne szkoły myślenia nie uczą w tym sensie, że nie jest to wyodrębniony przedmiot nauczania z określonymi celami i metodyką. Być może mniemanie, że się umie więcej niż się umie, wzięło się stąd, skąd w pięć minut po zdaniu egzaminu na prawo jazdy bierze się przekonanie smarka, że jest mistrzem kierownicy. Czyli szczegółowe mniemania biorą się z ogólnego mniemania o sobie. I z łatwości uogólniania: dwie moje koleżanki tak sądzą, więc i większość ludzi tak sądzi; mam 16 lat, poznałem pięć szczegółów życia, więc znam całe życie – i tak już do końca. Czytaj całość »

19.07.2018
czwartek

Mam mało pieniędzy, bo łożę na księży

19 lipca 2018, czwartek,

Większość tekstów (zarówno wstępniaków, jak i komentarzy) na Blogu Ateistów wskazuje na sprzeczności, nielogiczności czy wręcz kłamstwa zawarte w pismach i poczynaniach Kościoła katolickiego. Autorzy imponują przy tym niebywałą wiedzą, świadczącą o długiej drodze od chrztu do zrozumienia niezrozumiałego. Jest to typowe działanie hakerskie, jakie można zaobserwować w przypadku wszelkich idei czy systemów. Odnosi się ono zawsze do konkretnych rozwiązań szczegółowych. Na ogół efekt działania hakerów jest pozytywny dla systemu, bowiem wymusza jego ulepszanie, jednak niezwykle rzadko udaje się wykazać takie mankamenty, które doprowadzają do jego upadku. Obowiązuje przy tym zasada, że im system starszy, tym silniej opiera się zmianom. Czytaj całość »

13.07.2018
piątek

550… +. A bo co… ?

13 lipca 2018, piątek,

Czyli KONTRREWOLUCJI KACZYSTOWSKO-KOŚCIÓŁKOWEJ dzień 984 (13/07/2018)

„Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze…”
George Orwell.  Folwark Zwierzęcy

Potrójnie smutny jest ten dzień, ten 13 lipca 2018 roku.

Po pierwsze, rządzący Polską Jarosław Kaczyński zarządził świętowanie 550 rocznicy parlamentaryzmu polskiego. Zarządził świętowanie 550 rocznicy raptem 25 lat po tym, gdy w 1993 roku świętowaliśmy 500 rocznice… Stachanowiec Kaczyński w 25 lat wyrobił 200% normy i nadrobił zaległości, dzięki czemu możemy radośnie świętować 550 zamiast nędznych 525 lat parlamentaryzmu polskiego. Czytaj całość »

9.07.2018
poniedziałek

Ateizm dialektyczny

9 lipca 2018, poniedziałek,

Kiedy w latach 30. XIX w. filozofia niemiecka odwróciła się od kantowsko-heglowskiego idealizmu, niektórzy materialiści i ateiści wpadli w skrajność, którą Marks określił mianem materializmu topornego. Ów materializm wykluczał istnienie swoistych bytów duchowych i np. Molechotte uważał, że myśl ma się tak do mózgu, jak żółć do wątroby, a mocz do nerek. Ten redukcjonizm drażnił Marksa. Uważał, że ośmiesza on materializm, sprowadzając myślenie do fizjologii, fizjologię do chemii, chemię do zjawisk czysto fizycznych. Dla dialektycznego materialisty Marksa było oczywiste, że owo materialne podłoże jest niezbędne dla zaistnienia owych bytów duchowych, ale prymitywne utożsamianie myśli, życia duchowego z żółcią czy moczem uważał za zwykły obskurantyzm. Dziś moglibyśmy posłużyć się pojęciami software i hardware.
Czytaj całość »