16.05.2012
środa

Radny i bezwstydny

16 maja 2012, środa,

Żeby móc się zawstydzić, potrzebna jest elementarna zdolność autorefleksji, czyli zdystansowania się do samego siebie. To zdaje się przychodzić z trudem zwłaszcza tym, którzy są przekonani, że pełnią jakąś ważną funkcję, że mają do odegrania jakąś rolę, w której nikt ich nie zastąpi.

I nagle, ni z tego, ni z owego, robią pośmiewisko nie tylko z siebie, ale i ze sprawy, której (jak wierzą) chcą się przysłużyć*. Tak się stało z radnym z Brzegu. Warto tego posłuchać, żeby zobaczyć, jak daleko może zajść ktoś, komu całkiem zabrakło poczucia wstydu, a pozostało tylko zaangażowanie polityczne:

Radny z Brzegu śpiewa dla prezydenta Kaczyńskiego

Jeśli link nie działa, można wkleić do przeglądarki adres: http://ohydne.pl/o,1286-piosenka-dla-lecha-kaczynskiego-zaczyna-sie-od-2-m albo poszukać na stronie ohydne.pl

Warto wsłuchać się nie tylko w wyrafinowany wstęp mówiony, lecz także w głębię słów pieśni. To naprawdę rzadkie połączenie językowej bezradności, patosu i braku logiki, okraszone żenującą muzyczką. Najpierw trudno się nie śmiać, potem pozostaje już tylko wstydzić się za ludzi, którzy są tak bezwstydni.

* Dlatego w ramach niniejszego blogu występuję tylko i wyłącznie we własnym imieniu i nie roszczę sobie pretensji do reprezentowania jakiegokolwiek środowiska.

25.04.2012
środa

Czy wierność może być modna?

25 kwietnia 2012, środa,

Akcja „Wierność jest sexy”, czyli pomysł promowania wśród studentów (i ludzi dojrzałych) „mody na bycie wiernym” wygląda w sumie niewinnie i pozytywnie. Inicjator kampanii na rzecz wierności (chodzi, rzecz jasna, o wierność w związku dwóch osób) zainteresował swoim pomysłem parę osób o znanych (z telewizji) twarzach, co z definicji gwarantuje nagłośnienie akcji. Stąd w ogóle o niej wiem. Dodatek „Życie Warszawy” do dzisiejszej „Rzeczpospolitej” (25.04) zamieścił na ten temat tekst ze zdjęciem – najwyraźniej szczęśliwego – małżeństwa Danuty i Krzysztofa Ziemców.

Jeden z organizatorów akcji jest studentem czwartego roku prawa i działaczem Akademickiego Stowarzyszenia Katolickiego Soli Deo. Raczej nie ma więc wątpliwości, do jakiego systemu wartości się odwołuje i jaki ideał wierności mu przyświeca: ten streszczający się w formule „co Bóg złączył, niech człowiek nie waży się rozłączać”. Wolno mu, podobnie jak wolno przyłączać się do tej akcji każdemu, komu się ona podoba.

Dlaczego zatem ten pomysł zwrócił moją uwagę? Wiem, że to rodzaj społecznej zabawy, niemniej to zabawa, która ujawnia obcy mi sposób myślenia o ludziach i ich współżyciu. Można w nieskończoność dyskutować o kondycji człowieka (choć jestem zdeklarowanym przeciwnikiem mówienia o „człowieku w ogóle”, bo to co najwyżej
– czasem użyteczna, a czasem niebezpieczna w zastosowaniach – hipostaza), ale czy można nie brać pod uwagę realiów i ewolucyjnych uwarunkowań ludzkiego organizmu, co zdaje się robić wyidealizowana katolicka koncepcja małżeństwa?

Ludzi jako gatunek niewątpliwie charakteryzuje skłonność do dobierania się w monogamiczne pary (czyli zawiązywania „wiernych” związków), ale w praktyce ludzkich społeczeństw jest to zazwyczaj monogamia seryjna (czyli następujące po sobie w czasie związki, w ramach których partnerzy przez jakiś czas się nie zdradzają). W zależności od genetycznych predyspozycji i społecznych nacisków ten „jakiś czas” może być bardzo różny. Moim zdaniem pary (niekoniecznie dwupłciowe), które dobrały się tak, że ich „jakiś czas” zamienia się w „całe dorosłe życie”, to wyjątkowi szczęściarze. I że niekoniecznie mogą sobie to poczytywać za jakąś szczególną zasługę, bo nie wynika to tylko i wyłącznie z ich „chcenia”, by tak było. (Pozostawmy na boku cały wątek wolnej woli, bo to wciągnęłoby nas w otchłań rozważań). Stąd apelowanie: „bądźcie sobie wierni, bo to jest sexy” jest dla mnie pomysłem skrajnie naiwnym. (Jak zresztą wiele innych apeli płynących ze strony ludzi Kościoła. Ostatnio papież apelował o ograniczanie seks turystyki – bardzo to chwalebny apel, ale całkowicie daremny, skoro nie zawiera żadnych sugestii, jak to zrobić).

Ponadto, odwoływanie się do pojęcia mody (także poprzez angażowanie celebrytów) to właściwie sposób na autokompromitację idei. Skoro wierność jest wartością samą w sobie, musi być ponad modami (które z definicji mijają); a jeśli po prostu jest sexy, to czy to znaczy, że gdy przestaje być dla kogoś sexy, przestaje być wartością? Życie celebryckie na bieżąco relacjonowane w mediach dostarcza głównie dowodów na tę drugą interpretację. W ten sposób inicjatorzy kampanii sami się ośmieszają.

Prawdę mówiąc, dużo ciekawsze byłoby rozważenie, kiedy postawa wierności wobec drugiej osoby staje się antywartością, czymś szkodliwym raczej niż pozytywnym? Zauważmy, jak dwuznacznie brzmi, że ktoś jest „bezwzględnie wierny szefowi partii”. Wystarczy się rozejrzeć po naszej scenie politycznej, by dostrzec, że taka wierność jest bardzo niesexy.

30.03.2012
piątek

Obóz posłanki Kempy

30 marca 2012, piątek,

Czy warto pisać o Beacie Kempie? Nie warto. Więc po co poświęcam jej uwagę? Żeby ci, którzy lubią odwoływać się do pojęcia wartości chrześcijańskich i często uważają, że niezłomnymi obrońcami tychże wartości są ludzie PiS, dostrzegli, jak wygląda to w praktyce.

Podczas debaty o reformie emerytalnej Beata Kempa, w charakterystycznym dla siebie stylu przekupy bazarowej, wykrzyczała:

Trzeba nie mieć Boga w sercu, żeby urządzać milionom Polek i Polaków obozy pracy!

O ile wiem, jedną z ważnych składowych wartości chrześcijańskich jest oddawanie czci zmarłym i odnoszenie się z szacunkiem do wszystkich tych, którzy ponieśli śmierć z rąk innych ludzi, zwłaszcza śmierć niezawinioną, tragiczną. Do tej kategorii z pewnością należą również ci, którzy przeszli (lub nie zdołali przejść) przez obozy pracy zafundowane przez różne systemy totalitarne i dyktatorskie swoim i nieswoim społeczeństwom, w Europie i poza nią.

Jak bardzo pusto trzeba mieć w głowie (i — metaforycznie — w sercu), by porównywać pracę gdziekolwiek (nawet za kiepskie pieniądze) z pobytem w obozie pracy? To, że posłanka Kempa nie przebiera w słowach, wiadomo, w końcu wzoruje się na swoim partyjnym szefie (o nim jednak pisać już nie będę). Zastanawia mnie tylko, czy ona kiedykolwiek poddaje to, co mówi, moralnej autorefleksji? Czy gdy idzie do spowiedzi, a zapewne to robi, wie, z czego powinna się spowiadać? Czy może w ogóle nie potrafi dostrzec, na czym polega etyczna niestosowność — nawet dla niewierzącego — zestawienia, jakiego dokonała w oratorskim popisie sejmowym?

22.03.2012
czwartek

Kto się mija z danymi? Gazeta.pl czy Wyborcza.pl?

22 marca 2012, czwartek,

Niemal równocześnie w serwisie rss platform Gazeta.pl i Wyborcza.pl pojawiły się doniesienia o wynikach spisu powszechnego, ale jak wiadomo czytanie i pisanie to trudna sztuka, więc w tym samym czasie na wyżej wymienionych serwisach mogliśmy przeczytać:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niech za komentarz wystarczy często powtarzany przez jednego z bohaterów kabareciku Olgi Lipińskiej zwrot: „Ja to już głupi jestem!”.

16.03.2012
piątek

Ksiądz tropiciel

16 marca 2012, piątek,

Heteroseksualna lub aseksualna (?) większość w polskim Kościele okazuje się sterowana przez homoseksualną mniejszość posadowioną u samego szczytu kościelnej władzy, w tym w Watykanie. Tak przynajmniej twierdzi ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski w książce „Chodzi mi tylko o prawdę” (ech, ta skromność). To wywiad rzeka (nie mylić z laniem wody) przeprowadzony przez guru prawej prawicy dr filozofii Tomasza Terlikowskiego (NB autora książki „Homoseksualista w Kościele”.

Zapytany, czy homoseksualizm jest wśród duchownych problemem, ksiądz — znany z tropienia powiązań ludzi Kościoła z SB (dodajmy powiązań niewyimaginowanych) —  m.in. właśnie dzięki lekturze ubeckich archiwów nie ma wątpliwości: „środowisko homoseksualne zawsze miało w Watykanie ogromne wpływy. Lobby homoseksualne bardzo dobrze się maskuje, ukrywa i trzyma razem”, „lobby gejowskie w Kościele może zniszczyć każdego, kto wejdzie mu w drogę”.

Przyznaję, nie znam całej książki (i chyba daruję sobie jej lekturę), więc jakiekolwiek daleko idące wnioskowanie na podstawie tych zacytowanych przez „GW” fragmentów jest nieuprawnione. Niemniej ciekawi mnie, jak ten zatroskany o prawdę kapłan, znający „przypadek jednej z kurii, w której od biskupa do kamerdynera pracują wyłącznie osoby o takiej skłonności” oraz „przypadki długotrwałych romansów pomiędzy księżmi” postrzega sam homoseksualizm (że jest homofobem, wydaje się oczywiste) w kontekście Bożego porządku, miłosierdzia, wszechogarniającej pono Bożej miłości itd., itp. Czy ks. Isakowicz, w zgodzie z tak umiłowaną przez siebie prawdą, gotów jest mówić publicznie o swojej własnej seksualności, skoro tak łatwo przychodzi mu mówić o cudzej?

Czy, zdaniem ks. Isakowicza, gdy biskup homoseksualista (on oczywiście wie, który) udziela któregoś z sakramentów, to ten sakrament jest ważny, czy splamiony homoseksualną rączką? Czy jak Kościołem, także w Watykanie, rządzą homoseksualiści, to ksiądz Isakowicz i jego uczony interlokutor nie popełniają grzechu współwiny, wynikającego ze współodpowiedzialności? Czy zatem nie powinni natychmiast wystąpić z tej splamionej niewłaściwie wykorzystanym nasieniem organizacji?

9.03.2012
piątek

Szatan zamienił się w pieska

9 marca 2012, piątek,

Nie mam zamiaru wyśmiewać ludzi, którzy swe poważne problemy z psychiką interpretują jako opętanie przez złe moce. Tym bardziej nie będę wyśmiewał kościelnych egzorcystów, bo taki sposób myślenia muszą kultywować z racji własnej wiary. A psychomachie bywają straszliwe. I rzeczywiście zdarza się, że kontakt z księdzem daje lepsze (choć czasem jedynie doraźne) efekty niż formalne leczenie psychiatryczne czy psychoterapeutyczne.

Niestety, psychologia to wciąż bardzo młoda dziedzina nauki i jest polem, po którym hasa mnóstwo hochsztaplerów (ustawienia hellingerowskie to tylko jeden z przykładów), a i uczciwi naukowcy dają się zwodzić różnym „cudownym” terapiom. Na przykład kontrolowane badania oraz krytyczna analiza danych dotyczących realnej efektywności wszelkich terapii, w których czynnikiem leczącym miał być kontakt ze zwierzętami (hipoterapia i wiele innych), wykazały, że dość powszechne przekonanie o zbawiennym wpływie zwierząt na zdrowie psychiczne albo przeżywalność chorych na raka nie znajduje potwierdzenia w faktach; co gorsza, okazało się, że w niektórych sytuacjach posiadanie zwierzęcia raczej pogarsza rokowania.

Nie ma wątpliwości — praktycznie wszystkie obecnie akceptowane przez środowisko naukowe terapie są zawodne i sprawdzają się jedynie w jakimś większym lub mniejszym procencie przypadków. Dlatego sięga się po terapie mieszane lub zmienia postępowanie wobec konkretnego pacjenta, usiłując znaleźć najlepsze dla niego rozwiązanie. Nadal jednak są (i chyba zawsze będą) sytuacje, w których pozostaniemy bezsilni wobec skomplikowania ludzkiej psychomaszynerii. Również egzorcyści, jak sądzę, nie chwalą się zbytnio swoimi porażkami, woląc opowiadać niesamowite historie, jak „wygonili diabła”.

Oto najstarszy i najbardziej doświadczony egzorcysta Trójmiasta ks. Andrzej Kowalczyk (72-letni profesor biblistyki) z przekonaniem opowiada o tym, co słyszał na zjeździe egzorcystów w Niepokalanowie:

Ostatnio jeden z uczestników opowiadał, jak opętana kobieta zwymiotowała malutkiego pieska, który zaczął biegać po sali. A potem ten piesek zniknął czy gdzieś uciekł. (…) Opętani potrafią wymiotować nawet gwoździami, przy czy one nie wylatują z żołądka, lecz materializują się dopiero gdzieś przy ustach. Wiem, że w oczach niedowiarków narażam się na śmieszność, ale nie przejmuję się.

No świetnie, dobrze, że chociaż ks. prof. wie, że naraża się na śmieszność. Niemniej nawet nie ta dziwaczna wizja świata, w myśl której gwoździe mogą się materializować w ustach, zadziwia mnie najbardziej. Zadziwiający jest ów szatan/diabeł posiadający tak niesamowite moce i zarazem objawiający się w tak nieprawdopodobnie idiotyczny sposób i w tak nieprawdopodobnie nieistotnych realiach.

Za każdym razem, gdy słyszymy o ujawnieniu się Złego w jakiś sposób odwołujący się do naturalnych ludzkich zmysłów, jest to coś w sumie niesamowicie trywialnego. Jakby Zły nie tylko był zły, ale i bezgranicznie głupi (a to zdaję się kolidować z jego domniemanym sprytem). Podobnie jest zresztą z materializacjami pierwiastka boskiego — ech te wszystkie Matki Boskie i Jezusy na drzewach, oknach i grzankach (szczególnie zabawne, bo nieuchronnie powielające jakiś rodzaj artystyczno-ludowego wyobrażenia boskich osób, skoro żadne konterfekty z epoki się nie zachowały — może dlatego że ich nie było? — a sam Pan Bóg zakazał malowania swej postaci).

Próbuję sobie to wyobrazić: egzorcysta odprawia egzorcyzmy nad kobietą w jakiejś sali, w którymś momencie kobieta dostaje torsji i te zamieniają się w malutkiego pieska (jak malutkiego?), który zaczyna biegać po sali (zamkniętej?) i potem znika albo ucieka. I tylko tyle z tak niezwykłego zdarzenia przekazuje egzorcysta innym zasłuchanym egzorcystom — a oni nie pytają o żadne szczegóły. No przecież by ich nie okłamał — toż to grzech.

24.02.2012
piątek

Tort ponad podziałami

24 lutego 2012, piątek,

24 lutego

Patriotą języka polskiego jestem na pewno, za to na pewno nie jestem patriotą, jakiego sobie wyobrażają inicjatorzy i projektant kopca na warszawskiej Olszynce Grochowskiej. I naprawdę nie chodzi mi o te 200 mln złotych wyłożone przez kogokolwiek, lecz raczej o styl całości i stojące za tym nadęcie, sposób myślenia o historii Polski, XIX-wieczną wizję historii ubraną w symboliczne symbole symbolizujące symbol.

Cytuję z wyborcza.pl:

Od ulicy Chełmżyńskiej do kopca prowadzić ma Aleja Chwały. Stojące po jej bokach głazy upamiętnią historię Polski od potopu szwedzkiego do katastrofy smoleńskiej. Na końcu alei planowany jest okrągły plac apelowy z podziemnym parkingiem dla pół tysiąca aut, a zaraz za nim — 50-metrowy kurhan (o 16 m wyższy od krakowskiego kopca Kościuszki).

– Tutaj stykają się cztery płyty tektoniczne: germańska, szwedzka, rosyjska i austro-huculska. Kopiec wypiętrza się jak lawa. Jest tortem pojednania ponad podziałami — stwierdził projektant założenia arch. Józef Heliński. Dopuścił też istnienie piątej płyty tektonicznej: polsko-polskiej, łączącej skłócony naród.

„Tort ponad podziałami”? Satyryk by tego nie wymyślił. Smacznego!

22.02.2012
środa

Na temat się wypowiem

22 lutego 2012, środa,

22 lutego

Bryzgnęło blogami w blogosferze! U nas doszło ich siedem (witamy!). Znacznie więcej naściągał ich Tomasz Lis na swój — właśnie dziś uruchomiony — nowy portal (oczywiście nie wszystkie są nowe, np. Janusz Palikot przeniósł się z Onetu).  Nie śmiem wyrokować, zwłaszcza po pierwszym dniu, kto kogo i do czego przekona. Jak wiadomo, konkurencja na ogół przynosi dobre efekty, przynajmniej z punktu widzenia klienta, czytaj: czytelnika. Ale…

Zawsze jest jakieś „ale”, prawda?

Moje „ale” wcale, ale to wcale nie dotyczy tzw. meritum, czyli wyglądu (bardzo, bardzo  prosty, ale za to bardzo czytelny), układu treści (ku sensacji i chwytliwości) czy zawartości (standardowo, nieodkrywczo). Uderza mnie  jedno: całkowita obojętność na pisownię.

Nie chodzi o jeden czy dwa błędy (to zdarza się każdemu i wszędzie), tu chodzi o to, że autorzy, zwłaszcza blogów, mają poprawność pisania po prostu gdzieś. Maturę mają już za sobą, niektórzy pewnie i magisterkę, a taki Tadeusz Bartoś to nawet jest profesorem, teologiem (czyli humanistą?). Być może ontologia Trójcy Świętej jest tajemnicą wiary, ale nie jest nią z pewnością pisownia „nie” ze stopniem najwyższym przymiotników (oddzielnie). Interpunkcja w języku polskim rzeczywiście nie jest łatwa, ale — stawiam tezę — kto rozumie konstrukcję zdania, które zapisuje, najczęściej poprawnie podzieli je znakami przestankowymi.

A jeśli ktoś jest dyslektykiem? — zapytacie. Albo dysgrafikiem? Albo jednym i drugim, i jeszcze leniem, któremu nie chce się drugi raz przeczytać tego, co napisał, choć chciałby, żeby to ktoś czytał? I na dodatek ma coś do powiedzenia (to się zdarza, choć nie aż tak często)? Na takie dictum moja rada jest prosta: niech sobie znajdzie kogoś, kto mu to sprawdzi.

Temat szacunku dla języka, którym wciąż jeszcze usiłujemy się porozumiewać, jest zresztą znacznie szerszy — bo jeśli w czymś wyraża się dla mnie patriotyzm, to właśnie w stosunku do własnego języka. W tym sensie znaczna część naszych politycznych tuzów nie ma prawa określać się mianem patrioty.

W ten oto sposób musnąłem przy okazji jeszcze dwa tematy: dobrej roboty (do tego jeszcze chyba wrócę) i dziennikarstwa internetowego, które jakoby ma wkrótce zastąpić dziennikarzy, redaktorów i korektorów, którym płaci się nie tylko za napisanie tekstu, ale także za jego przeczytanie przed publikacją.

20.02.2012
poniedziałek

Arcywyznanie arcybiskupa

20 lutego 2012, poniedziałek,

20 lutego

Nie jestem owieczką tego stadka, nie do mnie skierowany jest list pasterski arcybiskupa Michalika, który przygotował na Wielki Post. Nie będąc adresatem, nie będę też nań odpowiadał. Niemniej zaciekawiony internetowym omówieniem tekstu, który ma być wygłoszony w kościołach archidiecezji przemyskiej 26 lutego, postanowiłem się zapoznać z pełną jego wersją (dostępną TU).

Dla mnie — zwolennika idei dobrej roboty — najciekawsze jest to, że taki tuz polskiego Kościoła jak abp Michalik, obecnie przewodniczący Episkopatu Polski, przy okazji tak ważnej w roku liturgicznym jak wejście w Wielki Post, nie potrafi zdobyć się na napisanie listu, który miałby w sobie jakąś temperaturę (żeby nie powiedzieć, żar), mógł poruszyć czyjekolwiek sumienie, zmusić słuchające owieczki do zastanowienia się nad ich pastwiskowym życiem. Zamiast tego owieczka dostaje standardowy zestaw wyrzekań na dzisiejszy świat. To nawet nie jest tekst, który można by wygłosić z oratorskim zapałem — zbyt jest zawikłany, był dał się zrozumieć podczas słuchania. Leci to np. tak:

W styczniowym numerze jednego z katolickich pism zamieszczono wywiad z panią Marguerite Peeters, dyrektorem brukselskiego Instytutu na rzecz Dialogu Międzykulturowego, w którym autorka, znana ze swych katolickich przekonań zauważa, że nadchodzą rewolucyjne zmiany polityczne i kulturowe na skalę światową. Potrzebna jest nowa ewangelizacja, do której zachęca Ojciec Święty, ale najpierw trzeba dobrze rozeznać sytuację. Zauważmy, że ta nowa kultura globalna wyrasta z postmodernizmu, który promuje relatywizm moralny, aborcję, małżeństwa jednopłciowe, homoseksualizm itd. … a wszystko to dzieje się przez globalne, światowe, polityczne ukierunkowanie tejże rewolucji kulturowej, wykluczającej Boga i Jego przykazania.

Spróbujcie to przeczytać na głos, spróbujcie uważnie wysłuchać czegoś takiego stojąc w kościele (a nie jest to początek listu)…

Powiecie: ateisto, a cóż ciebie to obchodzi, chodzisz do kościoła czy co?! Zgadza się, to nie mój problem. Zarazem jednak mój. W tym sensie, że te komunały, liczmany, to pustosłowie jakoś tam wpływa na to, co przeciętny parafianin myśli. I z takim myślątkami ten parafianin idzie potem do wyborów, a to już zaczyna mnie dotyczyć, bo nie chciałbym mieszkać w kraju rządzonym przez ludzi, dla których abp Michalik jest autorytetem. Zwłaszcza że on sam nie do końca wierzy w Ewangelię. Bo jak inaczej mam zrozumieć te oto słowa z jego listu (podkreślenie moje):

Trzeba uczynić wiele, aby kolejnych 40 dni roku liturgicznego pomogło pogłębić naszą wiedzę i wiarę, pomogło odczytać wyzwania czasów, w których żyjemy i przeniknąć je tym, co tylko chrześcijanie posiadają i czym mogą ubogacić świat. A będzie to możliwe, jeśli nawrócimy się i naprawdę uwierzymy w Ewangelię.

To niby apel do wiernych, ale brzmi jak wyznanie… Straszne wyznanie w ustach szefa episkopatu, nieprawdaż?

18.02.2012
sobota

Mainstreamowa nauka, czyli jak wykryć kit

18 lutego 2012, sobota,

17 lutego

My tu sobie gadu, gadu o istnieniu lub nieistnieniu istot wyższych i ponadczasowych z jednej oraz o tabloidyzacji mediów z drugiej strony, a prawdziwe życie duchowe odbywa się — co właśnie ku swemu zdumieniu odkryłem — nie na jakichś tam portalach katolickich, tylko na onet.pl w specjalnym dziale onet.strefa tajemnic. Czego tam nie ma!

Newsy! Ezoteryka! Apokalipsa! Przepowiednie! Teorie spiskowe! Kosmos! Duchy! I jeszcze coś EXTRA, np. „Beata Pawlikowska ostrzega przed końcem świata”:

Beata Pawlikowska uważa, że zapowiadany w kalendarzu Majów koniec świata nie jest czymś, co musi się zdarzyć bezwarunkowo, ale jest czymś, co jest bardzo prawdopodobne. To od ludzi zależy, czy te okoliczności zaistnieją. W książce dziennikarka zdradza, co każdy z nas może zrobić, aby „uniknąć końca świata”. Po szczegóły autorka odsyła do swojej książki.

Wow! (że się tak z angielska wypowiem) — już pędzę do księgarni.

Muszę przyznać, że zbiór bzdur zgromadzony tam przez Onet jest wręcz imponujący. A już czytanie komentarzy (za nie Onet, oczywiście, nie odpowiada) to czysta przyjemność i dobra zabawa, choć tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Rzecz jasna nie takie rzeczy można znaleźć w największym śmietniku świata, czyli Internecie, niemniej, że są tak wprost skojarzone z portalem, który (zdawało mi się) jest portalem informacyjnym, to jednak nadal mnie dziwi. Bo rzecz w tym, że już na głównej stronie natknąłem się tam na coś, co jest jakąś taką informacjo-recenzjo-sensacjo-nie-wiadomo-czym pt. „2,5 tysiąca dzieci reinkarnacji” (co za finezja językowa, swoją drogą). To w tej właśnie nocie znalazłem jedno z moich ulubionych wyrażeń „mainstreamowa nauka”:

Stevenson [autor książki — JK] nie upierał się jednak, iż znalazł dowody na reinkarnację. Nie odnosił się też nigdy do jej religijnych konotacji. Udało mu się jednak naświetlić istnienie intrygującego zjawiska, którego nie dało się wytłumaczyć prawami genetyki ani wpływem środowiska na rozwijający się płód. Mainstreamowa nauka nie przyjęła jednak do wiadomości, że może stać przed nieznanym dotąd fenomenem i, dla spokojnego snu wielu profesorów, Stevensona uznano za szarlatana forsującego paranormalne koncepcje.

„Mainstreamowa nauka”, „spokojny sen profesorów”. I oczywiście (w innym artykule): „Nie słyszymy o tych odkryciach w dzisiejszych czasach, ponieważ wszystko jest fałszowane i filtrowane przez naukowców, którzy nie chcą dopuścić do odkrycia prawdy”.

To wszystko typowe sygnały newage’owego bullshitu. Dodajmy jeszcze „tajemnice tradycyjnej medycyny chińskiej” i niemal wszystko, w czym pojawia się odwołanie do fizyki kwantowej, która sama w sobie jest tak dziwna z punktu widzenia tzw. zdrowego rozsądku, że z łatwością można ja wykorzystywać do hochsztaplerki w dowolnej dziedzinie. Przykład z recenzja książki z Onetu:

Najnowsza publikacja Bradena, „Efekt Izajasza. Gdy modlitwa i proroctwa łączą się z fizyką kwantową” to bodaj najbardziej niezwykłe spośród jego dzieł. Podobnie jak wszystkie poprzednie, jest nieprawdopodobny mariaż ścisłych nauk, wiary i zjawisk paranormalnych. Jeśli teoria Bradena dotycząca „efektu Izajasza” jest prawdziwa, otwierają się przed nami wręcz nieograniczone możliwości interpretowania znanych nam proroctw, ale i wpływania na losy całego świata.

Jakie są wasze „czujniki bullshitu”?

PS

Przykład bullshitu niemal doskonałego z wykorzystaniem rozmaitych technik marketingowych aż do mdłości (po angielsku):

maszyna do produkcji darmowego prądu. Autorzy strony ostrzegają, że mogą zniknąć w każdej chwili, bo chciwe firmy energetyczne boją się upowszechnienia tego genialnego wynalazku. Na swój sposób piękne!