Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

24.02.2017
piątek

Polityka dla mas

24 lutego 2017, piątek,

…czyli nas. Cytat niedokładny, ale w ten deseń:

żeby zrobić jubileusz,
bierze się starego pryka,
sadza się go na fotelu
i siarczyście się go tyka:
– jubilatem, jubilacie…

60 lat dla pisma to nie w kij dmuchał. W wielu domach „Polityka” była i jest obecna – może i ciekawie będzie wspomnieć sobie to i owo – czym jest dla nas, czytelników. Dla kogo to, Szanowne Państwo Redaktorstwo, robicie.

 

Tanaka:

Początki z „Polityką” pamiętam dzięki „Forum”, które zacząłem czytać chyba jeszcze przed samą „Polityką” mając lat – plus-minus – 10 albo 11. Ciekawość świata, zaspokajana dzięki „Forum” przywiodła mnie do „Polityki”, która za pierwszy horyzont miała sprawy w Polsce. Ciekawość świata złożyła się w jedno z ciekawością bliższego otoczenia. Oba tytuły kupował tato, a jak czasem nie zdążył kupić, z frajdą biegłem do kiosku. Wspomnienie o tygodnikach jest zarazem wspomnieniem o tacie. Tą samą ciekawość świata oraz ciągłość w czytaniu sam, otrzymawszy wzór, przekazałem następnemu pokoleniu.

Był jeszcze trzeci tygodnik – „Przekrój”, choć kupowany bez pełnej konsekwencji.

Mam takie pierwsze wspomnienie z czasów przedszkolnych: siedzę, półgoły, i jestem badany przez panią doktor, lekarkę mieszkającą po sąsiedzku, w jej mieszkaniu. Na okoliczność, której nie pamiętam. Różyczka? Głupio mi i zimno. Nagle małe odkrycie: na stoliku obok leży „profesor Filutek”, a zza niego wystaje rysunek Kobylińskiego. Przestało być głupio, a może i zimno, zrobiło się ciekawie.

Z czasem odkrywałem te tytuły także w innych domach, zwykle przy okazji podwórkowo-koleżeńskich odwiedzin. Trochę później zaświtała mi w głowie taka myśl: stąd się brała powojenna polska inteligencja oraz z tej inteligencji brały się te tytuły. Jest to konstrukcja dosyć złożona, z której do dzisiaj nie mogę się wyplątać. Pewnie, dlatego że mało się staram.

 

Nefer:

Pamiętam te wielkie płachty, które ojciec otwierał po obiedzie, z papierosem w ręku – wtedy jeszcze palił. Zauważałam, że środek był nie wiadomo dlaczego różowy (tak mi się coś majaczy). Ojciec i różowa gazeta. Nuda. Mały druk, nie ma obrazków. Tusz brudzi palce. I wielkie to takie, ojca zza tego nie widać. No, przepraszam, obrazki były, Kobyliński, to pamiętam. Później już go wypatrywałam i bywało, że nawet zrozumiałam to i owo, na przykład dwóch ludzików przed tunelem, z którego wyjechał czołg. Mówili coś o światełku.

Teraz sama sięgnęłam, już ponad 10 lat temu – jednak ojciec miał rację. Czytam cyfrową, tak łatwiej. „Politykę” zaczynam od polityki, potem felietony, kultura, o gospodarce czy społecznych dramatach rzadko. Co mi daje? Mogę dyskutować na różne tematy. W blogi też wsiąknęłam, chyba mają magiczną moc przyciągania – musi nad wejściem do nich pisze „porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie” albo, w skrócie, „stąd nie wyjdziesz”.

Krótko, „Polityka” jest częścią mojego życia, informacją, odpoczynkiem, ciekawością świata.

 

anumlik:

Jako dziecko nieczytające, słuchałem namiętnie radia, jako dziecko słabo czytające czytałem bajki i opowiastki z życia pionierów na obozach Arteku, ale radia słuchałem równie namiętnie, a moją ulubioną audycją radiową był „Teatr Eterek”, z profesorem Pęduszko, wdową Eufemią i Mundziem. O tym, że Eufemię grała Irena Kwiatkowska dowiedziałem się wiele lat później, podobnie jak o tym, że Mundzia grał Tadeusz Fijewski. Namiętna miłość do „Teatru Eterek” przeszła później w miłość do „Kabaretu Starszych Panów”, stworzonego przez twórców radiowego „Eterka” Jeremiego Przyborę i Jerzego Wasowskiego.

Miłość do tekstów satyrycznych z tzw. podtekstami oraz absurdalnych bez podtekstów, objawiła się w okresie płynnego czytania i ulokowana została na ostatniej stronie „Przekroju”. To był ten sam rodzaj humoru, który anumlik umiłował i któremu jest wierny do dziś. „Przekrój” towarzyszył mi nie tylko z racji ostatniej strony przez lata. Stopniowo jednak do „Przekroju” dołączały inne tygodniki, z których „Polityka” stawała się pismem numer jeden. Później – a to później trwa do dziś – to nie „Polityka” uzupełniała „Przekrój”, ale „Przekrój” „Politykę”. Podobnie jak – z roku na rok, sekwencyjnie – „Politykę” uzupełniało „Forum”, „Życie Literackie” czy „Twórczość”. W latach osiemdziesiątych „Polityka” uzupełniała „Tygodnik Powszechny”, który stał się pismem numer jeden, w nowej zaś szacie i pod nową redakcją „Polityka” na powrót stała się tym pismem, które uzupełniane są innymi. Takimi tam „Newsweekami” czy „Wprostami”.

Dziś „Polityka” nie ma papierowej konkurencji i sama sobie jest zjawiskiem w prasie polskiej niemającym konkurencji. Konkurencją stały się portale, ale – jak dotąd – są one tylko uzupełnieniem portalu Polityka.pl.

 

Konstancja:

„Politykę” czytał mój dziadek; pamiętam czerwone lekko pochylone drukowane litery tytułu i dziadka przemieszczającego płachty wielkiej gazety, bo nie wolno było przecinać – gazeta po dwóch dniach wracała do kiosku i do innego czytelnika. Nie była dla mnie, brzdąca, ciekawa, bo tylko teksty, teksty, a gdzieniegdzie rysunek, zdjęcie nic mi niemówiące. Sięgnęłam po nią w roku 1970, tuż po wypadkach w Gdańsku. Nie znalazłam tam nic ciekawego na ten temat, ale coś mnie w niej coraz częściej interesowało.

Potem była przerwa… dość długa.

Dziadek zmarł, a ja nie kontynuowałam kupowania gazety według zasady narzuconej przez kioskarza, bo nie miałam tyle czasu, żeby w dwa dni przeczytać.

W domach narzeczonych in spe wyszukiwałam tytułów różnych gazet; „Politykę” czytało dwóch kandydatów na teściów. Czytałam „Politykę” w domu rodziców męża, na imprezach rozmawiało się pt. co tam panie w polityce?; dyskutowałam na tematy przeczytane w tygodniku; Tata bardzo cierpliwie objaśniał, tłumaczył.

Lata 90. zaznaczyły się tak wieloma zmianami w naszym życiu, w polityce, która coraz bardziej nas dotykała – tygodnik stał się niezbędny. Już w nowej szacie graficznej, w mniejszym formacie, bardziej poręczny do czytania w pociągu, w tramwaju nawet.

Tak zostało do dziś – wciąż jeszcze w wersji papierowej, w teczce w kiosku, ale coraz śmielej zaglądam na propozycję prenumeraty cyfrowej. I to będzie następny etap mojego tygodnia z „Polityką”.

 

Lewy:
Ja zawsze lekturę „Polityki” zaczynałem od felietonu Michała Radgowskiego. Cudowną ironią, przewrotnym humorem wyróżniał się pośród wybitnych kolegów. Podobał mi się też Bywalec, który w stanie wojennym chciał Amerykanom wysyłać koce dla bezdomnych*. No i taka moja mała przygoda z „Polityką”. Kiedy już napatrzyłem się na opóźnienie cywilizacyjne wsi kieleckiej, napisałem ostry list do „Polityki”, gdzie bezpardonowo zaatakowałem te opóźnienia. No cóż miałem wtedy 20 lat, taki wiek ma swoje prawa. Po kilku dniach dostałem list podpisany przez samego Mieczysława F. Rakowskiego, który młodemu gniewnemu przyznawał rację, że słusznie wytykam zaniedbania, ale że powoli poprawia się w Polsce i że cieszy się, że młodzi ludzie tacy jak ja troszczą się o losy ojczyzny. Byłem bardzo dumny, ten list długo przechowywałem, ale w końcu mi się gdzieś zapodział.

[* Moim zdaniem to był pomysł Urbana, a Bywalec do ówczesne pseudo Daniela Passenta – JK]

Jiba:

„Light My Fire” The Doors odsłuchane z pięćdziesiąt razy – tak wyglądały okoliczności mojego pierwszego świadomego spotkania z „Polityką”.

Trwały Juwenalia. Po koncercie postanowiliśmy kontynuować imprezę w akademiku u mojej koleżanki. Na stole w jej pokoju leżała płachta „Polityki”. Wiedziałam oczywiście, że taki periodyk istnieje, ale nie interesowałam się nim wcześniej. W moim domu było mnóstwo książek, ale prawie żadnej prasy. Wtedy tamten numer przejrzałam, zaciekawił mnie, ale cóż, to nie był czas na czytanie. W końcu impreza znudziła mi się, postanowiłam iść do domu, ale koleżanka zaprotestowała, że przecież jest środek nocy, a tu proszę, jest łóżko, mogę przenocować. Położyłam się, a długie studentów rozmowy trwały dalej. Koleżanka była wielbicielką The Doors z fazą na „Light My Fire”. Włączyła tę piosenkę i odtwarzała ją ciągle od początku dyskutując między innymi o tym, co przeczytała w „Polityce”. „Come on baby, light my fire…” stało się chińską torturą, myślałam, że oszaleję. Uciekłam, jak tylko zaświtało, ale „Politykę” zapamiętałam.

Od tej pory stała się moją towarzyszką podróży, a podróżowałam sporo i w czasie studiów, i długo po nich. Z wirtualną „Polityką” zaprzyjaźniłam się, gdy zostałam mamą. Pomogła mi przetrwać trzyletnią odsiadkę z dzieckiem, kiedy to człowiek ma wrażenie, że za chwilę zapomni, jak się nazywa. Dziecko od dawna chodzi do szkoły, a przyjaźń trwa nadal i nic nie wskazuje na to, by miała osłabnąć.

Sto lat, „Polityko”!

lonefather:

Okoń w „Polityce”

Była w domu rodzinnym od zawsze, czyli była i jest zawsze. Czy się na niej wychowałem? Raczej nie, raczej wychowywałem się w jej obecności. Gdy założyłem własny dom, to i w nim była i jest „Polityka”.
Chyba jak wszyscy piszący, ja też pisząc o obecności „Polityki” w domu, stosuje skrót myślowy, mając na myśli dyskusje, jakie bywały po licznych tekstach w niej czytanych. Myślę, że to właśnie było, często nadal jest najważniejsze, że poruszając ważne i ważkie tematy, nie pozostawiała czytelnika obojętnym. Myślę też, że właśnie ten rodzaj czytelników, ludzi nieobojętnych na otaczającą ich rzeczywistość, przyciągała i nadal przyciąga.
„Polityka” była obecna zawsze, więc i na wyjazdach wakacyjnych też była z nami. To dzięki tej wakacyjnej obecności, wskutek okoliczności sprzyjających, przypadkowo odkryliśmy kulinarne „zastosowanie „Polityki”. I wspomnieniem o nim podzielę się z czytelnikami bloga.

Jakoś tak w połowie lat 60., płynęliśmy z Mazur do Warszawy czteroosobowa rodziną, dwoma składanymi kajakami marki Klepper. Klasycznie, czyli Czarna Hańcza do Kanału Augustowskiego i dalej szlakiem wodnym do Narwi i Kanałem Żerańskim do Warszawy. Ale jakieś „dobre licho” nas pokusiło i zamiast grzecznie skręcić w prawo do Augustowa, skręciliśmy w „lewo” w stronę Białorusi, wtedy CCCP. Pewnie to sprawiła pogoda wspaniała, lub ciekawość, jak wygląda „dzika”, czyli zapuszczona, niewiele odwiedzana przez wodniaków część kanału, że zboczyliśmy z planu i o jeszcze jeden dzień przedłużyliśmy spływ. Nie pamiętam już, czy to była śluza Tartak czy Kudrynki, w każdym razie na którejś z nich śluzowaliśmy się z miejscowymi rybakami, wracającymi z połowów na jeziorze Głębokie. Sami nas zagadnęli, czy nie kupilibyśmy świeżych ryb z nocnego połowu. I kupiliśmy. Żywe, jeszcze pływające w zbiorniku wmontowanym w środku łodzi. Kilka średniej wielkości płoci i dwa spore okonie. Po śluzowaniu popłynęliśmy dalej, ale wypatrywaliśmy ładnego słonecznego miejsca na biwak i w końcu takie znaleźliśmy. Paliwo do kochera dawno się już skończyło, więc jedynie pozostawało ognisko, żeby przyrządzić rybny obiad. Resztki zapasów też nie dawały za wiele możliwości. Końcówka masła, ciut, ciut oleju na dnie butelki, szczypta soli, ograniczały możliwości do minimum. I to zdecydowało o tym, jak przyrządzimy obiad. Sól i patelnia i pierwsze znalazły się na niej plotki. Niezłe były, ale cały olej, jaki mieliśmy wypiły w czasie smażenia. Pozostały okonie. Zero oleju, a masła za mało, żeby je usmażyć. I wtedy przypomniałem o tym, że można by je upiec „w glinie”, w popiele ogniska. Nawet zacząłem się za gliną rozglądać. Ale ktokolwiek pływał Kanałem Augustowskim na odcinku pomiędzy Augustowem a granicą państwową, wie, że tam są tylko piaski, a jeśli jest glina, to głęboko i trudno dostępna.  I to wtedy potrzeba, co jest matką wynalazków, podpowiedziała, że glinę można by zastąpić szczelnie zawiniętym papierem. Żadnego pergaminu nie mieliśmy, za to mieliśmy „Politykę”, stare wielkoformatowe wydanie i to w nią właśnie zawinęliśmy, oskrobane i wypatroszone okonie, lekko oprószone solą. Resztkami masła natarliśmy ryby przed zawinięciem w papier. W zebranym w czasie smażenia płoci popiele wygrzebaliśmy dwa podłużne zagłębienia i szybko przykryliśmy pozostałym popiołem zawiniątka z rybami…

Dyskutowaliśmy problem, jak długo trzeba piec w ognisku ryby w papierze. W końcu stanęło, że co najmniej pół godziny i mniej więcej po tym czasie rozgrzebaliśmy ognisko i wyciągnęliśmy ponadpalane zawiniątka z okoniami. Nadpalone i zwęglone wierzchnie warstwy rozwijaliśmy z duszą na ramieniu, niepewni tego, co w środku się znajduje i czy będzie to jadalne? Wierzchnie warstwy, krusząc się i rozpadając w rękach, rodziły obawę co do stanu zawartości, kolejne trzy czy cztery wewnętrzne warstwy, pozostały w stanie idealnym, pogłębiały niepewność, ale już z zupełnie odwrotnego powodu. W końcu oczom naszym ukazały się okonie. Nie tylko się ukazały, ale i zapachniały przepysznie. Co prawda odbiła się na nich lustrzanie treść „Polityki”, ale smak idealnie upieczonych ryb, dorównywał zapachowi.
Okonie w „Polityce” okazały się kulinarnym strzałem w dziesiątkę! Wielokrotnie w późniejszych latach potwierdzanym. Dodać tylko jeszcze wypada, że próby pieczenia w innych gazetach, czy periodykach, nigdy się nawet nie zbliżyły do oryginalnego przepisu.

Przepis na okonia w „Polityce”:
1) Świeżo złowione okonie, oskrobane, lekko oprószone solą i natarte niewielka ilością masła
2) Zawijamy szczelnie, każdy osobno, w 6 do 8 warstw „starej”, wielkoformatowej „Polityki”
3) I zakopujemy w popiele ogniska na około 30 minut
Skala trudności – obecnie niewykonalne*

* niewykonalne, bo od dawna wielkoformatowa „Polityka” jest niedostępna, a i szansa spotkania miejscowych rybaków na Kanale Augustowskim, co wracają z nocnego połowu i maja żywe ryby w swojej łodzi, to marzenie ściętej głowy; no i zapal sobie ognisko na skraju Puszczy Augustowskiej…

 

Na deser anumlik od anumlika:

Dytyramb na cześć ateistów

A w urzędach, zamiast liści –
szczerząc swe urocze mordy –
przekwitnięci ateiści
tworzą legion i dwie hordy.

Racjo – siebie – nalizują
w sens wklepując cenne racje.
Czasem rzecz trafnie ujmując,
idą wspólnie na kolacje.

Na kolacjach dęte gadki
produkują ateiści.
Miast rozpuszczać w gatkach kwiatki
tkają fetor dziwnych myśli:

To brzuchatego biskupa
na kleryku przyiwanią.
To – gdy mignie czyjaś dupa –
skojarzą ją z Imć Onanią.

Zamiast w sensach łowić stricty
taplają się w dętych bojach,
nie pomni Ockhama brzytwy
tkwią w przedziwnych paranojach.

Gdy Paranoj z Paranoją
owładnie sny ateistów,
oddal Matko Boża moja
zło z Pana Boya artystów.

 

***

A jakie są Wasze wspomnienia o „Polityce”?

 

20.02.2017
poniedziałek

Praktyczna instrukcja celnego plucia

20 lutego 2017, poniedziałek,

Polska to jest państwo katolickie, czyli najlepsze na świecie i już prawie całkiem – boże. Zaludniona czystym katolikiem i jego biskupem – także czystym, co poznamy od razu po rączkach i oczkach. Pola szumią obsiane zbożem rozmaitem, wokół pachnie dziewanna, topi się Marzanna i każda Anna to przeczysta i nieaborcyjna panna. W krąg też pachnie werbena, a innych niż katolik u nas nie ma. Wierzba zaś się nad wodą wraz z fryzurą Szopena pochyla w zadumie nad parafialnym Polakiem i muzyką w duszy jego. Każdy polityk to zaraz katolik, co się poznaje po nieustających objawach, a objawów tych mamy obecnie 500 procent w polityku. Każdy biskup zaś pochyla się – taka jego posługa, za co ma zasługę w niebie – nad trzema sprawami: Prawdą, Prawdą, Prawdą, czyli nad bałwanem oraz cielcem złotym. I nad czwartą: Świątynią Opaczności imienia tego, co się w grobie przewraca. Albo i nie przewraca.

Opluwanie Polaka przez Polaka to ulubione zajęcie nadwiślańskie. Praktykowane po domach szczęśliwych, podwórkach, zakładach pracy, kościołach i zakładach przyrodoleczniczych. Widać jednak sporą amatorszczyznę w pluciu, znaczny rozrzut strzykającej śliny i nieduże skupienie w celu, co wystawia na szwank godność opluwacza i pozwala czasem opluwanemu ujść spod salwy, lub odnieść tylko nie dość cywilnie lub prokuratorsko śmiertelne rany. To błąd w sztuce plucia, w sztuce womitacji oraz w sztuce kształtowania stosunków publicznych: państwowych i katolickich.

Jak należy fachowo opluwać, dowiadujemy się z aktualnie prawidłowych mediów. Obiekt opluwania nie byle jaki: prezes, dziś eksprezes Trybunału Konstytucyjnego, Andrzej Rzepliński. Katolicka władza partyjno-państwowa ustawiła go na strzelnicy i doskonali na nim umiejętności fachowe. Czytelniku drogi – chcesz udoskonalić ojczyźnianą umiejętność? – udaj się na strzelnicę, z poręczną instrukcją plucia! Będziesz zadowolony – postrzelasz z kolegami, biskupami, i politykami. Gdy się już trochę spocisz, otrzymasz należne błogosławieństwo i posadę w spółce Skarbu Państwa.

Oto praktyczna i poręczna instrukcja plucia, czyli donos w wydaniu prawidłowego ośrodka medialnego. Nazwa ośrodka nieważna – te ośrodki jeden w drugi takie same – ważna technika plucia.

1. „Zarabiający 23 tys. zł miesięcznie prezes Rzepliński na odchodnym otrzymał prawie 140 tys. zł odprawy oraz niemal 170 tys. zł za zaległy urlop”.

Bardzo możliwe, że prezes dostał prawie i niemal. Czy dostał je niezgodnie z prawem? Tego się nie dowiemy. Pisokatolicka władza w zawłaszczonych spółkach Skarbu Państwa dostaje 8,79 złotego, czy dostaje 350 tysięcy oraz milion dwieście? Na dzień dobry, dobry wieczór i dobranoc. Czy to nie PiS jęczał przez lata, że państwowi urzędnicy i menedżerowie w spółkach dostają za wiele – więc sam swoim dał sute – za niekompetencję, ale partyjność – posady?

2. „…były prezes trybunału Andrzej Rzepliński” był przez wiele lat „gwarantem układu, który sam tworzył”. Dotyczyło to m.in. kosztownych kolacji pożegnalnych dla odchodzących sędziów TK. Organizowane w warszawskich restauracjach imprezy kosztowały kasę instytucji ponad 56 tys. zł. „Bawiono się m.in. przy kawiorze i jesiotrach”.

Bardzo możliwe, że jesiotry to były jesiotry, a nie leszcze. Leszcze nie gwarantują istnienia „układu jaki stworzył”, a jesiotry z kawiorem – tak. No i ośmiorniczki. Na tym to polega: kto zeżre jesiotra, gwarantuje układ.

Opluwacz nie podaje, ile było kolacji, ilu uczestników i w jakim czasie te pieniądze wydano, zdradza jednak niechcąco – plucie jeszcze nie skalibrowane – że była ich mnogość, a kolacje zamienia w „imprezy” (już – domyślni – kapujemy, że były tam liczne panienki, z kawiorem na gołych cyckach i że „jesiotr” to pseudonim imprezy z mającymi czym oddychać damami do sędziotowarzystwa).

Instytucja taka jak Trybunał Konstytucyjny ma to w sobie mieścić: prawo do uroczystych pożegnań i spotkań z ważnymi dla niej i dla państwa osobami. I na to musi mieć fundusz. Jak każda podobna instytucja publiczna o podstawowym dla funkcjonowania państwa znaczeniu. Sugerowanie, że tak być nie ma, to czysta obłuda i plucie, gdy samemu ma się brudne sumienie. A czy doszło do drastycznego nadużycia finansów, przy uwzględnieniu dorozumianej etycznej reguły pewnego umiaru (etyka i polska katolicka rzeczywistość to są rozbieżne stany) – to osobna i nieustalona jeszcze rzecz. Ten brak ustalenia w niczym nie powstrzymuje jednak opluwacza. Bo opluć trzeba, zanim się co potwierdzi i nie bacząc, czy się potwierdzi. Plucie zawczasu, przed prawdą jest znacznie skuteczniejsze. Każdy zawodowy opluwacz to wie.

„Puls biznesu” opublikował listę tysiąca działaczy PiS i jego znajomych, którzy dostali intratne posady w spółkach Skarbu Państwa i instytucjach publicznych. Tysiąc to oczywiście tylko wierzchołek tej góry. Na pytanie autorów listy, zadane Szydło Beacie, o ten wzorcowy układ, bezczelność nadużycia władzy i najgorsze moralnie draństwo idące ręka w rękę ze szczytową hipokryzją (PiS oskarżał PO o kolesiostwo) Szydło Beata odpowiada z ironiczną pogardą i pychą ulatującą nadmiarem ciśnienia przez broszkę: spodziewałam się bardziej ambitnego pytania; ja mam dużo kolegów i koleżanek…

Układ PiS-u gwarancją układu. Andrzej Rzeplinski miałby do tego potrzebować jesiotra z kawiorem, PiS nie potrzebuje nic poza tym, co w Polsce zawsze najlepiej działa: katolicko-polityczną niemoralnością w kłamstwie idącym w zaparte i dawaniem fałszywego świadectwa o czymkolwiek i o wszystkim. Które za godzinę zostanie zmyte przez śliczną spowiedź u dyżurnego biskupa. Nie, nawet nie dyżurnego: katopolityczni kłamcy mają aprioryczny abonament na odpuszczenie grzechów, dowolnego rodzaju.

3. „Do kosztownych wydatków TK miały również należeć zagraniczne podróże służbowe prezesa, wynoszące w sumie 32 tys. zł. Do najdroższych z nich należała ta do Waszyngtonu, kiedy w maju 2016 r. same bilety kosztowały podatnika ponad 13 tys. zł, a dzienna dieta wynosiła ponad 1 tys. zł”.

Cwany opluwacz się zastrzega: „miały należeć”. Miały – mogły – mogły mieć. I znowu te same pytania weryfikacyjne: ile było i dokąd tych „zagranicznych podróży” prezesa Rzeplińskiego, że się nazbierało „w sumie 32 tys. zł”? Prezes był w Trybunale ładnych parę lat. Czy wydał te 32 tysiące w ciągu miesiąca? Wtedy byłoby to – może – szokujące. Czy wydał to niezgodnie z prawem? O tym opluwacz także nie powie. Gdyby było niezgodne, zaraz by to triumfalnie ogłosił: prawnik łamie prawo! Prezes Trybunału stoi ponad prawem!

Bilet lotniczy do USA kosztuje sporo, zwłaszcza gdy nie leci się tanią linią lotniczą i nie jest to bilet klasy ekonomicznej ani bilet „last minute”. Czy prezes Trybunału ma swoje podróże podporządkować zasadzie „last minute”? Opluwacz na to nie odpowie. Nie na tym plucie polega.

Ale może jednak prezes przesadził? Może podróżował klasą biznes, z usługą masażystki o pseudonimie „Kawiorzyca”? Może złamał prawo państwowe obowiązujące w podróżach? Czy Trybunał posiada regulamin związany z wydatkami na podróże? Czy jest jakaś niezgodność? Opluwacz niczego tu też nie wyjaśni, ważne, żeby brzmiało to odpowiednio sensacyjnie, a nominowany przez samych pisoidów do rangi wroga diabelskiego prezes Trybunału był należycie, kanonicznie opluty.

4. „O rażącej niegospodarności” ma również świadczyć fakt, że „części pracowników Trybunału Konstytucyjnego, aby przyjechali do swojego miejsca pracy w Warszawie, płacono delegacje”.

„Aby” przyjechali – czyli łaska sędziowska. Tak to jest, takie prawo – jak ktoś jedzie służbowo poza miejsce swojego zamieszkania (czy sędziów do TK wybiera się wyłącznie spośród warszawiaków? Czyżby był taki prawny nakaz?) to się mu należy delegacja. Pracodawca który oczekuje służbowych wyjazdów pracownika za jego prywatne pieniądze, łamie prawo. Straszna to niegospodarność te diety, wedle opluwaczy. A może inaczej – żeby sędzia nie musiał ciągle dojeżdżać, płaci mu się za służbowe mieszkanie? Czegoś się dowiemy od opluwacza o formalnych zasadach wynajmu? Dowiemy się wyłącznie tego, jak zebrać więcej śliny i w jad ją ubogacić.

5. „…w czasie całej kadencji byłego prezesa nigdy nie przeprowadzono konkursu na jakiekolwiek stanowisko TK”, a jedyną osobą zatrudnioną na podstawie przejrzystej procedury był strażnik.

Vivat strażnik! Jest wreszcie w Polsce jakaś „przejrzysta procedura”. Taka Polska nędza: procedur albo nie ma, albo są mętne, niekompetentne lub ustawiane pod wujka Karola i tę firmę, co to wiemy a wy rozumiecie. A jak są niemętne i kompetentne, to są rachitycznie rzadkie, więc – dla dobra publicznego – należy je karmić i rozwijać. PiS właśnie zlikwidował te rachityczne „przejrzyste procedury” wyboru na publiczne stanowiska i zawłaszczył instytucje, firmy i urzędy. Gdzie i kiedy stosował „przejrzyste procedury” publicznego naboru najbardziej kompetentnych pracowników?

Ale, jak trzeba, to się Rzeplińskiego uczepimy: powinien był zatrudniać transparentnie i wedle kompetencji. Może tak nie było. A może było. Opluwacz bowiem ani się zająknął o tym, jak PiS państwo czyni skorumpowanym, co jest gigantycznym przekrętem, a pomstuje na Rzeplińskiego, udając cnotliwego. To od razu likwiduje jakąkolwiek wiarygodność opluwacza i każe najpierw przyjąć, że i to oskarżenie jest pomówieniem.

6. „…były prezes wiele nie pracował. Lubił za to spotkania i posiadówki ze swoimi ulubionymi sędziami” – wskazano wymieniając w tym miejscu nazwiska sędziów Rymara, Zubika, Tulei i Biernata.

To klasyk wśród oskarżeń. Jaka jest miara „wielepracowania”? Miara główna jest jedna: wydawanie wyroków najściślej i najniepodważalniej opartych na Konstytucji RP, mających walor powagi, mądrości i umacniania sprawiedliwego państwa. Jest też miara pomocnicza: trzymanie się dającego się solidnie obronić harmonogramu. Na wyroki nie można czekać w nieskończoność. Niech sędzia Rzepliński w ogóle nic nie robi. Może ciągle spać. „Jak się śpi, to się nic nie robi” – powiedział mój klasowy kolega, tłumacząc polonistce dlaczego słowa „spać” nie uznaje za czasownik. Wystarczy w zupełności, jak Rzepliński będzie przez sen orzekał o ustawach w sposób zgodny z obowiązującymi Trybunał zasadami i jego rolą w państwie. I za to należy mu się i pensja, i diety, środki na podróże i spotkania służbowe oraz kolacja pożegnalna. Może być – czasem – z jesiotrem, chociaż bez panienek.

O czym więc pomawiający opluwacz gada? O tym, co zwykle: spluwam na Rzeplińskiego, kopię go i skaczę.

7. „Rzepliński natomiast zawsze był pod wielkim wpływem Marka Safjana (byłego prezesa TK – red.). To jego mentor i doradca. Odkąd Safjan zasiada w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Rzepliński jest w niego jeszcze bardziej wpatrzony”.

Ja tam byłem wpatrzony w moją panią od wuefu. Oraz w koleżankę Basię. Naród jest wpatrzony w Matkę Boską, no i w Świętego Ojca Świętego. Jest pod wielkim wpływem. W dodatku „jeszcze bardziej”, czego skutki widać. I w te same postaci był wpatrzony, z wielką wzajemnością, Marcial Maciel – wybitny członek kleru, wybitny pedofil i gwałciciel urzędowy – wraz w resztą pedofilów i gwałcicieli w sutannach. Jak to więc jest z tym „wpatrzeniem” i byciem „pod wpływem”?

Cały PiS jest wpatrzony i jest „pod wielkim wpływem” swojego właściciela. Z dnia na dzień jest „jeszcze bardziej wpatrzony”. Jak się ma wpatrzenie do skutków dla państwa, widać: nienawiść upaństwowiona oraz uświęcona destrukcja i patologia.

Opluwacz powinien był zrobić jakiś porządny rozbiór sprawy. Czy Marek Safjan to wróg publiczny państwa polskiego, czy może porządny sędzia Trybunału i prawnik, wobec którego „bycie pod wpływem” nie jest kwestią alkoholizmu czy gangsterskiego związku, ale bycia równie porządnym (i mądrym) prawnikiem? A ponieważ Safjan jest też sędzią Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, może „bycie pod wpływem” oznacza coś takiego, do czego i dobry prawnik i Polska w Europie powinni zmierzać, w najlepszym interesie własnym i wspólnotowym? Strasznie boli opluwacza ten dorobek sędziego Safjana i europejskie uznanie jego kwalifikacji. W ramach realnie przejrzystych procedur, a nie kumoterstwa pisowskiego. Opluwacz musi strzykać jadowitą śliną. Taka jego racja bytu. Taka wolność przymusu.

Czytelniku plujący na bliźniego i rodaka swego: wytnij poręczną instrukcję, włóż ją do książeczki od nabożeństwa i schowaj nabożnie na sercu. Niech cię prowadzi w tych niepewnych czasach! I bądź pod nieustającym wpływem wiadomego Obrazka.

Tanaka

17.02.2017
piątek

Odlepione oczko Misia

17 lutego 2017, piątek,

Teatrzyk pod Anumlikiem

ma zaszczyt przedstawić dramę wojenną

ODLEPIONE OCZKO MISIA

PROLOG:

Misiu ciągnie hak ciągniony
chwacko, dziarsko i pogodnie.
Antek w Żoliborz wpatrzony
nie zagląda misiom w spodnie.
Generałom aż lampasy
w pąs stanęły od tej zdrady:
„Misiu ciągnie hak ciągniony?
Na układy nie ma rady!”
Prezes zaniepokojony
W kajeciku haczy haki
Miś prezesem niestrwożony
Antoniego wciągnął w krzaki.
W krzaczkach haczyk się odcisnął
Pieczęcią sołncewskoj braci
którą nad Antosiem świsnął
mały Misiu – niech go kaci!
Generały o honorze
Głośno  prawią zzielenieni
Antoś honor, mocny Boże,
Schował dziarsko do kieszeni.

CHÓR:
Honor armii narażony,
kiedy wchodzi hak ciągniony!

AKT I

CHÓR:
Tysiąc walecznych, każdy z długopisem
wpadło do Smoleńska wymachując Pisem.
Putin – co z Car Puszki ściera byle pyłek –
zleciał na płoszczatku, odbił sobie tyłek.

PUTIN [wchodzi do kosmicznego obiektu 2014-28E – najtajniejszego pomieszczenia Federacji Rosyjskiej – rozcierając odbity tyłek. Sobstwiennyj Jego Imperatorskogo Wieliczestwa Konwoj wyposażony w Krótkie Iskandery Bojowe okrąża Putina  zwartom kolesom]:

Gospoda oficery, szto eta mnogoceliennyje ruczki bitwy? A?

SOBSTWIENNYJ JEGO IMPERATORSKOGO WIELICZESTWA KONWOJ:

Nie znajem, Wasze Wieliczestwo! Eto sekretnoje orużje!

MIŚ [wychodzi z pobliskiej apteki]:

Mam instrukcję, Wasze Wysokopriewoschoditielstwo. [czyta] Wielozadaniowy taktyczny długopis bojowy: wysokość 170–190 cm w kolorze białoczerwonym, waga 80–105 kg, włączany za pomocą włącznika, lub za pomocą mechanizmu obrotowego, wykonany z wzmocnionej skóry pokrytej kevlarem z domieszką aluminium, anodowany, posiadający poślizgową fakturę zapewniającą wygodny i pewny chwyt, wyposażony w co najmniej jeden dodatkowy zbiornik z tuszem bojowym, pager, w celu szybkiej komunikacji oraz nadajnik GPS w celu koordynowania położenia, posiada wkład, który pisze i strzela pod każdym kątem, w temperaturach od minus 47˚C do plus 60˚C.

PUTIN:
Unicztożit’!

SOBSTWIENNYJ JEGO IMPERATORSKOGO WIELICZESTWA KONWOJ:
Kak prikażitie, Wasze Sijatielstwo!

TAKTYCZNY DŁUGOPIS BOJOWY [pokazuje Putinowi gest Kozakiewicza]:
Wała!
[śpiewa]:

Nie wywiniem orła
na piastowskim śniegu.
Cham Putin nam Ełku
nie wypchnie z szeregu.
Orłem wywinięty
ostanie się honor,
kiedy obce męty
orzeł spuści do nor.
Przykryjemy orła
polskim gronostajem.
A z polskiego berła
zrobim ersatz z jajem.
Gronostaj z damulką
jakiegoś da-Ełka
ozdobią prymulki
na gałązce świerka.

KURTYNA

AKT II

[Granica pomiędzy Polską a Unią Europejskią. Specjalny wysłannik Misia mocząc nogi w Odrze zapiewuje]:

Nie będzie Umlaut pluł nam w twarz i dzieci nam niewolił.
Pluniemy Umaltowi: WON!  i niech się odchromoli.
A Umlaut – Seine Mutter Hund – na polskiej przysiadł przyzbie
i śpiewać cudnie zaczął on, w stareńkiej cud niemczyźnie.
O, ciszo nadwiślańskich pól, z poszumem śląskich lasów,
ty Hund wartości ze mnie zgól i w rzyć wsadź katabasów.

CHÓR:
Honor kraju narażony,
kiedy wchodzi hak ciągniony!

HONOR KRAJU:
Pieprznęło na odwyku, kiedy tylko ożył
nie do końca pieprznięty na odwyku orzeł.
Obraz jak po granacie wrzuconym do szamba
wychynął z Odwykniętej. Nie o taki – sam dba
prezes – obraz, gdy się wspina na lichą drabinę
plankty nadęte wznosząc; wystawia na kpinę
obraz Niedomęczonej, kłamstwem ją kalając.
Odżyty orzeł wrzasnął: Jam orzeł, nie zając!

KURTYNA

AKT III

Hymn chłopców oenrowców
My jesteśmy sól ziemi!
Żadne męty kibolskie;
stoimy między swemi!
A między swemi jest polskie:
Biało-czerwone!
Przegonimy obcych:
zielonych! czerwonych!
Takich jak my chłopców,
są w Polsce legiony:
Biało-czerwone!
Legionami pokryta
ziemia – obcym harda –
z Marią ją kibolską
związała kokarda!
Biało-czerwona!

CHÓR:
Szabat Szalom z Mazeł Tovem
przemknęły na Żolibórz,
owiniętą w tałes głowę
wystawiając na rozkurz.
Żaden cymes – mruknął cadyk
między dwoma kiwkami;
taki szmonces wsadzać w zadek
ojczystymi bukwami?
Białymi czerwonymi!

Szmonces do Prezesa [z zadka]:
Na orła raz doniósł sokół
radnemu dzielnicowemu:
Babów, radny, pełno wokół;
mnie uwiódł żonę, biednemu.
Wiosną obiecywał czary,
panie radny dzielnicowy,
smary na serca pożary
i cukierek na ból głowy.
Mikry, ale z gestem jestem,
panie dzielnicowy rajco
i z cichym skrzydeł szelestem
złożę panu złote jajco.
Pozłotę dla niepoznaki,
panie radny żoliborski,
pokryję szlamem z kloaki,
a szlam będzie polski.
Z jaja, prócz szczerego złota,
panie dzielnicowy radny,
tajna wyfrunie kapota
i czepiec paradny.
Donoszę-ć ja w dobrej wierze,
panie radny dzielnicowy.
Podetnij skrzydła cholerze
i mór nań ześlij morowy.
Radny, nieco winem spruty,
co nie dziwi o tej porze,
zzuł paradne dosyć buty
i żonę orłu schędożył.

KURTYNA

AKT IV

Sterczy Misia hak podwójny
na wiorstę i piędź.
Służyć Zosia menelowi
coraz mniej ma chęć.
Pułk ją dosiadł na kurhanie
z wrzawą i ochotą.
Nie takie Zosia kochanie
zamieniała w złoto.

CHÓR:
Poprzez rżysko szwadron leci,
oręż szwadronowi świeci!

ZOSIA:
Ence pence, w której ręce?

SZWADRON:
Oręż nasz jest dziś przechodni,
w której będzie ci wygodniej?
ZOSIA:
Goła jestem i wesoła,
wezmę oręż od chochoła.
CHÓR:
Szwadron trzepie kapucyna.

KURTYNA

AKT V

ZIELONA GĘŚ:

O święci anieli,
pociotkowie weseli!
Ty, zalotna dziewko,
feminizmu kurewko,
wysupłujesz swe wdzięki
ministrowi do ręki?

CHÓR:
Smętnie stanął pod kurhanem
faszystowski zdrajca,
kartacz urwał mu nad ranem
oręż oraz jajca.

MIŚ [bez jajec, bez oręża, z hakiem podwójnie ciągnionym]:
Flaki wysnute tanim Absolutem
sięgnęły dna.
Żal oraz smutek, tyci kogutek,
ostatnia łza.
Gryź-że Misiutek, życie zaplute,
jedno czy dwa?
Nie w tę ty nutę dujesz wyplute
dźwięki: ra, ra.
Soapy sprute muz absolutem
wiszą u łba.
Teatrzyk butem wbił mu marszrutę.
A świat co? – łka.

ŚWIAT:
Łkam.

KURTYNA

EPILOG:
Na kurhanku oręż smutna
woja woła, woj do Kutna
chwacko bieży.
Pod kurhankiem Zosia leży.
Rzęzi Zosia spod kurhanka:
ni dziecięcia tu, ni wianka,
oręż nie lśni, a uwiera;
musi nosił go woj sknera.
Woj, nie bacząc na maniery,
szturchnął Zosię szturchem szczerym.
Zosi kwik echem się wznosi
poza kurhan. Już po Zosi.
Patriotów zgniła rzesza
Zosię obłudnie pociesza:
Nie bój woja! On z polotem
szturch ci zadał, szczerozłotem.

Przesłanie:
Frywolny Mojżesz, po trzech dzbanach wina,
krył Zosię na kurhanie. Oręż lśnił.

KURTYNA

ANUMLIK [spod kurtyny]:

Oczko się jemu odlepiło, temu Misiu.

15.02.2017
środa

Czy jesteśmy już tylko żywymi trupami, co utonęły w kloace?

15 lutego 2017, środa,

Generał Piotr Pytel w programie „Kropka nad i” relacjonuje, co mu powiedział minister Macierewicz: „Panie generale, pan jest inteligentnym człowiekiem. Wie pan przecież, że zamach smoleński to tylko narzędzie polityczne”. Generał przytoczył te słowa Macierewicza dwa dni temu.

Jeśli generał skłamał, włożył w usta Macierewicza niewypowiedziane przez niego słowa – popełnił czyn niegodny nie tylko oficera, ale popełnił potworność niemoralnego zachowania, oraz przestępstwo o dewastującym oddziaływaniu publicznym. Powinien od tego natychmiast zostać cywilnym trupem. Natomiast jeśli przytoczył faktycznie wypowiedziane przez Macierewicza słowa, to mamy do czynienia z czymś, na co nie ma właściwie ani słownika, ani pojęć i odniesień działających w znanej nam rzeczywistości. Czytaj całość »

9.02.2017
czwartek

Polak jest z nieba, a Duńczyk z Kopenhagi

9 lutego 2017, czwartek,

Dania to jest taki kraj, do którego Polak tęskni. Kraj mały, ale i wielki – od morza do morza. Polska ma odwrotnie – wielka, ale ukwaszona. Dlatego od razu musi być nie tylko od Bałtyku do samiuśkich Tater że hej, ale i od morza do morza, znaczy – Międzymorza. Ale zanim zacznie sobie robić to Międzymorze, już musi mieć Trójmorze. Już tam właśnie słuszni urzędnicy państwa polskiego wyjaśnili mało słusznej Angeli Merkel, dlaczego tak być musi. Mnie się zdaje, że dlatego, że Polak lubi moczyć nogi w ciepłej wodzie. Jak się zrobi od moczenia Czarno (wiemy z historycznych obrazków: Polak nosi czarnoziem na nogach), wsadzi nogi w morze świeże, bo Adriatyckie. A czarna woda spłynie Bosforem w dół mapy i zaleje ruski lotniskowiec.

Będzie dobrze i Trójmorze. Czytaj całość »

5.02.2017
niedziela

Pisowskie Księstwo Warszawskie

5 lutego 2017, niedziela,

Fenomenem Warszawy, nigdzie indziej nie spotykanym, jest sposób wykreślania przestrzeni rozwojowej miasta, o którym decyduje nie obszar terytorialny, ukształtowany w historycznej ciągłości, wraz z nakładającymi się nań funkcjami społecznymi i relacjami przestrzennymi, lecz ustrój arbitralnie wyznaczony przez reprezentantów różnych partii politycznych i zamieszkujących inne niż Warszawa miasta Rzeczpospolitej. Wszędzie to rajcy miejscy wykreślają nowe terytoria rozwojowe swojego gródka czy metropolii, wytyczają przestrzenie funkcji społecznych oraz uchwalają – jako obowiązujące prawo – strategie rozwoju miasta. Wszędzie, tylko nie w Warszawie. Czytaj całość »

2.02.2017
czwartek

Wszyscy mają się dobrze. Tylko ofiar szkoda

2 lutego 2017, czwartek,

Był maj, czas komunii. Spotkana na ulicy znajoma nie kryła oburzenia: – Wiesz, jak mnie ksiądz wkurzył? Nie wiedziałam. – Była taka umowa, że za komunię nic nie płacimy, ale ten sobie wymyślił, że czegoś tam potrzebuje w kościele i mamy zapłacić po stówie. A przecież on co niedziela zbiera z tacy po 3–4 tysiące! I jeszcze mu mało!

– To powiedz, że nie zapłacisz.

– Co ty?! Nikt z rodziców się nie wyłamie. Zrobią, co im każe. Mam się jako jedyna wystawić?

No cóż, to prawda, nie jest łatwo być samotnym jeźdźcem z nazwiskiem wypisanym na czole. Czytaj całość »

29.01.2017
niedziela

Spieszcie się kochać przyjaciół, tak głupio odchodzą

29 stycznia 2017, niedziela,

Przeżyłem wczoraj, jako zwierz niepolityczny, szok z powodów politycznych. Wprawdzie mazurki wcześniej coś ćwierkały, ale to nie był, kurde, szok. Nie bardzo mnie interesują duże dzieje, przedstawię więc obrazek z mojego prywatnego życia jako bezpośredni skutek rozdziału Polaków na lepszy i gorszy szok… tfu!… sort. Parę razy dałem Waćpaństwu poznać, że nie mam za wiele do ukrycia (bo co z ukrywanym będę robił w grobie?), więc dam i teraz. Czytaj całość »

27.01.2017
piątek

Aaa, aaa, były sobie kotki dwa. Edukacja

27 stycznia 2017, piątek,

Rozmowa z pisowcem, starszym panem, kolegą z liceum. Szukam tematu neutralnego, żeby nie doprowadzić do konfliktu. Może coś o szkole, raczej nie o likwidacji gimnazjów, bo to by mogło wywołać bezsensowną kłótnię. Wydaje mi się, że znalazłem temat w miarę neutralny: sześciolatki w szkole czy w domu? Mówię koledze, że w większości cywilizowanych krajów sześciolatki, a nawet pięciolatki chodzą do szkoły. Na to kolega reaguje łagodnie, ale z miną zatroskanej cioci: – A czemu odbierać maluchom dzieciństwo? A niech się jeszcze beztrosko pobawią! Po co je tak wcześnie męczyć?

Nie wytrzymałem i to ja zaatakowałem. Po co posyłać siedmiolatki do szkoły? – przerwałem koledze – Jasne, dajmy im trochę wolności, przedłużmy im dzieciństwo. A właściwie to po co ośmiolatki mają chodzić, a nawet dziewięciolatki? – rozpędziłem się – Czy nie będą bardziej szczęśliwe, jak będą się mogły beztrosko bawić w żołnierzy wyklętych!

Tak to widzą pisowcy, uwiedzeni nowoczesną pedagogiką państwa Elbanowskich. Czytaj całość »

24.01.2017
wtorek

Otorbienie szkliste celem likwidacji

24 stycznia 2017, wtorek,
Szare korytarze. Szare ściany. Szare biurka, dywany i meble. Wszystko szare. Takimi to szarymi korytarzami przemyka sobie szeregowy szary pracownik. Z Polski.
– Idziesz z nami na kawę? – pyta Grupa, czyli Reszta. Niechętnie, ale szarak nie pokazuje. Idzie. Bierze możliwie najmniejszą z obrzydliwych kaw. I się zaczyna.
– Słyszałem/łam, że u was w Polsce (tu wstawić dowolne najświeższe dokonania polityczne PiS).
W szarym otoczeniu pojawia się czerwony akcent. To twarz tego szeregowego. Z Polski. – Ale ja na nich nie głosowałem/łam – piszczy mysim głosikiem, który natychmiast tonie w dźwięku łyżeczek mieszających w filiżankach. – Oni mieli tylko 19 proc. poparcia. Bo to jest tak… – teraz z kolei fioletowieje od tłumaczenia na bezdechu.
Tak to właśnie wygląda. Nasza chata nie jest z kraja. PiS-owi się wydaje, że wszystko zostaje na naszym podwórku, a takiej Komisji Weneckiej czy Europejskiej można klimkiem w twarz. Nie. Wszystko jest na bieżąco analizowane, śledzone i dokumentowane.
„Otorbienie szkliste celem likwidacji” to cytat z „Edenu” Lema. Co może innego zrobić szarak na emigracji bombardowany wieściami z Polski i zgryźliwymi komentarzami Obcych, niż odciąć się, zapomnieć, udawać, że nie wie, zdusić w sobie, otorbić się wewnętrznie, bo inaczej dostanie apopleksji? Wyśmiać? Działać? Demonstrować?
Pani premier, jak żyć?
Nefer