26.01.2012
czwartek

Korporacje i różne inne racje

26 stycznia 2012, czwartek,

Czwartek, 26 stycznia

Korporacje są złe — każdy to wie! Zwłaszcza ci, którzy w nich i dla nich pracują. Ale zaraz, zaraz, czy ci wszyscy zatrudnieni w korporacjach i przez korporacje nie zarabiają w ten sposób na życie swoje i swojej rodziny (czasem całkiem sporo)? Czyli pracują dla — można by powiedzieć — dzisiejszego wcielenia zła, może nawet Szatana. Co gorsza, jest mnóstwo ludzi, którzy zupełnie poważnie w takich właśnie religijno-moralnych kategoriach o tym mówią. Mnie to śmieszy.

Korporacje to ludzie je tworzący, i to oni potrafią robić te wszystkie złe (i dobre) rzeczy, które przynoszą im korzyść, choć korzyść ta bywa dość niesprawiedliwie dystrybuowana w ramach tejże korporacji. Banał? No jasne. Czasem jednak warto zadać samemu sobie pytanie, czy to, co robię, rzeczywiście jest pozbawione owego korporacyjnego zła tylko dlatego, że mam szczęście pracować poza korporacją. Nie oszukujmy się choć przez chwilę… Tyle mamy do powiedzenia o hipokryzji religianctwa, a przecież niewiele mniej dałoby się powiedzieć o hipokryzji tych powszechnych ataków na „chciwych kapitalistów”. W końcu ilu z nas wybrało życie pustelnika? Ilu z nas gotowych by było zrezygnować z dobrodziejstw cywilizacji (np. dentysty)? I ilu z nas uważa, że zarabia za dużo?

A co tam! Strzelę sobie jeszcze w drugie kolano:

śmieszą mnie też wykrzykiwane na ulicach hasła w obronie tzw. wolności Internetu i swobód internautów. Zapewne nie można ich sprowadzać (i nie chcę tego robić) do obrony swobody kradzieży (NB znacie kogoś, kto nigdy nie korzystał z lewego oprogramowania?), ale jednak coś tu nie gra. Wolność działania to jednak nie to samo, co działanie w dowolny sposób. Wyobraźmy sobie taką sytuację:

ogrodnik pielęgnuje sad, w którym produkuje jabłka na sprzedaż. Musi oczywiście zapłacić pomocnikom i wszystkim, którzy umożliwiają mu hodowlę (chemia, narzędzia, skrzynki…). Część sprzeda sam, ale większość odda pośrednikom i hurtowni i w ten sposób zarobi. Prawdopodobnie. Może się bowiem zdarzyć, że ktoś całkiem sporą część jabłek już przejął w ramach swobody dostępu do sadu (był nieogrodzony i niespecjalnie pilnowany) i teraz rozdaje owoce każdemu kto się zgłosi — czasem za darmo, a czasem nie. Oczywiście, ty do sadu nie wlazłeś, jabłek nie podbierałeś, ty tylko wziąłeś je od pośrednika, nie pytając, skąd je ma, i jeszcze podzieliłeś się kilkoma kęsami z przyjacielem…

Że dziurawa analogia, bo np. jabłek nie da się w nieskończoność kopiować? Analogia jak to analogia, można się czepiać, ale czy jest całkiem bezzasadna?

18.01.2012
środa

Hitchens i kiczens

18 stycznia 2012, środa,

Środa, 18 stycznia

Można się nie zgadzać z Hitchensem, czasem nawet trzeba było się z nim nie zgadzać, ale najpierw jednak wypadałoby go poczytać, posłuchać, no i zrozumieć, co mówił i pisał. Pisałem już o Hitchensie, gdy okazało się, że ma raka i minimalne szanse na jego przezwyciężenie. Bez wątpienia stał się przykładem kogoś, kto mimo cierpienia do końca potrafi zachować godną postawę.

Sądząc po tym zaś, co pisze na jego temat na tym forum internauta Marcin, ma on o nim blade i całkiem fałszywe pojęcie — coś słyszał, coś gdzieś widział, ale zrozumieć ani chciał, ani potrafił.

Pan Marcin (konsekwentnie  nazywający samego siebie Katolikiem, co jest nawet zabawne w swej dziecinnej nieznajomości zasad ortografii polskiej) chce pokazać, że można dyskutować z postawami ateistycznymi, na ogół unika jawnych inwektyw, ale nie do końca mu się to udaje  – czuje się, jak w nim kipi. Czasem pokrywka jednak odskakuje całkiem i wtedy czytamy o zrusyfikowaniu współczesnego polskiego społeczeństwa oraz mikroanalizy społeczne oparte na komedii „Sami swoi” (co jest już żałosne).

Przyszło mi nawet w którymś momencie na myśl, że „Marcin” jest złośliwym wytworem jakiegoś równie złośliwego ateisty, który postanowił zabawić się w walczącego, ba, częściowo tolerancyjnego, otwartego katolika, chcącego nawrócić błądzących. Gdy jednak pojawiły się te nacjonalizujące insynuacje i zdania typu (pisownia oryginału):

Na Ziemie Zachodnie (miedzy innymi Wroclaw) Stalin wplantowal do Polski tzw. piata kolumne, czyli Rosjan (akcja Wisla), lud zupelnie pozbawiony jakiejkolwiek religii. Przed naszym kosciolem stoi trudny problem: jak Chrystianizowac tych biednych ludzi, ktorzy byli i nadal sa ofiarami stalinowskiego terroru.

wiedziałem już, że to nie jest zabawa, tylko mamy do czynienia z typowym przedstawicielem skrajnie prostackiej, całkowicie oderwanej od historycznych faktów i rzeczywistości, kiczowatej „polackości”, która powołując się na wszechmiłującego Boga, zieje nienawiścią, żywi się i żyje najgorszymi stereotypami, zasłania się cytatami z Biblii (przekręconymi; ach, ta powracająca „igła” w oku, gdy chodzi o „źdźbło”…) i nie ma zamiaru zacząć o czymkolwiek poważnie myśleć, bo na wszystkie pytania znalazł już odpowiedź. Zresztą, może i znalazł, tylko dlaczego te odpowiedzi są tak bezmiernie głupie?

Znam wielu katolików, którzy jednak znacznie lepiej potrafią bronić swoich przekonań i mają cokolwiek bardziej zniuansowany obraz świata, dlatego wiem, że p. Marcin nie jest szczególnie reprezentatywnym przedstawicielem Kościoła rzymskokatolickiego (choć zapewne trochę reprezentatywny jest). Ot, taki nasz rodzimy Marcin Kiczens.

PS Nie przewiduję dalszego wdawania się w dyskusję z p. Marcinem, nawet jeśli on uzna to za tchórzostwo z mojej strony. Szkoda mi po prostu czasu na wyjaśnianie rzeczy absolutnie podstawowych (i nie mam na myśli ortografii polskiej). Kto ma ochotę, niech walczy.

15.01.2012
niedziela

Ćwierć myśli o śmierci

15 stycznia 2012, niedziela,

Niedziela, 15 stycznia

Zaniepokoił mnie post, w którym czytelnik prosi mnie o skomentowanie moich własnych słów: „moim zdaniem, na szczęście — jesteśmy śmiertelni”. Zaniepokoił, bo w uzasadnieniu prośby internauta pisze:

Jestem bardzo utwierdzony w swoim ateizmie, ale właśnie z tego powodu zacząłem postrzegać życie jako coś złego, podobnie jak Cioran bądź buddyści, a powodem wielu moich nieprzespanych nocy jest właśnie fakt śmierci.

Dostrzegam tu zalążek postawy, która może być w konsekwencji autodestrukcyjna. Wyjaśnijmy sobie zatem dwie, trzy podstawowe kwestie:

1. Nie jestem psychologiem ani psychoterapeutą, moich poglądów nie należy traktować jak wskazówek dla czyjegokolwiek życia.

2. Mając taką możliwość, prezentuję moje stanowisko w różnych sprawach — czasem dla celów autoterapeutycznych (jak człowiek się wygada, to mu lżej), czasem dla celów rozrywkowych, a czasem z różnych mieszanych pobudek.

3. Blog to słabe miejsce na rozważania o śmierci, chyba że komuś wystarczy ćwierć myśli zamiast całej.  I tę ćwiartkę przedstawiam poniżej.

Zapewne większość z nas uważa, że człowiek żyje za krótko (choć wiemy, że statystycznie żyjemy obecnie dużo dłużej niż ludzie przez całą historię ludzkości; tyle że nie jesteśmy zapisami statystyki, lecz konkretnymi ludźmi). Bez wątpienia zbyt wielu ludzi umiera za wcześnie (choroby, wypadki, morderstwa, wojny itd.), na pewno śmierć bliskiej osoby napawa nas smutkiem, prowadząc czasem do stanów depresyjnych.

Niemniej to jeszcze nie znaczy, że naprawdę chcielibyśmy żyć nieskończenie długo, bo gdy tylko to sobie zaczniemy wyobrażać, okazuje się to czymś nieznośnie nudnym i co najmniej przerażającym. Tylko spróbujcie na poważnie: 200 lat, 300 lat, 1000 lat? A to wciąż bardzo krótko w stosunku do tzw. wieczności (a ta, jak się zdaje, nie przysługuje nawet tej części wszechświata, do której możemy się w miarę sensownie odnosić).

Dodatkowo trzeba przyjąć sporo różnych założeń, choćby tak podstawowe, że nie chodziłoby przecież o jakiekolwiek życie (np. w stanie wegetatywnym), ale „dobre” życie, z zachowaniem zdrowia psychicznego i fizycznego. Z zachowaniem pamięci, bo ona przecież mnie konstytuuje. Czy może jednak w trakcie kolejnych eonów moja osobista pamięć częściowo by wygasała, dając miejsce nowej pamięci, a więc i nowej tożsamości? Ale wtedy w jakim sensie to ja dzisiejszy jestem nieśmiertelny, skoro co i rusz staję się kimś innym?

Pozostawiając na boku naiwne i bajkowe wyobrażenia raju czy piekła, możemy odnieść się także do tych religijnych poglądów, które sugerują, że to nowe życie po śmierci jest całkowicie niewyobrażalne, że będziemy innymi jestestwami — OK, tylko co to ma wspólnego ze mną takim, jakim jestem tu i teraz? Jeśli nie będę już sobą, to nie będzie  moja nieśmiertelność.

Czy życie jest złe? Nie, życia bywa złe. A najgorsze, że niektórzy mają przechlapane, jeszcze zanim mogą o tym w ogóle pomyśleć; bo zanim ich mózgi ruszą do boju z rzeczywistością, giną z powodu jakiejś wrodzonej wady,  koszmarnej choroby czy ludzkiej głupoty. I w tej sferze wszelkie teodycee wysiadają. W każdym razie mnie nie przekonują.

Nie przeszkadza mi to dostrzec, że ja i miliardy innych ludzi miało dość szczęścia, żeby pokosztować życia, włącznie z jego gorzkimi smakami, a nieskończenie (niemal nieskończenie) wielu tego szczęścia nie miało. Dlatego, jak powiedział to bodaj La Fontaine: z życia trzeba odchodzić jak z biesiady — podziękować i odejść.

Na pociechę dorzucę jeszcze maksymę Lukrecjusza (jeśli mnie pamięć, coraz słabsza, coraz słabsza, nie myli):

Dopóki żyjemy, śmierć nas nie dotyczy, gdy przychodzi śmierć, nas już nie ma.

11.01.2012
środa

Wszechwiedzący i inni

11 stycznia 2012, środa,

Środa, 11 stycznia

Tośmy sobie podyskutowali! A właściwie — toście, Państwo, sobie podyskutowali! Na szczęście u niektórych dyskutantów nie zabrakło humoru, ironii i odrobiny dystansu do własnego światopoglądu, który nieuchronnie u każdego krytycznego człowieka staje się samooglądem, a nawet samoosądem — a to czasem boli, ale potrafi też nas samych rozbawić.

Ta wymiana opinii bywa ciekawa, nawet jeśli wyraźnie widać, że nie prowadzi do jakiejkolwiek zmiany opinii. Z całą pewnością zaś te internetowe rozmówki są pouczające — przy pewnej dozie otwartości widzimy, jak nieoczywiste jest to, co osobiście wydaje nam się tak oczywiste. Dlatego co najmniej zdziwiłem się, czytając, że to ja występuję z pozycji osoby wszechwiedzącej, pozbawionej wątpliwości i do tego reprezentuję „tępawo materialistyczny dogmatyzm”. Hm, być może tylko tyle da się wyczytać z moich blogowych wystąpień — wina leży zatem po mojej stronie.

Pozwolę sobie jednak zauważyć, że sugestia, by wrócić do formuły „wiem, że nic nie wiem”, bagatelizuje dość istotne różnice między tym, o czym „wiedział, że nie wie” Sokrates, a tym, o czym „wie, że nie wie” współczesna nauka. Można polemizować, jak bardzo istotnie (i czy w ogóle) zmieniło się to, co nazywamy kondycją ludzką (nadal — i, moim zdaniem, na szczęście — jesteśmy śmiertelni), trudniej wszak polemizować w kwestii zasobów wiedzy, jaką zgromadzili ludzie przez ostatnie, powiedzmy 2,5 tys. lat.

Pokora? Jestem za, dopóki nie paraliżuje. Rzeczywistość pozostanie tajemnicą? Zgoda, ale czy mamy na tym niemym zachwycie poprzestać? I czy to w ogóle możliwe, by poprzestać, skoro nieusuwalnym elementem kondycji ludzkiej jest ciekawość? Zresztą obuchem tajemnicy zbyt chętnie posługują się religie i ich kapłani. Wielu ludziom to wystarcza, a wielu — nie.

Skąd wzięły się prawa matematyczne, które były niezbędne do teoretycznej „nadbudowy” wszechświata? — ależ prawa matematyczne to nie są żadne byty (chyba że jest się platonikiem) — to ludzkie konstrukty, sieci pojęć i symboli, którymi ludzie chcą złowić rzeczywistość (a ta zawsze im się będzie wymykała przez oczka tych sieci). Wszechświat doskonale dałby sobie radę bez ludzi, na odwrót to raczej niemożliwe, dopóki trzymamy się realiów.

Postulat, bym zdefiniował rzeczywistość, interesujący, ale traktuję go jako zabawną prowokację. Natomiast, skądinąd ciekawy, post o nominalizmie nieuchronnie kieruje całą tę blogową rozrywkę ku milczeniu, a przecież gdy pozwoliłem sobie na milczenie, grono zaglądających tu czytelników uznało to za zdradę!

Na koniec jeszcze o wszechwiedzącym i wszechwiedzących (do których siebie nie zaliczam):

otóż nie przestaje mnie zadziwiać pewność, z jaką odwołując się do tajemnicy Boga, wierzący weń równocześnie i bez wahań orzekają, jaki jest, czego chce oraz co i dlaczego robi/zrobił dla nas czy dla siebie. Argumentacja, którą czasem przywołują — że wszystko to jest w Biblii (żeby już poprzestać na tradycji judeochrześcijańskiej) — wydaje się dramatycznie słaba, jeśli w ogóle do obrony. Oto wielka tajemnica wiary!

9.01.2012
poniedziałek

Teizm, ateizm, cosizm

9 stycznia 2012, poniedziałek,

Poniedziałek, 9 stycznia

Rzekł głupi w sercu swoim: nie ma Boga! Do tych słów z psalmów Dawidowych (sprytnie postponujących niedowiarków) dodałbym: Rzekł głupi w sercu swoim: nie ma Boga, ale coś tam musi być!

Do postaw, których całe bogactwo zaprezentowali uczestnicy toczącej się tu dyskusji, muszę dorzucić jeszcze jedną, zadziwiająco powszechną. Tak jak mamy w Polsce całe mnóstwo tzw. niepraktykujących katolików (postawa szczególnie popularna wśród mężczyzn), tak wśród ludzi niewierzących w Boga żadnej z wielkich religii monoteistycznych (ani nawet bogów innych religii) zadziwiająco popularna jest postawa, którą można by nazwać cosizmem, a polegająca na tym, że jej reprezentant, nawet niespecjalnie przyciskany do ściany, przyznaje otwarcie:

W życie pozagrobowe nie wierzę, ale…, ale… przecież coś TAM, po drugiej stronie, musi być; przecież to nie może być tak, że umieramy i… już, jest po wszystkim. COŚ nas/mnie jeszcze czeka, bo inaczej — życie TU nie miałoby sensu, a na to się  zgodzić nie mogę!

Cosizm (nazwa zaproponowana przez wydawcę i promotora nauki Piotra Szwajcera) to bardzo popularny mem wśród tych wszystkich, którzy uznali, że nie potrafią już uwierzyć w historie proponowane przez rozmaite religie (w języku religijnym: nie otrzymali łaski wiary), ale nie mają dość sił, by poznawać i zgłębiać naukowy opis świata (nie dość, że niesamowicie wymagający, to jeszcze raczej mnożący pytania, niż dający pewne odpowiedzi). Cosista i cosistka chętniej sięgną po rozmaite New Age’owe banialuki, ulegając a to jednej, a to drugiej modzie na COŚ WIĘCEJ niż życie z materii startujące i w niej ostatecznie lądujące.

Kto nie czytał żadnego horoskopu i/lub nigdy się nim nie przejął — niech pierwszy rzuci kamieniem.

5.01.2012
czwartek

Indoktrynacja ateistyczna cz. II

5 stycznia 2012, czwartek,

Czwartek, 5 stycznia

Dyskusja o indoktrynacji takiej czy owakiej żwawo się rozwija, choć co i rusz zahacza o wątki (zbyt) typowe dla rozmów o ateizmie i wierze. Postanowiłem więc podrzucić wątek odrobinę mniej standardowy:

w przeciwieństwie do przekonywania do racji materialistycznych, monistycznych czy ateistycznych — indoktrynacja religijna jest obecna w życiu każdego Polaka od jego narodzin (a nawet poczęcia — wszak już wtedy mówimy o stanie „błogosławionym”) poprzez — najkrócej mówiąc — wszechobecność religijnego i dualistycznego obrazu świata w języku, którym się posługujemy.

Jako polonista odnoszę się do naszego języka z wielką rewerencją, więc proszę od razu, by nie zarzucać mi chęci walki z bogactwem samego języka, który z istoty swej funkcji i sposobu istnienia jest zapisem historii tych, którzy się nim posługiwali i posługują, zatem także ich wierzeń. To, że bardzo lubię poezję na wskroś katolickiego Norwida, nie przeszkadza mi dostrzegać, że słownictwo i frazeologia języka polskiego niejako narzuca pewien „naturalnie” przesycony religijnością sposób mówienia o świecie. Bardzo trudno uniknąć w języku polskim wyrażeń, które konotują istnienie świata pozamaterialnego, duchowego itp.

Na najniższym (w sensie wagi) poziomie mamy do czynienia z wszelkiego rodzaju natręctwami językowymi — sam nie mogę już uwolnić się od westchnień typu „o rany!”, „o rany boskie!” (a źródłem jest tu przecież odwołanie się do ran Jezusa na krzyżu, czyli zdarzenia raczej mitycznego niż faktycznego) czy „o Jezu!” (co w moich ustach śmieszy mnie samego najbardziej). Na innych, ważniejszych poziomach opisu realiów, w których przyszło nam żyć (co samo w sobie można postrzegać jako niesamowicie szczęśliwy zbieg okoliczności, zważywszy, ile form życia nie zdołało przetrwać w historii Ziemi), ramy języka (nie tylko naszego) bywają naprawdę sztywne i ograniczające.

Przecież cały negatywny ładunek emocjonalny zawierający się w słowie „ateizm”, wynika z historii jego uzusu i samej konstrukcji zapisującej odniesienie do teizmu jako czegoś, czemu ateizm się przeciwstawia (czyli niby czegoś bardziej pierwotnego, uprawnionego, wręcz prawdziwego). Wątpię, by w naszych, polskich warunkach słowo „ateista” nabrało wkrótce choćby obojętnego zabarwienia emocjonalnego i, prawdę mówiąc, niespecjalnie się tym przejmuję. Gorzej, że słownictwo, jakim się na co dzień posługujemy, często dość istotnie fałszuje obraz świata, a także wpływa na nasze postawy i zachowania, co już nie jest mi obojętne.

Np. drażni mnie nadużywanie w mediach słowa „cud” w odniesieniu do każdego zdarzenia, które choć niezwykle mało prawdopodobne, jednak się wydarzyło. Więcej przykładów znajdą zapewne moi szanowni czytelnicy, jeśli tylko popatrzą na wszelkie wypowiedzi pod takim właśnie kątem. Podsunę jeszcze tylko jedno słówko (i jego pochodne): „grzech”. Akurat doktryna grzechu wydaje mi się szczególnie fałszywą (o ile fałsz da się stopniować) i szkodliwą (w sensie następstw) podstawą opisu ludzkiej etyki.

3.01.2012
wtorek

Indoktrynacja ateistyczna

3 stycznia 2012, wtorek,

Wtorek, 3 stycznia

Pisanie jest też oraniem — zauważył swego czasu poeta, którego nazwiska nie pomnę. A oranie to ciężka praca. Może dlatego dość rzadko ostatnio siadam do klawiatury. Nie chcę się przemęczać. Jak już w końcu coś tam wyorzę, zaraz okazuje się, że to przykład „wojującego ateizmu” i „indoktrynacji ateistycznej”.

Wydaje mi się to o tyle zabawne, że nie mogę przecież (i nie chciałbym) zmuszać kogokolwiek do czytania tego, co piszę. Dlaczego przedstawianie poglądów na świat i ludzi z jednoznacznym uwzględnieniem istotnej przesłanki interpretacyjnej, jaką jest fizykalistyczny czy naturalistyczny sposób postrzegania rzeczywistości, miałoby być zaraz indoktrynacją kogokolwiek?

Jeśli z kimś gotów jestem wojować (na słowa, na słowa przecież), to dlatego, żeby jeszcze raz sobie i innym uświadomić rzecz najbardziej oczywistą na świecie, a jednak wciąż nie dość docenianą: podstawowym doświadczeniem człowieka cywilizowanego jest doświadczenie nieskończonej niemal ludzkiej (i biologicznej) różnorodności, z którą i w ramach której musimy żyć, choć byśmy nie chcieli.

Taka np. Lady Gaga, bożyszcze tłumów. Wierzy w duchy (czy wierzy w jakiegoś boga lub bogów, nie wiem), uważa, że jej karierę nadzoruje duch jej zmarłej ciotki. Więcej — ona sama strasznie boi się złych duchów. Jeżdżąc po całym świecie z występami, ciąga za sobą (zapewne nie czują się szczególnie nieszczęśliwi z tego powodu) całą grupę badaczy tzw. zjawisk paranormalnych. Zanim zamieszka w jakimkolwiek hotelu, jej „ghost hunterzy” skanują pomieszczania na okoliczność obecności złych duchów, korzystają przy tym oczywiście ze specjalnie dla niej przygotowanego (za jedne 30 tys. dolarów) urządzenia mierzącego pole elektromagnetyczne (bo nie wiedzieć czemu, duchy miałyby się objawiać własnie takiemu miernikowi). Dlaczego duchy nie przychodzą do gwiazdy już po przeskanowaniu hotelu, mogłyby odpowiedzieć tylko one. Gdyby istniały.

Nie naśmiewam się z Lady Gagi — nie ona jedna boi się duchów. Zwracam raczej uwagę co bardziej cynicznym czytelnikom na job opportunity — a to rzecz dzisiaj niebagatelna. Na pewno niejedna polska gwiazda scen i ekranów dałaby się przekonać, że za pomocą jakiegoś miernika i za niewygórowaną cenę (+ udział w trasie koncertowej) możemy jej zapewnić nieobecność złych duchów w jej otoczeniu — i to na sto procent! Że nie są takie naiwne? A pamiętacie, jak prezes TVP Andrzej Urbański nosił czerwony sznureczek na przegubie dłoni (znany wśród wielkich ludzi sposób zapobiegania złym urokom)? A gdy dziennikarz TOK FM zwraca się do ASTROLOGA z pytaniem, jaki będzie 2012 rok, i potem zamieszcza odpowiedź w serwisie informacyjnym, to czy nie robi z siebie takiego samego głupka jak Lady Gaga?

PS Spostrzegawczy czytelnicy zauważyli, że dzisiaj jednak jest wtorek. Wyjaśniam pomyłkę — napisałem środa, bo mamy zaburzony rytm pracy redakcyjnej przez te wszystkie święta byłe i nadchodzące; to, co zwykle robimy w środę, robimy dzień wcześniej.

10.11.2011
czwartek

Zamulanie

10 listopada 2011, czwartek,

Drogi P.! Nie sposób szanować poglądów, które wyrażane są w taki sposób, żeby od razu zmanipulować odbiorcę, narzucić fałszywy, nacechowany ocennie opis rzeczywistości, sparaliżować ewentualną dyskusję — bo żeby ją w ogóle móc sensownie zacząć, najpierw trzeba ustalić, o czym i jakim językiem mamy mówić.  Prym wiodą tu nasi politycy, a najświeższym  przykładem jest wystąpienie posła Arkadiusza Mularczyka, szefa nowo powstałego klubu parlamentarnego Solidarna Polska (skądinąd nazwa klubu absolutnie jego klubowiczów do niczego nie zobowiązuje; sadząc właśnie po ich enuncjacjach, pojęcie solidarności jest im dość obce, podobnie jak i postawa solidarności przekraczającej granicę doraźnie powstałej podpartii).

Już nawet nie mam na myśli tak zgranych wyrażeń, jak „chcemy bronić tradycyjnych wartości, wartości rodzinnych”, które brzmią jak zaklęcia, mające zamykać wszelką dyskusję, bo kto poważy się zakwestionować konieczność obrony tychże  tradycyjnych i rodzinnych wartości? W tym charakterystycznym (nie tylko dla posłów prawicy) stylu, słówko „tradycyjny” ma z założenia pozytywny wydźwięk, co przecież wcale nie jest uprawnione. Prawdopodobnie dla nich nawet włamanie dokonane tradycyjnymi metodami jest jakoś lepsze od włamania nowoczesnego. Czytaj całość →

17.07.2011
niedziela

Breloczki dla bezwstydnych

17 lipca 2011, niedziela,

Niedziela, 17 lipca. Agnieszka Radwańska udrapowana na tle piłek tenisowych ułożonych w imię Jezusa, odważnie oświadczyła, że się go nie wstydzi! W ten sposób przyłączyła się do akcji społecznej Krucjaty Młodych, zachęcającej, by wierzący nosili breloczek „Nie wstydzę się Jezusa”. I pięknie. Niejaki Tomasz Adamek, bokser, w każdym wywiadzie podkreśla, że idzie do boju wspierany żywą wiarą — łatwiej mu wtedy obić przeciwnika. Też pięknie. Czytaj całość →

9.07.2011
sobota

Bez tytułu

9 lipca 2011, sobota,

Sobota, 9 lipca. O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. O czym nie warto mówić, o tym trzeba milczeć tym bardziej. Pozdrawiam cierpliwych!