Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

17.07.2017
poniedziałek

Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. To masz i patrz

17 lipca 2017, poniedziałek,

UFO JEST. Co widać na obrazku. Każdy widzi, jak jest. [Ale to nie koniec widzeń]

Fot. Tanaka

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – powiedział Jezus uczniom. Tak mówią, że powiedział. Jak już tak mówimy co powiedział Jezus, powiedzmy całą prawdę: Jezus powiedział to na okoliczność wątpiącego ucznia swego, Tomasza. Tomasz jakoś nie bardzo był przekonany, że Jezus to Jezus. Przecież został ukrzyżowany, osiem dni wcześniej, znaczy się nieżywy, już go nie ma, nul, a tu co – znowu Jezus? Semper vivus, in vino veritas i tak dalej? Jezus, który wtedy strasznie dużo mówił, a przez ostatnie 2 tysiące lat ani słowem się już nie odezwał, rzekł Tomaszowi w te słowa: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.

Tu się człowiekowi poczciwemu zaraz portki trząść zaczynają na straszne podejrzenie: Jezus nie wiedział, co mówi! Jak ktoś się dowiaduje jak jest, przestaje wierzyć. Nie da się wiedzieć i wierzyć w to, co się wie. Wiedza znosi wiarę: wiem, że Jezus ma dziurę w boku, wiem, że Jezus to Jezus, a ponieważ Jezus, to JEST Jezus. A nie, że „Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami”. Całe wyznanie wiary na nic. A co to by było – „wyznanie wiedzy”? Jak to co? – każda klasówka jest wyznaniem wiedzy. Oraz areszt wydobywczy.

Jezus nie odróżniał wiary od wiedzy, a niewierny Tomasz ma błędnego nicka: nie zdecydował się wsadzić ręki do dziurawego boku Jezusa, wybrał wiarę, a nie wiedzę. Czuł bowiem, że jak się dowie, zniszczy w sobie wiarę: wiem, że dwa razy dwa jest cztery. Nie mogę wierzyć, że dwa razy dwa jest cztery, a nawet nie mogę wtedy wierzyć, że dwa razy dwa jest sześćdziesiąt dziewięć. Oprócz tego, że sześćdziesiąt dziewięć jest grzeszne, o czym poucza każdy ksiądz na naukach przedmałżeńskich. Jemu wierzymy.

Z drugiej strony – Jezus tak Tomasza zachęcał, żeby go zniechęcić, a Tomasz lękał się wiedzy i był konformistą: skoro inni apostołowie wolą nie wiedzieć, to co ja się będę wychylał? Tomasz w ten sposób uratował Jezusa i całe chrześcijaństwo: bój się wiedzy, ciesz się wiarą i niewiedzą.

To stara sztuczka pacząca rozumy: weź i sprawdź, ale jak się do sprawdzania weźmiesz, okażesz się nędznym typem małej wiary i kandydatem na zdrajcę. Zostaniesz potępiony przez społeczność już wcześniej należycie na rozumie i woli spaczoną, będziesz czarną owcą. Działa to i dziś, z doskonałym skutkiem: od siedmiu już ponad lat co miesiąc zbliżamy się do Ostatecznej Prawdy i ciągle droga przed nami. Dojść się nie da, ale wiara w dojście brana jest za dojścia dowód. „Pan Jeeezus już się zbliża, już pukaaa do mych drzwi, pobiegnę gooo przywitać, z radości serce drżyyyyyyyy…!” – śpiewa każde przedkomunijne dziecię i przedpogrzebowe – też dziecię. Jezus się nieustająco zbliża, a dziecię nieustająco pobiegnie. Wszystko to przyszłość. Tuż-tuż, ale jeszcze nie teraz. Wiara w wiarę jest mylona z wiarą: „Boże, choć cię nie pojmuję, jednak nad wszystko miłuję” – to najwyższego rzutu wyznanie, które jest wewnętrznie puste: miłować absolutnie coś, co jest absolutnie niepojmowalne. Nie da się wierzyć wprost, można natomiast wierzyć w wiarę i nieustannie o tym gadać. Jezus się w ogóle nie odzywa, więc nieustannie gadają biskupi, wszystko zagadując. Kto siedzi cicho, sam sobie szkodzi, dlatego z Jezusem wygrywa Święty Ojciec Święty. Ale i on się przestał już odzywać, więc wygrywa z nim jeszcze świętszy, który się do Prawdy już całkiem zbliżył. A reszcie – ubliżył. Taka świętość.

Wyznawcy tak mają: niby wierzą i nic więcej im nie trzeba, ale ciągle muszą sobie produkować dowody na to, w co wierzą. Nie potrafią wierzyć w Jezusa bez krzyżyka i portretu, na którym widać, że to elegancki, przystojny i błękitnooki blond celebryta. Niby w jego ojca wierzą, ale żeby wierzyć muszą czytać, że się przechadzał po raju, że machał rączką, że osobiście ciskał głazami rozkwaszając na miazgę tego i owego, a najwięcej – dzieci, które są milusińskie, nasze i które wszystkie bardzo kochamy. Co się poznaje po każdym biskupie i jego Chazanie: dziecko poczęte i tak dalej – nie oddamy ani guzika.

Że co, że wyznawcy Allaha nie muszą mieć ani obrazków ani dowodów? Wolne żarty: obfitość tekstów i inskrypcji pisanych wielkimi, ozdobnymi i rozmalowanymi literami, śpiewy pięć razy na dzień, przepych świątyń, pałaców, ogrodów, dywanów i urządzeń wszelakich; wielkie i małe zwycięstwa nad niewiernymi – to dowody na istnienie rzeczonego. Każdy islamista-terrorysta, odpalając RPG-7 w kierunku niewiernego czołgu, śmigłowca albo kobiety z dzieckiem głośno wrzeszczy: Allah akbar! Ma dowód, jak nasi: Pan Bóg kule nosi!

To jest bardzo ciekawe: w Fatimie, roku pamiętnego – i wybitnie sejmowego – 1917, Słońce fikało na niebie koziołki, odstawiało esy-floresy i salto mortale. Widziało to ze 100 tysięcy ludzi. Czyli wiedzieli jak jest: Matka Boża jest, Jezus jest i Ojciec jest – dowód na istnienie bezpardonowy. Ponieważ Pan Bóg kule nosi, to nie doniósł żadnego aparatu fotograficznego – mimo że Maryja zapowiedziała przedstawienie z solidnym wyprzedzeniem, ani kamery, które już wtedy obficie pokazywały świat i jaki on jest. Pierwsza wojna światowa była pierwszym takim wielkim wydarzeniem w dziejach obficie na zdjęciach i filmie zarejestrowanym. Ale nie Maryja i jej fikające słoneczko. Z tą samą Maryją w 1920 roku było tak samo: fruwała i przerażała, a tysiące siedziały i patrzyły na to przedstawienie. Wiemy jak było, bo tak mówią. Ale nie wiemy, jak było, bo nie ma zdjęcia, a każdy porządny prawnik wie, że najtrudniejszy jest dowód ze świadka. Od dzisiaj wszyscy prawnicy są porządni, pozostali siedzą. W każdym razie nie tam, gdzie siedzieli dotąd.

Teraz każdy robi sobie słitfocie i od razu wiadomo: Jezus on, czy szatan. Istnienie smartfonów psuje każdy dobrze zaplanowany cud, co znaczy, że smartfon to kultura śmierci. Chyba że używa go biskup. Cudowne będzie to, że jak się jaki cud znowu zdarzy, to nie będzie przy tym żadnego smartfonu biskupa, fotoreportera parafialnego, ani nawet Paris Hilton. Będą się zbliżać, ale niewystarczająco. Ale głód dowodu zostanie zaspokojony: ksiądz przyniesie, po kolędzie, śliczny i adekwatny obrazek.

Żeby, w tej trudnej sytuacji, poinformować PT Publiczność Światową, jak JEST, dowód na istnienie UFO powyżej się przedstawia. Ale zaraz, jakie UFO? Patrzysz i widzisz jak jest: to nie żadne tam, panie, UFO, ale Najwyższy, we własnej osobie, wisi i świeci niczym odpowiednia żarówka. Jest dowód, nie do obalenia!

Tanaka

14.07.2017
piątek

Czym się zajmuje francuski góral w Alpach?

14 lipca 2017, piątek,

Ulotka, którą mi podsunął góral w swoim chalet: JAK ODNALEŹĆ SENS POLITYKI W ZMIENIAJĄCYM SIĘ ŚWIECIE? Pytanie o sens życia

Od 50 lat kwestia sensu zaczęła powoli znikać z politycznej debaty. Polityka staje się po prostu zwykłym administrowaniem, i w coraz szerszym zakresie raczej gwarantuje interesy jednostkowe, jest bardziej obrońcą indywidualnych i osobistych praw niż inspiracją dla tworzenia wspólnotowych projektów. Wzrastające bogactwo materialne społeczeństwa konsumpcyjnego przyczyniło się do odsunięcia na drugi plan kwestii sensu. Jednak ideał konsumpcji, osiągania zysku, produktywności, otwartych przez cały tydzień marketów, nie zaspokaja najgłębszych aspiracji człowieka, którymi są realizowanie się jako osoby w łonie solidarnej wspólnoty. Do tego dochodzą ważne ewolucyjne czynniki, które określają nasz stosunek do politycznej wspólnoty. Nowoczesność prowadzi do stopniowego wyłaniania się nowego sposobu bycia, takiego, że każdy stwarza sam dla siebie własną wizję sensu, niezależną od tradycyjnych autorytetów, które wcześniej dostarczały wskazówek i pokazywały kierunki. Czytaj całość »

10.07.2017
poniedziałek

O, kominiarz, złapię za guzik! 50 złotych się należy

10 lipca 2017, poniedziałek,

W kabarecie „Dudek” jest taki świetny skecz – w „Dudku” wszystkie były świetne – o kominiarzu: do lokatora (Dziewoński) przychodzi kominiarz (Gołas) i składa mu życzenia noworoczne. W maju. Lokator zdziwiony takim opóźnieniem, ale kominiarz ma wyjaśnienie: ulica długa i ma dużo numerów. Znowu składa życzenia, lokator odpowiada, rączki sobie ściskają, gospodarz zadowolony, kominiarz oświadcza: pięć dych się należy. Za co? – wykrzykuje zaskoczony lokator. Za życzenia! Ale ja panu też złożyłem! Ale pan nie jest kominiarz! Zobaczysz pan, sprawdzi się panu. Lokator, z pewną niechęcią, która jednak przegrywa z nadzieją na sprawdzenie się życzeń kominiarza, wręcza mu pieniądze. Kominiarz zdradza lokatorowi resztę formuły szczęścia: patrzysz pan na kominiarza, łapiesz się za guzik, myślisz pan sobie coś po cichu, patrzysz się pan na faceta w okularach, musi się sprawdzić, siły nie ma! A gdzie ja teraz znajdę faceta w okularach? Pyta zaskoczony lokator. Zza pleców kominiarza natychmiast wysuwa się facet w okularach (Kobuszewski). Lokator spojrzał. Już? – upewnia się facet w okularach? Już, potwierdza lokator. Należy się pięć dych! – oświadcza okularnik. Za co??? Za popatrzenie! Czytaj całość »

7.07.2017
piątek

Sąd Ostateczny (i koniec ostateczny prozy w częściach)

7 lipca 2017, piątek,

Na ławie świadków zasiada Caryca K. Jest to urodziwa kobieta, o nadobnych kształtach, jej głowę zdobi biała jak śnieg peruka. Po zaprzysiężeniu i obietnicy, że świadek będzie mówiła prawdę i tylko prawdę, pierwszy zadaje pytanie mecenas Archie.

– Czy świadek zna obecnego tu na sali Marka S. i czy go rozpoznaje?

– Nie znam, więc nie rozpoznaję.

– A czy świadek wie, że Marek S. dopytywał się o świadka i jej powiązania z mafią trójmiejską? Czy świadek zdaje sobie sprawę, że takie oskarżenie może spowodować dla świadka przykre konsekwencje. Więc proszę odpowiedzieć: miała świadek jakieś powiązania z mafią trójmiasta czy nie? Proszę krótko, tak lub nie.

– Protestuję – przerywa mecenas Belzebub – ani świadek Marek S. nie zna świadka Carycy K., ani świadek caryca K. świadka Marka S. Jest więc oczywiste, że oskarżyciel próbuje skonstruować karkołomny sylogizm, mający taką pierwszą przesłankę, że skoro świadkowie się znali, a przecież świadek Caryca K. zmarła dużo wcześniej, przed odejściem w zaświaty obecnego tu na sali nieboszczyka Marka S., miałoby to implikować, jakoby mój klient Jarosław K. wiedział coś o tej znajomości i nic nie zrobił, aby jej zapobiec. Wysoki Sądzie Ostateczny, czy zadawanie takich pytań nie świadczy o, mówiąc delikatnie, pewnych mankamentach w zakresie podstaw etyki zawodowej mojego szanownego kolegi? Zresztą z tym pytaniem zwracam się bezpośrednio do mecenasa Archie.

Sędzia Jehova D. Lord z grymasem irytacji wzywa obu prawników, by się zbliżyli do stołu. Trzy twarze się stykają.

– Muszę was poinformować, panowie, że wprawdzie dysponujemy pewną ilością czasu, nie mniej jednak pragnąłbym, aby ten proces trwał nie dłużej niż kilka tysięcy lat. Zwracam wam więc uwagę, że przed nami jeszcze przesłuchanie paru tysięcy świadków. Darujcie więc sobie panowie całą sofistykę i krasomówstwo. Mecenasie Belzebub, do pana mam kilka słów na osobności. Oczywiście pan i pana klient macie prawo wyboru taktyki. Nie sądzę jednak, aby wybór obrony z pozycji niewinny należał do najzręczniejszych i najszczęśliwszych. Skoro jednak Wysoki Sąd Ostateczny udzielił obronie prawa do wolnej woli… to proszę bardzo. Ale muszę z naciskiem zaznaczyć, że oskarżony wcale nie znalazł się przypadkiem na ławie oskarżonych. Pan, panie mecenasie usiłuje podważać fakty, a fakty są takie, że w Janowie już nie ma koni, w Puszczy Białowieskiej to nie korniki, ale niejaki Szyszko niszczy drzewa, nie mówiąc o armii, którą Antoni M. goni po jeszcze nie wyciętych lasach. I czy mógłby pan wyjaśnić co miał na myśli Jarosław K. głosząc z drabinki, że białe róże są symbolem nienawiści i głupoty?

– Niech to wytłumaczy sam Jarosław K.

Ten się lekko uśmiecha i skrzeczącym głosem woła: – Cała Polska z was się śmieje!

– …komuniści i złodzieje – dochodzi z sali dla aresztantów głos Joachima B. Wysoki Sąd Ostateczny nakazuje wysłać Joachima B. do kotła, w którym już przebywa Krystyna P.

– Wysoki Sądzie – podejmuje mec. Gabriel, przechadzając się przed ławą przysięgłych – zeznania złożone przez świadków obrony niczego nie wnoszą, co w istotny sposób mogłoby zmienić ocenę rozmiarów przestępstwa popełnionego przez Jarosława K. i jego podwładnych. Przecież bronią go wspólnicy jego przestępstw, ci, na których opierał swój perwersyjny, demoralizujący system, oparty na obietnicy lepszego jutra za 500 złotych. W imię ideologicznych mrzonek oskarżony byłby nawet w stanie obiecać zniesienie prawa grawitacji z nadzieją na latanie (tu uśmiechając się głaska swoje skrzydełka). Nie znajduję żadnych okoliczności łagodzących, które choć częściowo usprawiedliwiałyby czyny oskarżonego. W związku z powyższym domagam się dla oskarżonego Jarosława K. najwyższego wymiaru kary – kończy i wraca na miejsce.

Mec. Belzebub powoli wstaje, chwilę przechadza się w milczeniu, po czym z udanym ożywieniem rozpoczyna:

– Kary? Jakiej kary? Przecież oskarżony Jarosław K. już nie żyje! Więc w jaki sposób miałoby się wobec niego stosować karę najwyższą? Czyżby mój szanowny kolega pragnął sięgnąć do dawnych, już raczej anachronicznych sankcji, takich jak smażenie w smole, hiszpański but, koło do łamania, żelazną dziewicę, obcowanie z ohydnymi stworami, zmuszanie do jedzenia pająków, węży, robaków, a może mąk Tantala? A jeśli, to pytam: jaki związek istniałby między tymi „karami” a czynami, których autorstwo przypisuje się mojemu klientowi. Czemu miałyby one służyć? Chyba tylko zaspokojeniu niskiej żądzy zemsty. Oskarżony Jarosław K. nawet by nie rozumiał tego, za co skazuje się go na owe piekielne męki. Czy wolno karać kogokolwiek bez wyjaśnienia powodów zadawanej kary? I to tak, aby karany do głębi pojął jej sens? I dlatego obrona wnioskuje, aby obecny tu na sali Jarosław K. został uniewinniony.

– Protestuję! – mec. Gabriel zrywa się z miejsca – mecenas Belzebub odwraca kolejność rzeczy, sugerując, że przestępcy należy najpierw unaocznić rozmiar zbrodni, aby go dopiero potem ukarać. A przecież to kara jest narzędziem, której głównym zadaniem jest unaocznienie przestępcy rozmiarów jego przestępstwa. W więzieniu przestępca ma czas na zastanowienie się nad popełnionymi przez niego czynami; jest to czas, który pozwala rozwinąć się jego sumieniu, gdyż dopiero wyrzuty sumienia stanowią adekwatną karę i jedynie one dają szansę na poprawę i ewentualne zadośćuczynienie w stosunku do ofiar przestępstwa.

– Nie wiem, jak to sobie kol. Gabriel wyobraża. Żąda on niemożliwości. Chce, aby u mojego klienta rozwinęła się ta rzecz… to jak on nazywa… sumienie, którego mój klient nigdy nie posiadł w najmniejszym stopniu. Czy komuś, kto nigdy nie miał słuchu, można przy pomocy jakichś kar czy sankcji „rozwinąć” muzykalność?

– W takim razie – przerywa oskarżyciel Gabriel, zwracając się do Jehova D. Lorda – żądam, aby ów brak uzupełnić, wyposażyć Jarosława K. w sumienie, w umiejętność rozróżniania dobra od zła, poczucie grzechu i tak wyposażonego jeszcze raz skonfrontować z popełnianymi przez niego zbrodniami.

– Protestuję! Czy wolno karać kogokolwiek za czyny popełnione przez kogoś innego? Przecież mój klient wyposażony w sumienie nie będzie już tym samym człowiekiem, będzie kimś, kto nigdy nie byłby w stanie popełnić tych wszystkich przypisywanych mu przez mojego szanownego kolegę przestępstw. Byłoby to po prostu zwykłym znęcaniem się nad biednym, niewinnym człowiekiem.

Po za tym, o ile wiem cokolwiek na temat sumienia, zakładam, że występuje ono u poszczególnych ludzi w różnym natężeniu, a skala tego natężenia, jeśli się nie mylę, jeszcze nie opracowano. Jaką „dawkę” sumienia pragnąłby kolega zaaplikować mojemu klientowi, założywszy, że obecnie jego sumienie oscyluje wokół zera w skali Gabriela? Jakie natężenie sumienia – że się tak wyrażę – satysfakcjonowałoby mojego kolegę. Może maksymalne „10”!?. No cóż, przypuszczam, że przy takim obciążeniu, mój klient spaliłby się ze wstydu, może nawet zwariował, jak jego podwładny Antoni M. Jaką miałby z tego satysfakcję mec. Gabriel? Chyba że właśnie chodzi mu o to, by mój klient, dotychczas przy zdrowych zmysłach, oszalał. Wysoki Sądzie Ostateczny, proponuję, aby traktować mojego klienta tak, jak się traktuje klęski żywiołowe, a zniszczenia, jakie zostawił po sobie, jako konsekwencje tej klęski Czy Wysoki Sąd Ostateczny zamierzałby również wyposażać te klęski żywiołowe jak pożar, powódź, huragan w sumienie? Absurd, proszę Wysokiego Sądu Ostatecznego. Jeśli ktoś tu jest winny, to na pewno nie trzęsienie ziemi, ale ten, kto je spowodował albo do niego dopuścił. Kto dopuścił do tego, że mój klient miał nieszczęśliwe dzieciństwo?

Na ekranie pojawia się scena, jak mały Jacek z Plackiem kradną Księżyc.

– Że tak go uformowała rodzina, szkoła, mały wzrost, skrzekliwy głos, malutkie oczka? – kontynuuje obrońca. – Skąd miał wiedzieć, że nie należy być złośliwym, nie obrażać koleżanek i kolegów, nie pluć na nich, szanować ludzi, którzy maja inne zdanie. No kto – pytam – kto jest winny?! – zadaje to pytanie Belzebub, patrząc wymownie na Jehovę D. Lorda.

Jehov D. Lord jest wyraźnie zmieszany. Salę ogarnia zamęt. Przysięgli coś sobie szepczą, patrząc z zaciekawieniem na Jehovę. – Protestuję! – ostatni raz woła mec. Gabriel jakimś takim słabym głosem, a Jehov D. Lord wstaje i ogłasza:

– Zawieszam rozprawę do następnego bliżej nieokreślonego terminu. Przysięgli są proszeni o powrót do sali obrad i czekanie na decyzję Wysokiego Sądu Ostatecznego.

W tym czasie na Ziemi minęło 10 tysięcy lat.

Lewy

3.07.2017
poniedziałek

Kochajcie Trumpa: wiezie Dudzie brudne wiano

3 lipca 2017, poniedziałek,

Donald Trump wycofał się z porozumienia paryskiego w sprawie klimatu. Bo on jest odpowiedzialny człowiek: chroni Amerykę, co znowu będzie wielka – czyli wstaje z kolan, chroni firmy i Amerykanina, co się nazywa taxpayer. Nie będzie Paris Accord bruździć Ameryce. Jak nie będzie, jak będzie: Ameryka nie uchroni się przed zmianą klimatu i jej skutkami, choć będzie je spychać na innych. USA, jako ciągle największa gospodarka świata, produkują najwięcej śmieci i gazów cieplarnianych zaraz po Chinach. Przy czym Chiny są głównym trucicielem dlatego, że świat z Chin importuje to, czego nie chce lub nie może robić u siebie, w ten sposób każdy importer ma swój udział w zanieczyszczeniach tam wytwarzanych, a niewinność jest pozorna. Czytaj całość »

29.06.2017
czwartek

Lustereczko, powiedz przecie, czy ciągle jesteśmy najszlachetniejsi na świecie?

29 czerwca 2017, czwartek,

Ponad 40 lat temu w Studio Morra w Neapolu wybitna performerka Marina Abramović ułożyła na stole 72 przedmioty i oddała siebie we władanie publiczności. Chętni mieli sięgnąć po przedmiot ze stołu i użyć go na ciele Mariny w dowolny sposób. Przedmioty nie były dobrane przypadkowo – można było nimi sprawić przyjemność lub ból. Początkowo ludzie podchodzili nieśmiało do zadania. A to ktoś polał miodem, inny połaskotał. Z biegiem czasu poczynania publiczności były coraz bardziej brutalne. Marinie pocięto ubranie, włosy, wbijano jej kolce róży w brzuch. Przecięto jej skórę na szyi i zlizywano krew. Między nogi włożono jakiś drewniany przedmiot. Performance został zakończony w chwili, gdy ktoś przyłożył artystce do skroni naładowany pistolet. Eksperyment Mariny udowodnił, że w sprzyjających okolicznościach każdy może stać się sadystą. Czytaj całość »

29.06.2017
czwartek

SĄD OSTATECZNY (w częściach prozą, II)

29 czerwca 2017, czwartek,

Odprowadzany triumfalnym spojrzeniem Gabriela, Luc D. Belzebub wraca na swoje miejsce.

– Czy świadek zauważyła, że oskarżony Jarosław K. podzielił Polaków na dwa sorty, że temu, jak to się wyraził, drugiemu sortowi, nie przyznawał prawa do bycia prawdziwym Polakiem, kiedy to wykrzykiwał z drabinki „Cała Polska z was się śmieje!”?

– Komuniści i złodzieje! – rozległ się donośny krzyk powołanego na świadka obrony Joachima B.

– Sąd Ostateczny nakazuje świadkowi Joachimowi B. natychmiastowe opuszczenie sali i skazuje go na grzywnę. Świadek zostanie w odpowiednim czasie wezwany na przesłuchanie.

– Joachim, nie przejmuj się! – to inny świadek obrony Krystyna P., zajęta spożywaniem sałatki śledziowej, ujęła się za swym kolegą – ten czarny koleś nie ma żadnej legitymacji do wydawania wyroków i karania świadków. Jego togą mogę se, wiesz co, podetrzeć? Czytaj całość »

26.06.2017
poniedziałek

Sąd Ostateczny (w częściach prozą)

26 czerwca 2017, poniedziałek,

Wystrój jak w amerykańskiej sali sądowej. Oskarżony – niewysoki Jarosław K. – obok niego szepcze mu coś do ucha jego adwokat, mecenas Luc D. Belzebub, elegancki brunet, którego wyróżniają wypielęgnowane rogi i starannie wyczesany ogon. Oskarżycielem jest przystojny blondyn, twarz uduchowiona, wyróżniają go małe skrzydełka, które sterczą ponad ramionami. Nazywa się Archi Gabriel. Pochylony, uważnie studiuje jakieś papiery. Na sali zgiełk, grupki ludzi rozsiane po całej sali przyglądają się sobie nieufnie, podniecenie narasta. Czytaj całość »

22.06.2017
czwartek

Dlaczego nie możemy przyjąć uchodźców. Twarde dowody historyczne

22 czerwca 2017, czwartek,

Jak wiadomo, Historia magistra vitae est. Tak jest. Tak oświadczył Cyceron. I tego się trzymamy, a dowodem nasza 1050-letnia historia chrześcijańska. Nikt tak nie ma, a my mamy. I biskupów też mamy i mnóstwo broszek w jednej klapie, czyli pełną klapę. Co jest wersją powiedzenia: mieć pełne gacie. Czytaj całość »

19.06.2017
poniedziałek

Dlaczego dzieci bywają okrutne

19 czerwca 2017, poniedziałek,

Przerzucanie się mądrościami na temat: wrodzona dobroć vs wrodzona wredność dziecka, co ostatnio mogliśmy obserwować w kilku blogowych wpisach, świadczy o nieznajomości problemu, jakim jest rozwój człowieka w najwcześniejszych latach – zarówno przed, jak i po urodzeniu. „Dzieci z natury nie są okrutne” – napisał internauta Qba 12 czerwca o godz. 18.51. – „Tak, jak młode wszystkich gatunków, tak i ludzkie młode trenują od szczeniaka dorosłe życie. To rodzice i otoczenie przekazują dzieciom okrutność psychiczną. I to jest do dupy”. Sprzeciwił się temu internauta act, który 13 czerwca o godz. 4:22 poinformował: „Mnie te niewinne istoty ustawiły tak w życiu, że do dziś nie mogę rozwiązać moich wczesnych (i teraźniejszych) dylematów. Piekło to inni – mawiał Sartre. Piekło to dzieci – mówię ja”. Czytaj całość »